SPORY O KAPITALIZM

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Start Klasycy o wolnym rynku i roli państwa w gospodarce Adam Heydel, "Usus i abusus własności w świetle ekonomii"

Adam Heydel, "Usus i abusus własności w świetle ekonomii"

Email

Znana jest ewolucja prawa własności od rzymskiego jus utendi et abutendi[1] do tej postaci, w jakiej ono występuje w czasach naj­nowszych. „Przepisy ograniczające własność, a dyktowane względami na dobro powszechne mnożą się, co dowodzi, że socjalizacja prawa prywatnego postępuje w jednej z najistotniejszych jego podstaw...” [I].

Czy i jakie światło może rzucić na ten rozwój ekonomia?[II] Nauka ekonomii nie dopomoże prawnikowi w rozstrzy­gnięciu zagadnień etycznych, stanowiących o „dobrze powszech­nym”, a związanych z prawem własności, bo nie daje żadnych podstaw do sądów wartościujących. Ale może należałoby zasięgnąć porady ekonomisty w sprawie wpływu takiej lub innej postaci prawa własności na dobrobyt czy na bogactwo społeczne? Na opinii lekarza oprze się wszakże prawnik, ograniczając prawo własności ze względu na higienę, na zdaniu architekta, gdy będzie uwzględniał sprawę niebezpieczeństwa zawalenia się domu, a na sądzie przyrodnika, nakazując zalesianie poręb.

Nawet jednak w tak zwężonym zakresie, nie potrafi niestety ekonomista odpowiedzieć wyczerpująco na wszystkie pytania prawnika.

Nie może dać odpowiedzi jednoznacznej, bo ma do czynienia z wielością podmiotów i wielością przedmiotów ekonomicznych.

Dopóki ekonomista ma rozstrzygać o bogactwie jednostki, dopóty problem jest (pozornie) prosty: większe bogactwo przed­stawia 150 tysięcy złotych, niż 100 tysięcy złotych. Może też ekonomista w pewnych granicach wskazać, jakie warunki pozwolą na podniesienie bogactwa jednostki ze 100 na 150 tysięcy.

Nie przedstawia także dla ekonomisty trudności ocena bo­gactwa złożonego z jednego tylko rodzaju przedmiotów. Jasne jest dla ekonomisty, że bogactwo się zwiększa, jeśli tym samym nakładem kosztów zostanie wyprodukowany milion ton pszenicy, zamiast 900 tysięcy ton. Ale to wszystko jest także jasne dla nie-ekonomistów.

Tam natomiast, gdzie się zaczynają zagadnienia, których nie można rozwiązać zdrowym rozsądkiem, tam także i ekonomista na­trafia na poważne trudności. Jego niewątpliwa wyższość, w po­równaniu z laikiem, polega tylko na tym, że zdaje sobie sprawę z owych trudności. Występują one nawet w pozornie najłatwiej uchwytnych, najbardziej obiektywnych wypadkach.

Jeżeli zamiast prostego przypadku produkcji miliona, czy 900 tysięcy ton pszenicy, mamy do czynienia choćby tylko z produkcją dwóch rodzajów dóbr, np. pszenicy i węgla, to może tu wystąpić szereg logicznie możliwych kombinacji:

a) zwiększa się produkcja pszenicy i węgla,

b) zwiększa się produkcja pszenicy, a produkcja węgla po­zostaje niezmieniona,

c) zwiększa się produkcja węgla, a produkcja pszenicy po­zostaje niezmieniona,

d) zwiększa się produkcja pszenicy, a zmniejsza się pro­dukcja węgla,

e) zwiększa się produkcja węgla, a zmniejsza się produkcja pszenicy,

f) zmniejsza się produkcja pszenicy, a produkcja węgla po­zostaje niezmieniona,

g) zmniejsza się produkcja węgla, a produkcja pszenicy po­zostaje niezmieniona,

h) zmniejsza się produkcja pszenicy i żyta.

Te bardzo uproszczone wypadki oddają tylko w małym przybliżeniu trudności, które spotyka ekonomista.

Wzrastają one niepomiernie, gdy uwzględnimy nie dwa różne dobra, ale choćby dziesięć różnych dóbr, a cóż dopiero taką ich ilość, jaka występuje w życiu rzeczywistym.

Ale już przy dwóch różnych dobrach ekonomista z trudno­ścią może odpowiedzieć na pytanie, czy i które z tych wypadków są najbardziej pożądane z punktu widzenia dobrobytu.

