SPORY O KAPITALIZM

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Start Klasycy o wolnym rynku i roli państwa w gospodarce Leopold Caro, "Zmierzch kapitalizmu"

Leopold Caro, "Zmierzch kapitalizmu"

Email

Pierwodruk: Poznań 1934

Rewolucja francuska wydała na świat dziwny organizm o dwóch obliczach: politycznym i gospodarczym. Był nim liberalizm.

Prawa polityczne jednostki – oto cel i program liberalizmu politycznego, którego osiągnięcie miało przynieść korzyść pewnej grupie jednostek, utożsamianej ze społeczeństwem. Prawo zysku jednostki – oto program liberalizmu gospodarczego, który przyświecał jego zwolennikom, uwielbiającym racjonalizm, jako jedyny wskaźnik życia. Pierwszy program dał osłabienie władzy wykonawczej, zwycięstwo okrągłego frazesu nad rzeczowym argumentem, sprytu nad głębią, kariery nad dobrem publicznym. W miejsce tych, którzy daną rzecz najlepiej znali, przyszli do steru ci, którzy o niej najpiękniej umieli mówić. W miejsce zawiści między królami przyszła głębsza i groźniejsza nienawiść między narodami. Dogmat katolicyzmu stał najsilniej na przeszkodzie zwycięstwu nieprzemyślanych haseł wolności i równości, a był często niewygodny wszystkim, bo w rzeczach zasadniczych nie znał koncesji i oportunizmu. Najsilniej więc go zwalczano. Trzecie hasło rewolucji francuskiej: hasło braterstwa zarzucono bardzo szybko, określając je jako nieziszczalne marzenie.

Drugi program, gospodarczy, wskrzeszający poglądy Sydonu, Tyru i Kartaginy, zniósł wszystkie miary, zatrzymał jedną tylko: złotą. Umożliwił zwycięstwo najprzebieglejszych, w niewolników zamienił prostodusznych, wykorzystał dla siebie nowe wynalazki, dające uwielokrotnienie produkcji, ujarzmił i do służby swej zaprzągł technikę, zniszczył konkurentów w wolnej walce o byt, pozostałych na powierzchni złączył w zwartą falangę w kartelach i trustach, a konsumentom podyktował ceny najwyższe, jakie można było z nich wycisnąć. Dawny stosunek trwały do robotników zastąpił luźnym, rozwiązalnym w krótkich odstępach czasu, przerzucając jednostronnie na nich wyłącznie ujemne następstwa nieprzychylnej koniunktury. Wszelka tradycja została pogrzebana, religia pozytywna odepchnięta jako przeżytek, dawna moralność wzgardzona. Wszystko, co było, uznano tym samym za niedorzeczne; związki rodzinne, cechowe, korporacyjne zostały podkopane. Zwyciężyło na całej linii indywiduum i postęp techniczny.

Ale tylko poza proletariatem. Tu nowoczesny ustrój gospodarczy zdegradował jednostkę ludzką do poziomu rąk roboczych, tak tylko ją ocenił. Odmówił jej cech podmiotu gospodarstwa, a uczynił jednym z kółek w wielkiej maszynie społecznej, zastąpił jakość ilością.

Przeciw tej potwornej przemianie dusz, wedle wyrażenia Edmunda Burke’a[1], uznających za Pismo święte księgę kontową, budynek giełdy za kościół, a za bożka pieniądz, odzywają się w chwili obecnej coraz głośniejsze z różnych stron protesty. Oprócz Rosji Włochy, Niemcy i Stany Zjednoczone zrzucają w naszych oczach hańbiące jarzmo kapitalizmu.

Gubernator Banku Angielskiego Norman[2] w liście do szefa Banku Francuskiego Moreta[3] przepowiedział kapitalizmowi rychły upadek, jeśli nie użyje się nadzwyczajnych środków do jego ratunku. W ustach wybitnego finansisty była to niewątpliwie przyjacielska przestroga, dowodząca co najmniej, że i on zdaje sobie z tego sprawę, iż ustrój gospodarczy, w którym żyjemy, zawiódł oczekiwania.

