SPORY O KAPITALIZM

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Start Klasycy o wolnym rynku i roli państwa w gospodarce Władysław Grabski "Najszkodliwszy z etatyzmów"

Władysław Grabski "Najszkodliwszy z etatyzmów"

Email

Ci, którzy szukają wyjaśnienia przyczyn obecne­go kryzysu, lubią często powtarzać argument, że w Polsce panuje taki etatyzm rządowy, iż paraliżuje to najzupełniej siły samego społeczeństwa, które nie może rozwinąć właściwej mu energii w pracy. Takie posta­wienie sprawy wynika z hołdowania zasadzie, że wszystkiemu złemu musi być winien rząd.

Że w Polsce obecnej etatyzm dość silny istnieje, to pewna. Warto jednak rozpatrzeć się w sytuacji, jakiego rodzaju etatyzm mamy w Polsce, to jest czy nasz etatyzm polega na tym, że rząd paraliżuje siły społe­czeństwa, czy też odwrotnie, że społeczeństwo, mając siły, w które samo nie wierzy i których natężenia unika, zwala na rząd nadmierne obowiązki.

Nikt nie będzie przeczył, że ten ostatni objaw u nas jest nadzwyczaj powszechny. Jest urodzaj: rząd jest winien, że płody rolne są źle spieniężone; niema uro­dzaju, rząd jest winien, że rolnictwo jest w zastoju; nie­ma ruchu budowlanego — rząd jest winien, że nie daje kredytów; jest klęska, nawodnienie, burza gradowa lub deszcz i wichury — rząd winien dawać kredyty ulgowe, a obfite; są bezrobotni, rząd jest winien temu i powinien dawać zapomogi pozaustawowe oraz pieniądze na pro­wadzenie robót publicznych.

Jeden z przedstawicieli państw obcych był w pewnym środowisku, gdzie był zwyczaj dawny — gdy tylko powstała jaka miejscowa bolączka — wysyłania deputacji do rządu, licznych wszechpartyjnych, domagających się pieniędzy rządowych. Przedstawiciel ten stwierdził, że w środowisku owym panuje wyjątkowo głęboka świadomość nie domagań naszych i zdrowy duch oby­watelski, gdyż wszyscy byli tam zgodni, że całą przy­czyną zła w Polsce jest etatyzm rządu, dławiący energię indywidualną. Musiałem w duchu podziwiać głę­boką ewolucję pojęć, jaka odbywała się widocznie w tym środowisku, bo zapewne już więcej ci obywatele Państwa z petycjami o pomoc rządową zjawiać się nie będą. Pewny jednak tego nie jestem, bo możliwe jest, że dla danego środowiska pod dławieniem energii oby­watela przez etatyzm państwowy należy rozumieć nie­zbyt chętne i szybkie udzielanie kredytów rządowych wobec energicznych domagań się o to obywateli pań­stwa. Taki ustrój państwowy, w którym rząd, ograni­czony w swoich środkach działania, pomimo to zobo­wiązany byłby do wielkich usług na rzecz różnych ugru­powań społecznych, stałby się niewątpliwie szczytem ideału dla wielu u nas osób. Nie potrzeba dodawać, że taki stan byłby jednocześnie szczytem absurdu.

Zachodzi jednak obawa, czy u nas nie ma zbyt dużo zwolenników doprowadzenia Państwa naszego do takiego właśnie absurdu.

Jesteśmy w stanie kryzysu gospodarczego. Wszy­scy to wiedzą i czują, a jakże mały postęp umysły nasze­go ogółu zrobiły w zrozumieniu tego, że właśnie w do­bie kryzysu mniej, niż w jakiejkolwiek innej, można rzą­dowi stawiać te lub inne wymagania.

Rząd walczy z brakiem pieniędzy na najniezbędniejsze potrzeby budżetowe. Ale żądać od rządu pieniędzy na roboty budowlane, na kredyt długoterminowy i na roboty publiczne wydaje się wielu rzeczą naj­prostszą i najbardziej naturalną. Przecież nie społe­czeństwo miejscowe, a więc nie organ samorządu, win­no jest temu, że jest kryzys i bezrobocie. A jeżeli nie społeczeństwo jest winno, znaczy się, że winien rząd. Zupełnie tak, jak gdyby na świecie istniały tylko dwie kategorie sił: jedna subiektywna, która oczywiście zawsze dąży do wyeliminowania siebie, a druga obiektywna, która czy dla pojedynczego obywatela kraju, czy dla danej miejscowości, czy dla danej klasy i gru­py obywateli, to zawsze — rząd.