Odrzuciwszy wypadki f, g, oraz h, które (na ogół biorąc) można uznać za niepożądane, stajemy wobec wypadków d i e, których znaczenie dla dobrobytu jest niewiadome, oraz wobec wypadków a, b i c, które nie budzą wątpliwości w laiku, ale które nie są jasne dla ekonomisty.

Zacznijmy od przyrostu jednego dobra, któremu towarzyszy zmniejszenie ilości drugiego, to jest od wypadków d i e. Pomijam stopień wzrostu lub spadku produkcji pszenicy czy węgla. Nie­zależnie od stopnia, w jakim wzrośnie produkcja jednego z tych dóbr, a spadnie produkcja drugiego, ustalenie korzystności lub niekorzystności tych zmian jest bardzo wątpliwe.

Można je co prawda rozpatrywać jako zmiany sum pienięż­nych, sprowadzając w ten sposób oba towary do jednego mia­nownika. Wydawałoby się, że jeśli np. wartość produkcji żyta wzrośnie z 5 na 7 miliardów, a wartość produkcji węgla spadnie z 4 miliardów na trzy – to powinniśmy uznać taką zmianę za przyrost bogactwa społecznego, skoro łączna wartość obu produk­tów wyniesie teraz 10 miliardów, a poprzednio wynosiła tylko 9 miliardów. Ale tu właśnie nasuwa się trudność, o której wspominałem już poprzednio, trudność, wynikająca ze zmian bogactwa różnych jednostek.

Polega ona na tym, że zmiany w stosunku wielkości pro­dukcji różnych dóbr, łączą się z przesunięciami dochodów z jed­nej kieszeni do drugiej. Jest to jednoznaczne z przesuwaniem się możliwości konsumpcyjnych. Nie mamy zaś możności porównywania użyteczności, jakie przedstawiają dobra dla różnych podmiotów go­spodarczych, a stąd nie możemy ocenić, czy przesunięcia te dają, czy nie dają, wzrost sumy użyteczności w całym społeczeństwie. Wbrew pozorom, nie możemy tego zrobić nawet wówczas, gdy (obliczone w pieniądzu) zmiany dochodów wykazują przewagę ko­rzyści nad stratami.

To właśnie utrudnia opinię ekonomisty nawet o tak pozor­nie jasnych wypadkach, jak te, w których ogół dóbr wzrasta, lub przybywa jednych, a ilość innych się nie zmienia (wypadki a, b oraz c).

Jeżeli bowiem przyrostowi tych dóbr towarzyszą znaczne przesunięcia dochodów jednostek, np. skoncentrowanie w rękach niektórych jednostek całego przyrostu, lub nawet więcej od przy­rostu, to wynik może być oceniany rozmaicie, zależnie od kąta widzenia obserwatora, a ekonomista nie może wyrazić o zmianach swojego zdania.

Dla zdania sobie sprawy z możliwości przesunięć bogactwa, względnie dochodów pomiędzy jednostkami, należy rozpatrzyć logicznie dopuszczalne kombinacje tych zmian. Są one następujące:

a) wzbogaceniu się jednych jednostek towarzyszy wzboga­cenie się innych,

b) wzbogacają się niektóre jednostki, bogactwo innych po­zostaje niezmienione,

c) wzbogaceniu się jednych, towarzyszy zubożenie innych,

d) ubożeją jedne jednostki, a innych zamożność się nie zmienia,

e) ubożeją wszyscy.

Wypadki b i d są mało prawdopodobne. Zmiany bogactwa jednych członków społeczeństwa wpływają na ogół na bogactwo innych. Wpływ ten może być dodatni (wypadek a) lub ujemny (wypadki c i e).

Wypadek a jest oczywiście pożądany. Równie oczywiście niepożądane jest ogólne zubożenie (wypadek e).

Komplikacje zachodzą w wypadku c. Pozornie można go łatwo podzielić na dwie grupy: 1) na takie wypadki, w których wzbogacenie pewnych jednostek przewyższa zubożenie innych, tak, że suma bogactwa się zwiększa oraz 2) takie, w których straty ubożejących przewyższają korzyści tych, którzy się wzbo­gacają, tak, że suma bogactwa maleje. Gdybyśmy mogli ściśle przeprowadzić podobne obliczenia, to znaleźlibyśmy w nich pewną wskazówkę dla praktycznego postępowania. Ale właśnie wspom­niana już niemożność porównywania użyteczności, jaką przedsta­wiają dobra dla różnych podmiotów, uniemożliwia nam te obli­czenia.