Z jakich to przyczyn kapitalizm, wiecznie głodny, a nigdy nienasycony, toczący ciągły bój na trzech równocześnie frontach: przeciw robotnikom o zniżkę płac, przeciw skarbowi państwa o ulgi w ciężarach podatkowych i świadczeniach społecznych oraz przeciw konkurentom zagranicznym o rynku zbytu – budzi powszechne niezadowolenie i opozycję, co więcej, z jakich przyczyn można dziś mówić w wielkiej części Europy o zmierzchu kapitalizmu?

Odpowiedź na to pytanie wypada poprzedzić odpowiedzią na inne, nierównie ważniejsze, a mianowicie na pytanie, jakie jest właściwe zadanie ustroju społecznego. Czy jest nim ciągłe pomnażanie produkcji, czy może nim być samo przysparzanie tą drogą zysku jednostkom lub nielicznym mniejszościom? Tak właśnie twierdzi ekonomika indywidualna, usiłująca narzucić swój ciasny i krótkowzroczny punkt widzenia gospodarstwu społecznemu. Zadaniem ustroju społecznego, jeśli się ma przed oczami przede wszystkim interes społeczeństwa, może być tylko wówczas i tylko pod tym warunkiem wytwarzanie możliwie jak największej ilości dóbr materialnych, jeśli może to nastąpić bez jakiegokolwiek wyzysku oraz jeśli dobra owe będą dostarczane tym wszystkim, którzy ich potrzebują.

Kapitalizm i bolszewizm są równie jednostronne i nielogiczne, kładąc nacisk na jedną tylko stronę zagadnienia: kapitalizm na produkcję, bolszewizm na konsumpcję, podczas gdy obie części równie są doniosłe: pierwsza jest nieodzowną przesłanką drugiej, ale nie może być celem samego ustroju, a rozdział bez największej dbałości o produkcję nie da się oczywiście w pełnej mierze uskutecznić. Bez uwzględnienia jednego z tych zadań przyjść musi do załamania się gospodarstwa: w ustroju kapitalistycznym do nieustannych rozruchów i strajków, w ustroju kolektywistycznym do periodycznych głodów i wewnętrznych wojen.

Już Platon wskazywał, że istnieje zasadnicza różnica między korzyścią z jakiejś czynności dla społeczeństwa a zyskiem odnoszonym z tej czynności przez jednostkę gospodarczą. Arystoteles mówi w pierwszym przypadku o ekonomice, w drugim o chrematystyce. Tylko lukami w filozoficznym wykształceniu pewnej części ekonomistów europejskich wytłumaczyć można, że nie zdają sobie sprawy z tej różnicy, z którą ekonomista niemiecki profesor Andreae[4], uczeń Otmara Spanna, zestawia dwa odrębne pojęcia: produktywności gospodarczej i rentowności indywidualnej, stwierdzając słusznie istniejącą między nimi różnicę.

Nie idzie więc o to, aby ustrój społeczny był dla jednostek rentowny, ale o to, aby był produktywny dla całego społeczeństwa. A będzie nim jedynie wówczas, gdy ogół będzie mógł korzystać z produkcji, to znaczy gdy w ustroju własności prywatnej będzie w położeniu umożliwiającym jej nabycie.

Otóż czy ustrój kapitalistyczny przynosi korzyść społeczeństwu jako całości?

Niechaj na to pytanie odpowiedzą cyfry. Bezrobotnych na kuli ziemskiej było:

w roku 1930: 15 milionów,

w roku 1931: 22 milionów,

w roku 1932: 30 milionów,

co daje z rodzinami przynajmniej czterokrotną liczbę ludzi pogrążonych w niedostatku. Cyfry to przerażające i przedtem nigdy niespotykane.

Liberalizm gospodarczy twierdzi, że winę ponoszą ci, którzy wydają na świat dzieci, nie mogąc im dać utrzymania. Należy żądać wstrzemięźliwości płciowej od wszystkich ludzi ubogich i nieposiadających stałego zatrudnienia. Robert Malthus[5] dawno już powiedział (w przedmowie do pierwszego wydania głośnej swej książki pt. Próba prawa ludnościowego w stosunku do przyszłego ukształtowania społeczeństwa): „Człowiek, który urodził się na świecie już zajętym, nie znajduje dla siebie nakrycia na wielkiej uczcie przyrody. Natura każe mu precz odejść i nie zwleka z wykonaniem swej groźby”.