W tym dualistycznym poglądzie na świat ogół rozumuje w ten sposób, że jednostki i samorząd, które jako jedną całość pod nazwą społeczeństwa pojmuje, że społeczeństwo jest to naturalny układ sił, którego do­bro stanowi istotny cel ludzkości, a rząd stawia się na drugim biegunie, jako coś nienaturalnego i antyspołecz­nego.

Pogląd taki jest niezmiernie zakorzeniony. Jest on wynikiem długoletniej naszej niewoli i pozbawienia nas własnej państwowości. Pogląd to naiwny i błędny. Niema dualizmu ani w przyrodzie, ani w świecie spo­łecznym. Jednostki, grupy, klasy, samorządy i rządy są to różne więzy jednej i tej samej całości, jaką stanowi naród — społeczeństwo — państwo. Objawy zbio­rowe takie, jak kryzysy gospodarcze, są to zjawiska o przyczynach bardzo skomplikowanych, sięgających do wszelkich ogniw danej całości. Rządu nie można przeciwstawiać społeczeństwu, nie można przeciwsta­wiać samorządom, ani żadnym związkom i grupom spo­łecznym. Rząd jest jednym z regulatorów życia zbio­rowego w pewnym zakresie, w innym zakresie regulują to życie zbiorowe organy samorządu, w innym znów związki i organizacje społeczne, wreszcie wchodzi w grę przy objawach życia zbiorowego usposobienie jednostek.

W ogólnie przyjętym u nas światopoglądzie rząd jest wyolbrzymiany, jako czynnik, mogący wszystko regulować i opanować, naprawić albo popsuć.

Gdyby z tak jednostronnego światopoglądu wy­nikało jednostronne zaufanie do rządu, prowadzące do nadmiernej gotowości do poświęceń, to taki świato­pogląd, choć zasadniczo błędny, mógłby prowadzić do skutków pożytecznych. Ale odwrotnie przy pod­noszeniu rządu do nadnaturalnej potęgi, obarcza go się jedynie nadmierną odpowiedzialnością, szukając jedno­cześnie argumentu, by siebie od potrzeby robienia wła­snych wysiłków uwolnić.

Zdawałoby się, że nic prostszego, jak rozumować tak, że bezrobocie, jako klęska, nie może być przypisana bez względnie winie tego lub innego czynnika, i że wobec tego szukanie winy jest rzeczą nierozumną i bezcelową, a jedynie powinno się brać pod uwagę to, kto najlepiej i najłatwiej może klęskę złagodzić.

Jeżeli rząd dla równowagi budżetu poczynił u siebie duże oszczędności i redukcje, to miasto powinno zrobić to samo. O ile oszczędności miasta nie idą tak daleko, nie stanowią takich ofiar, jak oszczędności budżetu państwowego, to miasto na pomoc rządu oglą­dać się nie powinno wcale i jeżeli chce prowadzić roboty publiczne i może tą drogą pomóc bezrobotnym, to po­winno ono właśnie uruchomić na to własne fundusze.

Zasadnicze roboty publiczne są tylko wtedy ro­zumne i bez marnotrawstwa prowadzone, gdy są doko­nywane przez organy samorządowe z własnych ogól­nych środków — bez pomocy rządu. Gdy roboty pu­bliczne prowadzone są ze środków, które są na to specjalnie przeznaczane, zwykle następuje marnotraw­stwo grosza publicznego, a pracujący, źle nadzorowani, dają gorszący bardzo w czasie kryzysu gospodarczego widok próżniactwa, tak jak to dziś widzi się na ulicach Warszawy. Każdy złoty polski, wydany na niewydajną pracę — to psucie naszej waluty. Co za sens dla Pań­stwa i co za pożytek dla społeczeństwa, aby rząd oszczędzał na budżecie na przykład zamówień wojsko­wych, i zmniejszał w ten sposób obronność kraju, po­zbawiając fabryki zbytu ich pracy, wyrzucając na bruk robotników, dobrze pracujących, ażeby dać zaoszczę­dzone w ten sposób pieniądze miastom na to, by te pod nazwą robót plantacyjnych, czy innych, zatrudniały ludzi bez widocznego pożytku i z dużym często marno­trawstwem użytych środków. A dzieje się to tak dla­tego, że stworzono etatystyczną fikcję, że rząd jest wi­nien kryzysowi gospodarczemu i że rząd winien dawać miastom pieniądze dla zatrudnienia bezrobotnych.