Ekonomista może stwierdzić na pewno korzystność wzrostu bogactwa wszystkich członków społeczeństwa (wypadek a) lub przynajmniej wzrostu bogactwa niektórych, z tym, że bogactwo innych nie ulega uszczupleniu (wypadek b). Prawnik może i po­winien zapytać jeszcze o kwalifikacje moralne, kulturalne itp. tych, którzy zyskują lub tych, którzy zyskują więcej. Ale z tym pytaniem odeśle go ekonomista pod innym adresem, zadowolony z tego, że wywiązał się ze swoich obowiązków.

Z tego, co powiedziałem dotychczas, wynikałoby, że ekonomia nie może rzucić wiele światła na praktyczne zagadnienia, a katedry ekonomii są zbędnym luksusem. Czy jest tak w istocie?

Ekonomista nie ma danych teoretycznych, które by mu pozwo­liły ocenić zmiany w układzie gospodarczym w sposób bardziej dokładny i pewny, aniżeli potrafi to zrobić laik obdarzony zdro­wym rozsądkiem. Odwrotnie – jak już wspomniałem – będzie on miał więcej wątpliwości od laika.

Może natomiast ekonomista lepiej od laika przewidzieć, jakie zmiany zajdą w układzie gospodarczym pod wpływem stworzonych warunków technicznych, kulturalnych, politycznych czy prawnych. Do tego sprowadza się jego rola rzeczoznawcy, ale ta rola nie jest do pogardzenia.

Wybierając się w podróż, nie mogę się spodziewać po ajen­cji turystycznej, że wybierze mi taką linię kolejową, która mi bę­dzie najbardziej dogadzać, ale mogę oczekiwać tego, że dowiem się, co mnie spotka na tej, lub innej trasie. A to umożliwi mi wybór. Podobnym skromnym informa­torem może i powinien być ekonomista, gdy ustawodawca zapyta go o skutki takich czy innych norm prawnych. Rzeczą ustawo­dawcy jest ocenić wartość tych skutków w świetle jego własnych społecznych ideałów i wybrać pomiędzy możliwymi ewentualno­ściami. W pierwszej linii dotyczy to prawa własności.

Prawo własności, które nie zostało poddane żadnym „przepisom organizacyjnym”, pozwala jednostce na dowolne rozporzą­dzanie jej dobrami. Jednostka ma niepodawaną w wątpliwość tendencję do osiągania maximum zadowolenia. To znaczy stosuje zasadę gospodarności. Może ją stosować lepiej lub gorzej. Może także widzieć maximum zadowolenia w osiąganiu celów ściśle gospodarczych, albo innych. Może więc dążyć do powięk­szania majątku, albo do dobroczynności, do bardziej lub mniej szlachetnych form konsumpcji itd.

W każdym z tych wypadków osiągnie maximum zadowolenia, otrzymawszy pełną swobodę w rozporządzaniu swoim mieniem. Prawnik jednak nie pyta ekonomisty o warunki dające możność osiągnięcia maximum zadowolenia. Pyta o skutki gospodarcze stwarzanej sytuacji prawnej. Czy są zatem takie przepisy ograniczające własność, które mogą zapewnić poszukiwanie przez jed­nostki maximum zadowolenia w maksymalizacji jej majątku, względnie dochodu? Historia zna rozmaite próby osiągnięcia w drodze norm prawnych tego celu. Można jako przykłady przytoczyć takie przepisy ustalające stosunek jednostki do jej warsztatu pracy, jak przepisy cechowe, ordynacje, fideikomisy, zakazy dzielenia parcel itp., z drugiej strony zaś przepisy normujące konsumpcję (de­krety skierowane przeciw zbytkowi, prohibicję napojów alkoholo­wych itp.). Zbliżone są przepisy prawne wprowadzające przymusową kapitalizację (ubezpieczenia społeczne). Historia wykazała ich małą skuteczność. Stwierdza ona, że najczęściej bywają obcho­dzone, albo, jeśli egzekutywa jest dostatecznie silna, chybiają celu, o tyle, że dany zakaz bywa przestrzegany, ale nie daje spodzie­wanych rezultatów. Niepodzielność lub zakaz sprzedaży ziemi utrzyma dany kawałek ziemi w rękach właściciela, ale kosztem jego zubożenia, lub niekiedy zaniechania produkcji. Prohibicja takiej czy innej konsumpcji wywoła inną konsumpcję równie, albo bardziej szkodliwą z ekonomicznego punktu widzenia. Przymusowa kapitalizacja okazuje się, jakże często, trwonieniem oszczędności, a utrudnia oszczędność dobrowolną.