W dziele tym, które dowcipny krytyk angielski nazwał zarysem ubóstwa narodów, czyniąc aluzję do tytułu dzieła Adama Smitha Bogactwo narodów, autor nie miał na myśli kalek ani dzieci zbrodniarzy lub dotkniętych zaraźliwymi chorobami, których sterylizacja jest obecnie przedmiotem rozważań w Niemczech, ale po prostu dzieci ubogich, choćby rodzice ich byli zdrowi, silni i moralni. Widocznie więc ludzi na kuli ziemskiej jest za wielu w stosunku do środków utrzymania. Pomijam zupełnie dowolne twierdzenie Malthusa o przyroście ledwie arytmetycznym środków żywności, a geometrycznym ludzi, twierdzenia tego bowiem ekonomika liberalna w chwili obecnej nie podtrzymuje.

Pomijam również okoliczność, że teza Malthusa, bądź co bądź duchownego chrześcijańskiego, przeczy implicite przymiotom boskim, uznawanym przez wszystkie religie świata. Jeżeliby Bóg stworzył jednych na to, aby wiecznie cierpieli niedostatek, a drugich, żeby opływali we wszystkie dobra doczesne, to nie byłby ani wszechdobry, ani wszechmądry, ani wszechsprawiedliwy; miłość bliźniego jako bezskuteczna stałaby się nonsensem, a logiczny byłby jedynie zupełny fatalizm; rządy w państwie byłyby niepotrzebne, a niezadowolonym z danego stanu rzeczy pozostałoby tylko jako jedyny środek bezmyślne poddanie się losowi. Toteż Malthus żądał zniesienia opieki nad ubogimi jako podniecającej do lekkomyślnych związków małżeńskich, a jednak dość niekonsekwentnie zalecał ubogim tzw. moral restraint, a więc niepospolity wysiłek woli, nie pomyślawszy, że gdyby się nań zdobyć mogli, zapewne użyliby go w zgoła odmiennym, a nie oczekiwanym przez Malthusa i przyjaciół jego kierunku. Faktycznie nie Stwórca wydał tak niemiłościwy wyrok na ludzi, pozbawionych środków do życia, ale wydali go inni ludzie, zrzucając zań winę podstępnie na Opatrzność Boską.

Dziś jeszcze, wysławiając spostrzegawczość Malthusa nie mniej wymownie, aniżeli on to czynił pod adresem Ricarda, liberalizm twierdzi nadal, że główną winę za bezrobocie ponosi fakt, że ludzie rozmnażają się szybciej, aniżeli spożywane przez nie środki żywności. Czy tak jest w rzeczywistości?

Współcześni geografowie wprost temu przeczą. Fawcett i Penck twierdzą, że na kuli ziemskiej pomieściłoby się i znalazłoby utrzymanie dziewięć miliardów ludzi, nie dwa miliardy, które faktycznie na niej żyją. Na kuli ziemskiej znajdują się bowiem ogromne obszary, nadające się do zamieszkania i uprawy roli, a zupełnie dotąd niezamieszkałe. Tam nawet, gdzie uprawa ta ma miejsce, daleka jest od wyzyskania sił przyrody, a ulepszenia techniczne i sztuczne nawozy stosuje się dziś jeszcze na minimalną skalę; wreszcie zaś płodność zwierząt i roślin służących jako pożywienie człowieka jest o wiele większa niż ludzka.

Profesor Juliusz Wolff[6] podaje w tym względzie w rozprawie Nahrungsspielraum und Menschenzahl (Stuttgart, Enke 1917) następujące szczegóły. Płodność nierogacizny jest dziesięciokrotnie większa, niż człowieka, płodność królików pięćdziesięciokrotna, z tym że zdolność dalszego rozmnażania się uzyskuje królik już podczas pierwszego roku swego życia, płodność drobiu wynosi tysiąc sztuk potomstwa rocznie. W ciągu dziesięciu lat z jednej pary królików mogłoby ich być tyle, że pokryłyby całą kulę ziemską, licząc po dwa na stopę kwadratową. Śledź wydaje na świat rocznie 40 tysięcy młodych śledzi. Królowa pszczół złożyć może rocznie przez cztery do pięciu lat z rzędu po 50 do 60 tysięcy jaj. Ostryga wydaje na świat 1 200 000 potomków. Między rokiem 1840 a 1888 ilość ziemi ornej wzrosła w Europie, Ameryce i w koloniach o 120 proc., a ludność tylko o 70 proc.