Jednocześnie budżety wszelkich samorządów, a w tej liczbie budżet stolicy, większych miast i budżet Górnego Śląska dalekie są od przeprowadzenia takich oszczędności, jak te, które przeprowadził i przeprowa­dza rząd. Dla samorządów wydaje się rzeczą naturalną, że rząd robi wielkie wysiłki w zakresie oszczędnościo­wym, bo to jego rzecz i rząd, jako winowajca główny wszelkiego zła, jakie przeżywamy, musi ponosić tego skutki. Ponieważ zaś samorządy mają dla swoich budżetów zagwarantowane wystarczające dochody, więc one, choć się nie usuwają od wydatków dla zatrudnienia bezrobotnych, nie chcą w tym celu ponieść istotnych poważniejszych ofiar własnych, oglądając się na rząd. W ten sposób siły i środki naszego społe­czeństwa, jako całości, nie są należycie wykorzystane. Rząd zmuszony jest dawać samorządom środki, których nie ma, a samorządy, oglądając się na rząd, nie widzą dla siebie konieczności, których sytuacja ogólna kraju wymaga.

Bezrobocie to tylko jeden z przykładów błędnego zwalania u nas nadmiaru obowiązków na rząd z oszczę­dzeniem innych sił i środków naszego społeczeństwa. Prasę naszą niedawno obiegło zestawienie cyfrowe, wykazujące, że gdyby rząd dawał na melioracje tylko tyle pieniędzy, co w tym roku, to Polska byłaby zmelioryzowana dopiero za 600 lat. Jakaś gołębia, ale smutna naiwność przegląda z takiego zestawienia, autorowi wydało się, że rząd obowiązany jest zmelioryzować grunty w całej Polsce. I pisze się takie rzeczy w czasie, gdy wiadomo, jak ciężko rządowi o każdy grosz. Skutek tego jest pewny. Każdy, kto chce meliorować, będzie się oglądał na pieniądze rządowe, a nie otrzymawszy ich — nie będzie meliorował wcale.

Jeżeli chcemy zwalczać kryzys gospodarczy, ła­godzić bezrobocie, rozwinąć ruch budowlany, podnosić warsztaty i ulepszać glebę, muszą się do tego brać wszyscy z równym natężeniem sił i środków. Rząd ma ogromne trudności w sprawie zrównoważenia budżetu. Czy w takich warunkach nie powinni wszyscy zmniej­szać wymagań, jakie się rządowi stawia, czy nie po­winni zaprzestać kołatać do rządu a własne środki do­prowadzać do największego natężenia?

Najgorszym z etatyzmów jest ten, który polega na stawianiu rządowi dużych wymagań. Taki etatyzm, to głęboka choroba, którą trzeba leczyć, bo ona pro­wadzi do tego, by nie natężać własnych sił, oglądając się na pomoc państwową, prowadzi do osłabienia energii ogólnej i pozbawia możności skutecznego zwalczania trudności. Rząd nie może podołać nadmiernym cięża­rom, a wtedy rodzi się rozgoryczenie, narzekanie i osta­tecznie nieufność nie tylko do danego rządu, ale do rzą­dów w Polsce w ogóle, a więc nieufność do Państwa Polskiego, najzupełniej nieuzasadniona, a zgubna.

Na etatyzm taki najbardziej chorują ci, którzy się od etatyzmu najwięcej odżegnują i najwięcej go potępiają. Bo narzekają na etatyzm ci, którzy w ogóle narzekają na rząd, a narzekają dlatego, że od rządu zbyt wiele się spodziewają i za mało na własne liczą.

Drugą, nadmiernie rozwiniętą formą etatyzmu, obok oglądania się na pomoc rządową, jest zbyt daleko posunięta, jakkolwiek w zasadzie słuszna ochrona praw poszczególnych grup zainteresowanych, oparta na normach ustawowych i na przymusie świadczeń. Do rzędu tego rodzaju objawów etatyzmu zaliczyć należy ochronę lokatorów, wszelkie ubezpieczenia przymusowe, a więc ogniowe i społeczne, ochronę pracy. Wszystkie te ustawy miały w swoim czasie bardzo silne poparcie opinii publicznej, a wiele z nich jest zupełnie słusznych, ale jest pewna przesada w ich ujęciu i zbyt daleko po­suniętej opiece norm prawnych. Niemniej liczni oby­watele Państwa, którzy energicznie potępiają etatyzm rządowy, nigdy nie chcieli się pogodzić z myślą, aby utracić na przykład prawo ochrony lokatorów, z którego sami korzystają.