Istota trudności polega tu na tym, że uzgodnienie maximum zadowolenia i maximum gospodarczego byłoby osiągalne tylko na drodze odpowiedniego wychowania jednostek. Dopóki w ich oczach te dwa cele się nie pokrywają, wszelkie przepisy prawne dążące do ich uzgodnienia będą napotykać na sprzeciw i próby obejścia. Nie należy do ekonomisty rozstrzyganie pytania, czy w ogóle takie uzgodnienie jest potrzebne z punktu widzenia wyższych interesów społeczeństwa. Może i powinien natomiast wska­zać na to, że z jednej strony wypadki zbyt daleko idącej roz­bieżności pomiędzy maximum gospodarczym, a maximum zadowo­lenia nie są częste, a z drugiej strony, przepisy podobne do wy­mienionych, wbrew pozorom, nie gwarantują bynajmniej (nawet przy pełnym wejściu w życie) poprawy gospodarczej. Są one za mało giętkie, zbyt ogólne w znaczeniu niezmienności, a zbyt szczegółowe, o tyle, że obejmują zawsze tylko fragmenty życia, by mogły być dźwignią postępu gospodarczego życia, które wy­kazuje tak wyraźną zmienność, a zarazem tak ścisłe powiązanie wszystkich swoich części składowych.

Toteż prawnik rzadko sięga do tego arsenału środków ze względów ekonomicznych, jeżeli przez nie rozumiemy przy­rost bogactwa wszystkich, a przynajmniej przyrost bogactw nie­których, niepociągający za sobą zubożenia innych (wypadki a i b).

Nawet dzisiejszy zsocjalizowany prawnik ma tyle zaufania do społeczeństwa, że kuratelę prawną stosuje jako przepis wyjąt­kowy, w wypadkach patologicznych. Zrzeka się kurateli nad calem społeczeństwem[III]. To zaufanie jest głęboko uzasadnione. Maximum zadowolenia, do którego zdążają jednostki, pokrywa się najczęściej (za często nawet, mógłby powiedzieć filozof) z gospodarnością[IV].

Ogólny przyrost sumy bogactwa (wypadki a i b) zachodzi wyłącznie tylko jako skutek zwiększonego wysiłku mózgu, nerwów i mięśni, a nie może być wywołany żadną interwencją prawną. Zwiększony wysiłek, to może być większa wynalazczość, większa produkcja przy użyciu tych samych zasobów, większa oszczędność i lepsze (zyskowniejsze) ulokowanie posiadanych już bogactw. To wszystko zapewnia pełna swoboda rozporządzania swoją własnością, tj. nieograniczone prawo własności prywatnej. Ograniczenie tego prawa może wywołać tylko wypadki c, d i e, tj. wypadki, gdzie wzbogaceniu jednych towarzyszy ubożenie drugich, lub gdy ubożeniu jednych towarzyszy niezmieniona za­możność innych, albo wreszcie, gdy ubożeją wszyscy.

„Dobro powszechne”, o którym wspomina prof. Zoll[2], może wymagać tych zmian. Ekonomiście nie wolno tego podawać w wątpliwość. Musi tylko przewidywać ekonomiczne konsekwencje wprowadzonych przepisów.

Prawnik, który przez ograniczanie prawa własności zamierza się przysłużyć dobru powszechnemu, może mieć dwa uzasadnione logicznie cele:

1. Pomnożyć inne wartości, które uważa za ważniejsze od bogactwa.

2. Rozdzielić bogactwo inaczej, aniżeli rozdzieliłoby się, gdyby ius utendi et abutendi pozostało nieograniczone.

Do pierwszego celu zmierza prawnik wówczas, gdy ogranicza prawo własności ze względów na „bezpieczeństwo lub zdrowie ludzi – stąd różne przepisy, dążące do tego by domy nie groziły zawaleniem, by pożary nie mogły się szerzyć, by mieszkania były zdrowe”[V]. Kiedy indziej „chodzi tylko o względy wygody łatwiejszej komunikacji, lub o względy estetyczne, względy zachowania dla społeczeństwa różnych zabytków sztuki, kultury i przyrody – stąd różne przepisy budowlane, ustawy o ochronie zabytków itp.”[VI].