W końcu przyrost ludności wraz z postępem cywilizacji staje się u wielu narodów, a w szczególności w warstwach zamożniejszych powolniejszy niż dawniej. Neomaltuzjanizm jest wyrokiem śmierci na narody, jak słusznie twierdzi Naumann[7] w Neudeutsche Wirtschaftspolitik, przytaczając cyfry ludności Włoch: w 220 roku przed Chrystusem 22 miliony, w II wieku po Chrystusie 10 milionów, w IV wieku po Chrystusie 5 milionów ludzi. Ludność wzrosła wedle obliczeń Zierhoffera w ostatnich pięćdziesięciu latach zaledwie o 43 proc., natomiast produkcja pokarmów roślinnych o 70 proc., bawełny o 140 proc., rudy żelaznej o 330 proc., a nafty o 400 proc. Przeoczył ponadto Malthus, że każdy przybywający na świat człowiek może stać się producentem, a sposobności i terenu do produkcji jest ciągle jeszcze dosyć.

W tym stanie rzeczy nauka stwierdziła całkowitą błędność maltuzjanizmu, zrozumiałego jedynie na tle niesprawiedliwego rozdziału dochodu społecznego i krótkowidzącego egoizmu klas posiadających. Jedyną jego zasługą pozostało, iż wskazał na niedogodności i luki wymiany międzynarodowej, jak również na korzyści autarkii gospodarczej w dziedzinie środków nieodzownych do utrzymania życia, przyczyniając się tym samym i zachęcając do rozwoju rolnictwa i hodowli w każdym państwie z osobna.

Natomiast ze stanowiska gospodarstwa światowego okazało się, że mamy i środków żywności, i innych przedmiotów naszego zapotrzebowania coraz więcej, a tylko nie mamy ich komu sprzedać. W szczególności wedle Steuermana[8] (Koniec kapitalizmu, przekład z niemieckiego, Warszawa 1933) wynosiły w tysiącach ton zapasy:

 

w 1925 r.        w 1929 r.        w 1930 r.

cukru               16,97               2693                3683

kawy               91                    847                  1555

bawełny          506                  784                  1186

kauczuku        125                  275                  435

w 1928 r.

pszenicy          8561                13803              14796

węgla kamiennego 6324        -                      16325

miedzy                        47                    -                      327

 

Ponieważ na olbrzymie te nadwyżki producenci nie mogli znaleźć nabywców, więc je bądź zatapiali w morzu, bądź palili – i czynią to dotąd.

I tak w Brazylii w roku 1930 zniszczono cztery miliony krzaków kawowych. Ogromnych ilości kawy użyto jako nawozów lub je spalono. W Santos zatopiono w morzu pięć tysięcy worków dobrej kawy brazylijskiej. Pełne ładunki okrętowe cukru oraz wiele tysięcy cetnarów korzeni zatopiono w morzu. W Argentynie zużywa się ogromne masy kukurydzy na karmę dla bydła lub się je spala. Od kilku lat pali się bawełnę w Ameryce, Egipcie, Indiach, a farmerzy bawełny popadli w nędzę wskutek niemożności jej zbytu. W Oklahomie wobec spadku cen nafty do dwudziestu centów za baryłkę rząd stanowy zabronił dalszego jej wydobywania. Na Cejlonie zrywa się z roślin herbacianych tylko po dwa listki zamiast trzech w celu obniżenia zbiorów o 75-100 milionów funtów angielskich. A równocześnie tyle milionów ludzi łaknie herbaty, kawy, cukru i ciepłych ubrań, a tylko nie jest w stanie za nie zapłacić.

Wskazywałem na ten stan rzeczy w roku 1931 w odczycie pt. „Przewrót w konomice społecznej” (wygłoszonym na otwarcie roku szkolnego w Politechnice Lwowskiej), a do tych samych konluzji doszedł znakomity prezydent największej rzeczypospolitej na kuli ziemskiej, Franklin Roosevelt[9] w książce pt. Looking forward, wydanej w roku 1933.

Skąd ta masa zbrodni – bo niszczenie płodów rolnych gwoli uzyskania wyższej ceny za resztę nie jest niczym innym, niż zbrodnią – a przy tym ten bezmiar niedorzeczności, jaką popełnia zaślepiona hasłami liberalizmu gospodarczego ludzkość, skąd to okrucieństwo, odmawiające pożywienia głodnym ze strony dzisiejszej pseudokultury, skąd to straszne krótkowidztwo, grożące krwawym porachunkiem całej cywilizacji nowoczesnej?