Inne objawy etatyzmu, jak zakazy w najrozmait­szych dziedzinach, są też nadmiernie rozwinięte i też były wydawane często pod parciem znacznych odłamów opinii publicznej. Wiele z tych zakazów zupełnie dziś już jest zbytecznych, a utrzymują się skutkiem pewnej inercji. Najmniej ujemnego wpływu na życie gospo­darcze wywierają te działy etatyzmu, które są naj­częściej wytykane, jako zło, mianowicie monopole pań­stwowe. Gdyby nie dochody, które one dają, społe­czeństwo musiałoby płacić o tyle większe podatki, zaś tętno życia gospodarczego tylko by z tego powodu ucierpiało.

Obok etatyzmu, który ma swe źródło w nadmier­nie rozbudowanych funkcjach Państwa, w czym na równi z innymi państwami zagranicznymi po wojnie zaszliśmy za daleko, mamy u nas objawy swoiste. Mamy oglądanie się nieustannie na pomoc państwową, mamy organizacje społeczne, utrzymujące liczny personel, płatny przeważnie, a czasem wyłącznie, z subwencji państwowych, mamy kredyty, w których jedynym źródłem jest rząd, mamy prąd w opinii społecznej, który w rządzie widzi źródło wszelkich trudności życia gospodarczego i który od rządu wymaga znalezienia na wszystko środków zaradczych. A gdyby rząd nie był gotów uczynić zadość tym wymaganiom, to część opinii grozi: „pójdziemy do innych rządów, a one dadzą ko­misarza i pieniądze”!

Sanacja gospodarcza, to w znacznej mierze sana­cja sposobu myślenia i sanacja odczucia potrzeb i obo­wiązków. Musi ona wytworzyć atmosferę, w której wysiłki jednostek, grup społecznych, samorządów i rzą­du byłyby najlepiej zharmonizowane dla zgodnego zwalczania napotykanych trudności.

Przedruk za:

Władysław Grabski, O własnych siłach. Zbiór artykułów na czasie, Warszawa-Kraków-Lublin-Łódź-Paryż-Wilno-Zakopane, 1926

Władysław Grabski (1874-1938) - ekonomista, polityk, jedna z czołowych postaci ruchu narodowo-demokratycznego. Urodził się 7 lipca 1874 r. w Borowie nad Bzurą. Ukończył gimnazjum w Warszawie, poczym wyjechał na studia do Paryża (Wydział Ogólny Szkoły Nauk Politycznych 1892-1894, historia na Sorbonie 1893-1895). Naukę kontynuował na uniwersytecie w Halle (studia rolnicze), ale śmierć ojca i konieczność zajęcia się (z powodzeniem) rodzimym majątkiem zmusiły go do ich przerwania. Na początku XX w. Grabski prowadził aktywną działalność wśród chłopów, za co został w 1905 r. aresztowany. W owym czasie był już związany z Narodową Demokracją, z której ramienia trzykrotnie zasiadał w Dumie (1906-1912). W czasie wojny wszedł w skład zainicjowanego przez endecję Komitetu Narodowego Polskiego. W październiku 1918 r. po raz pierwszy został ministrem (rolnictwa) w niepodległej Polsce, ale gabinet Józefa Świerzyńskiego, w składzie którego się znalazł, przetrwał ledwie 13 dni. W 1919 r. został posłem na Sejm z ramienia Związku Ludowo-Narodowego. W 1920 r. był przez miesiąc premierem (23 czerwca-24 lipca). W grudniu 1923 r. ponownie został premierem rządu, kierując zarazem resortem skarbu. Przeprowadził wówczas reformę finansów publicznych: doprowadził m.in. do powstania Banku Polskiego i zastąpienia marki złotym. Rząd Grabskiego podał się do dymisji w listopadzie 1925 r. po tzw. wojnie celnej z Niemcami. Wspomnienia z czasów służby publicznej zawarł w książce "Dwa lata pracy u podstaw państwowości naszej" (1927). W 1926 r. został rektorem SGGW, zaś w 1936 doprowadził do powstania Instytutu Socjologii Wsi, którym kierował do śmierci. Zmarł 1 marca 1938 r. w Warszawie. Bratem Władysława Grabskiego był Stanisław Grabski, inna wpływowa osobistość ruchu narodowo-demokratycznego.

Strona poświęcona autorowi: 
http://www.polskietradycje.pl/authors.php?author=92

 


Start Klasycy o wolnym rynku i roli państwa w gospodarce Władysław Grabski "Najszkodliwszy z etatyzmów"