Nie ulega wątpliwości, że wymienione cele mogą być w szerokiej mierze osiągnięte przez ograniczanie własności. Ekonomista nie ma prawa – jak już wspomniałem – rozstrzygać o ich znaczeniu dla dobra powszechnego. Powinien natomiast wskazać na tę „heterogenię celów” jak mówił Wilhelm Wundt[3], na owe rykoszety w życiu społecznym, które muszą wystąpić jako pośrednie skutki zastosowanych środków. Przepisy dążące do tego, by mieszkania były zdrowe, sprowadzą nie tylko większą higienę, ale i większe koszty budowy. Ponieważ zaś ilość środków jest ograniczona, więc zwiększenie kosztowności odbije się na ilości budowanych domów. W obrębie więc konkretnego zagadnienia budownictwa domów mieszkalnych, wypadnie prawnikowi wybierać pomiędzy jednym z dwu rozwiązań: więcej domów lub domy bardziej higieniczne. Wybór nie może być raz na zawsze ustalony. Zależnie od warunków ekonomicznych, od czasu, na który oblicza się ruch budowlany, raz to, raz inne rozwiązane może się okazać właściwsze.

Bywają wypadki, w których uznanie pewnych zjawisk za wartościowe raz na zawsze rozstrzyga wybór. Tak jest przy ochronie zabytków. Tu nie ma powrotu. Zniszczony zabytek przepada raz na zawsze.

Zarówno jednak w pierwszych, jak i w ostatnich wypadkach ekonomista ma obowiązek dodać drugie ostrzeżenie: chodzi nie tylko o wybór między bardziej higienicznymi mieszkaniami, a większą ilością mieszkań, lub zachowaniem zabytków, a powiedzmy przeprowadzeniem szosy lub rozszerzeniem ulicy, chodzi także, przede wszystkim, o wybór pomiędzy szczegółowym celem, jaki stawia sobie prawnik, a bogactwem. Bo zagrodzenie drogi prądowi, który kieruje energię ekonomiczną do pewnych rozwiązań, nie tylko tę energię przesuwa, ale prowadzi do jej rozpierzchnięcia i marnotrawstwa.

Podobny wybór staje także przed prawnikiem, gdy przez ograniczenie własności chce inaczej rozdzielać bogactwo. Ten pro­blem krajania ciastka, jak mówią Anglicy, lub krojenia bochenka chleba, jak wolą mówić rzadziej widujący ciastko Polacy, jest mniej skomplikowany, jak się to nieraz wydaje. Wystarczy nadkroić suflet, lub świeżo wypieczone ciasto, by się „zaklęsło”. Tak samo zapada się i maleje społeczny bochenek chleba przy próbach krojenia nożem prawa.

Nie trzeba zapominać, że ten chleb dzieli się ciągle i bez­ustannie także i wówczas, gdy prawo własności jest nieograni­czone. Okruszyny chleba przesuwają się wciąż z rąk do rąk i z ust do ust. Jeśli żadne ograniczenia, ani przywileje[VII] nie stanowią za­pory dla tego podziału, to odbywa się on samorzutnie w ten spo­sób, że bochenek wyrasta jak na drożdżach. Przesunięcia bowiem urzeczywistniają zasadę gospodarności. Każde ograniczenie wła­sności ją narusza i wywołuje „społeczny zakalec”. Względy pozagospodarcze mogą i tu wysuwać się na czoło i przeważyć ujemne skutki ekonomiczne. Jeśli polityk, filozof, twórca kultury tak spra­wę rozstrzygną – prawnik będzie wiedział, co ma zrobić. Rada ekonomisty może go ustrzec, po pierwsze, przed złudzeniem, że tych ujemnych skutków nie będzie, a po drugie, przed takim rozwiązaniem problemu, które kazałoby osiągać postawione cele, kosztem zbyt wielkich szkód gospodarczych.