Nadmiar zapasów spowodował wszędzie zmniejszenie produkcji. Równocześnie dzięki zaprowadzeniu we wszystkich państwach ceł ochronnych i zakazów przywozu oraz dzięki powszechnemu dążeniu do popierania własnej produkcji bez nakładania na nią jakichkolwiek obowiązków wzajemnych ceny wewnętrzne wzrosły, wynosząc sumę cen notowanych na rynku plus cło tudzież w razie dumpingu i plus straty, ponoszone na rynku zagranicznym w interesie rozszerzenia zbytu.

Ten stan rzeczy przyniósł nie tylko dotkliwą szkodę konsumentom, przepłacającym zakupywane przez siebie towary, ale i zmniejszył bardzo znacznie konsumpcję, tym samym zaś zaszkodził i producentom. Tym gorzej dla spożywców, że ceny na rynku dyktuje dziś owych paruset ludzi, decydujących w kartelach o wszystkim, ceny bowiem przez nich ustanawiane kalkuluje się tak, aby starczyło zysku dla najdrożej pracującego członka kartelu, tym samym zaś, by przypadały wygórowane zyski dla taniej pracujących, w nowsze maszyny i lepszą organizację wyposażonych przedsiębiorstw. Dążenie do jak największego indywidualnego zysku przysłoniło wszelkie względy na interes publiczny.

Hasło wolnej konkurencji twierdzi, że ceny układają się same na pewnym poziomie, najodpowiedniejszym w stosunku popytu do podaży. Tak wytworzona cena nazywana jest ceną naturalną. Taniość towaru sama przez się zwiększa wywóz, stąd wiara w tzw. automatyzm. Cła psują ten naturalny rezultat, dlatego należy wszelkie cła uchylić. A zatem nie tylko znieść wszelką ingerencję państwa wewnątrz kraju, znieść ją także na granicach, a wówczas zwyciężą najlepsi gospodarze. W przyrodzie nie jest inaczej. I w gospodarstwie nie może być żadnych wyjątków.

Rozważmy te wszystkie argumenty. Na pierwszy rzut oka nasuwa się następująca wątpliwość.

Ceny tworzone przez wolną konkurencję mają być najlepsze, najodpowiedniejsze, „naturalne”. Jednakże poszczególni kupujący i sprzedający nie mają przecież poglądu na całość rynku i skoro każdy z nich – wiedząc w najlepszym razie wszystko, co zaszło przedtem, a nie wiedząc z natury rzeczy tego, co robią równocześnie inni konkurenci, to bowiem osłonięte jest tajemnicą interesu – powiększa lub odnawia swoją produkcję, musi w następstwie powstać chaos i nadmiar. Co więcej, każde nowe cło, nowy traktat handlowy, nowa taryfa frachtowa, nowy wynalazek, odkrycie nieznanego dotąd miejsca istnienia surowca lub otwarcie nowego terenu zbytu zmienić mogą, jak słusznie zauważył Andreae (Kapitalismus, Bolschewismus, Faschismus, Jena, Fischer 1933, s. 30-31), zasadnicze warunki wymiany międzynarodowej. Opinię, jakoby autonomia gospodarcza mogła wywołać wyrównanie między popytem a podażą, określa przeto słusznie Andreae jako bezmyślną utopię.

I jeszcze jedno. Cena odpowiednia może być z natury rzeczy tylko jedna. Tymczasem ceny na dany towar w tym samym czasie w różnych miejscowościach bywają rozmaite, bo różne mogą być w nich stosunki popytu do podaży. Nie wszystkie bowiem towary i nie wszyscy mający chęć kupna pojawiają się równocześnie na targach. Jedni liczą na spadek, drudzy na zwyżkę cen w chwili późniejszej i czekają. Proporcja ta w różnych miejscowościach bywa różna, stąd (i z innych przyczyn) powstaje drożyzna w jednych miastach, a taniość w drugich. Dlaczego więc cena ustalana tylko wśród obecnych i aktywnych uczestników miejscowego targu i tylko od ich subiektywnej kalkulacji uzależniona miałaby być i obiektywnie najodpowiedniejsza?