Konsekwencje „krajania bochenka” wbrew naturalnym ten­dencjom rozwoju, sięgają jednak jeszcze dalej: zmniejszenie się volumen całego bochenka nie pozostanie na dalszą metę bez wpływu na tych, którym zamierzono wydzielić większą kromkę chleba. Ostateczny wynik zatem da się zilustrować jak następuje: z całości bogactwa, względnie dochodu, wynoszącego 100 otrzymywała grupa X 25, tj. 0,25 część. Ograniczenia prawa własności mają podnieść jej udział do 1/3 całości dochodu społecznego. Na krótką metę zostało to osiągnięte. Jeżeli jednak spadnie tymczasem ca­łość dochodu społecznego, to zależnie od wielkości tego spadku, grupa X może dostać więcej, ale może dostać i mniej jak dawniej (jeśli dochód spadł tylko o 10, tj. do 90, to grupa X otrzymuje wprawdzie nie 33,3 ale jednak 30, zamiast 25), ale jeśli dochód spadnie do 60, to grupa X otrzyma tylko 20.

Ekonomiczne prawa podziału, wcześniej czy później, dojdą jed­nak znowu do głosu, zmniejszając udział grupy X do 1/4 części dochodu społecznego. Wówczas grupa X otrzyma mniej jak dawniej, zarówno przy dochodzie społecznym 90 (otrzyma wówczas 90/4 = 221/2), jak przy spadku dochodu społecznego do 60 (otrzyma wów­czas 15).

Te skutki, bardzo prawdopodobne na dalszą metę, powinien również poddać ekonomista pod rozwagę prawnika.

Wszystko, co mówiłem powyżej, zna od dawna życiowa mą­drość narodów. Istotą rzeczy jest, że pomnażać bogactwo może tylko wysiłek: wysiłek mózgu czy rąk, zawsze wysiłek charakteru, tj. praca i oszczędność. Praca, twórczość, wynalazczość, a także rozsądne używanie bogactw, połączone z oszczędnością, kwitną najlepiej w ramach klasycznego prawa własności, jak miód nara­sta w komórkach woskowego plastra.

Próby powiększania dobrobytu przez ograniczenie prawa własności, to to, co po rosyjsku nazywa się „Tryszkin kaftan”, więc próby obcinania jednego rękawa, by przydłużyć drugi. Po polsku wyraża to samo anegdota o za krótkiej kołdrze.

Polityk, prawodawca, ma prawo rozstrzygać o tym, czy chce mieć lewy rękaw czy prawy, lub czy chce kołdrą zakryć nogi czy ramiona. Ekonomista ma obowiązek przypominać, że ani kaf­tana, ani kołdry nie można dowolnie rozciągać, bez obawy po­darcia, że zawsze obowiązuje wybór pomiędzy dwoma różnymi celami czy wartościami, każdy wybór łączy się ze stratą, a osiąg­nięcie każdej wartości połączone jest z kosztem.


Adam Heydel (1893-1941) - ekonomista i publicysta polityczny, przedstawiciel krakowskiej szkoły ekonomicznej w II RP, krytyk etatyzmu, zwolennik wolnego rynku.

Pierwodruk tekstu: "Czasopismo Prawnicze i Ekonomiczne", r. XXX, 1936


[I] Fryderyk Zoll, Prawo cywilne, t. II, s. 21 (wydanie trze­cie), Poznań 1931.

[II] Pomijam tu ograniczenia o charakterze prywatno-prawnym, np. sąsiedzkie. Por. Zoll, s. 22.

[III] Niektóre ograniczenia swobody gospodarczej wszystkich człon­ków społeczeństwa są, co prawda, bardzo zbliżone do kurateli.

[IV] Bertrand Russell robi podobny zarzut współczesnej kulturze (W poszukiwaniu szczęścia).

[V] F. Zoll, op. cit., s 21.

[VI] F. Zoll, ibidem.

[VII] Np. monopole prywatne.


[1] Łac. prawo użycia i nadużycia.

[2] Fryderyk Zoll młodszy (1865-1948), prawnik polski, specjalista prawa cywilnego. W latach 1897-1935, profesor UJ, pomimo przejścia na emeryturę wykładał do końca życia. W II Rzeczpospolitej członek Komisji Kodyfikacyjnej, faktyczny współautor wielu ustaw z tego okresu.

[3] Wilhelm Wundt (1831-1920), niemiecki filozof i psycholog, uznawany za twórcę  psychologii eksperymentalnej.

 


Start Klasycy o wolnym rynku i roli państwa w gospodarce Adam Heydel, "Usus i abusus własności w świetle ekonomii"