Następnie, czy istotnie w tych zapasach zwyciężają najlepsi, czy też może najsprytniejsi? Jest coś niedopuszczalnego w tym, by tylko przymioty gospodarcze, obok i mimo poważnych wad charakteru, miały dawać przywilej zwycięstwa w obrębie państwa i społeczeństwa, którego wszak jedną tylko z emanacji jest gospodarstwo społeczne.

Czy rolnik czeka może na automatyczne pokonanie chwastów przez pszenicę, czy też czynnym współdziałaniem, w danym wypadku bezwzględnym tępieniem chwastów „miesza się” do produkcji? I czy nie zwymyślano by go od idiotów, gdyby postępował wedle pierwszego szablonu? W Polsce moc jest ludzi mających starsze tradycje gospodarcze, większą wprawę i zdolności handlowe od rdzennych Polaków. Ludzie ci nie są lub jeszcze nie są Polakami i sami się do tego przyznają. Sympatiami swymi ciążą często ku krajom leżącym poza Polską. Dlaczegóż ich zwycięstwo miałoby być koniecznością gospodarczą i dlaczego rządowi polskiemu nie miałoby być wolno pomagać Polakom, aby byli panami we własnym domu?

Gospodarstwo nie może przeciwdziałać interesom narodu. A nie ulega wątpliwości, że dla społeczeństwa skupionego w naród potrzeba w o wiele wyższym stopniu obywateli bezinteresownych, poświęcających się i pełnych entuzjazmu, aniżeli dobrych kupców. Słusznie powiedziano: naród żyje nie dla gospodarstwa, a gospodarstwo istnieje nie dla kapitału. Przeciwnie: kapitał służyć winien gospodarstwu, a gospodarstwo narodowi (Hitler).

Zwolennicy wolnej konkurencji głoszą tzw. zdrowy egoizm indywidualny. Nie mogą więc brać za złe ludziom, w których uczucie narodowości jest silne i żywe, że ci przez egoizm narodowy, co najmniej równie uprawniony, nie chcą utrwalenia chwilowej niższości gospodarczej własnego narodu i że choćby drogą „sztuczną” dążą do wydostania się z tak upokarzającego stanu rzeczy.

Po piąte: liberałowie w praktyce nie są konsekwentni. Gdy David Ricardo został członkiem parlamentu angielskiego, a Wilhelm von Humboldt[10] ministrem spraw wewnętrznych, wypowiadali poglądy zupełnie sprzeczne z zapatrywaniami, których przedtem bronili. Sądy nasze w dużej mierze zależą od sytuacji, w jakiej się sami znajdujemy. Inaczej wypowiada się o samochodzie ten, kto w nim siedzi, a inaczej ten, kto przed nim ucieka lub kogo przejechano. Cła ochronne, taryfy kolejowe, premie eksportowe, zakazy dowozu, kredyty z funduszów państwowych, a więc same akty ingerencji państwa przyjmowane są z radością, gdy wychodzą na naszą korzyść, zaś z okrzykami protestu i potępienia, gdy przynoszą ulgę lub pomoc innej gałęzi produkcji.

Czy państwa zadłużone wywożą towary za granicę dlatego, że ich cena wewnątrz kraju spadła, jakby to wynikało z teorii o automatyzmie wolnej konkurencji? Wcale nie. Wywóz następuje wprawdzie po cenach niższych, niepokrywających nawet własnych kosztów, ale możliwe jest to tylko pod warunkiem, że równocześnie ceny wewnętrzne wzrastają bardzo znacznie. Jest to znane powszechnie zjawisko dumpingu. Bez wysokiej ceny wewnętrznej, sztucznie wyśrubowanej i możliwej tylko w razie zmowy wszystkich producentów w tym kierunku, zniżka ceny zagranicznej byłaby nie do pomyślenia. A poza tym tylko do tych krajów wywozić można, które dany towar do swych granic wpuszczają.

Urzeczywistnienie marzeń o wolnej konkurencji zależy więc od tego, aby obok krajów przemysłowych były inne, rolnicze, produkujące surowce i półfabrykaty, a sprowadzające z zagranicy towary przemysłowe. Tak dzieli kulę ziemską Ricardo, tak dzielili ją jeszcze Delaisi i bankierzy europejscy w swej głośnej odezwie. Tymczasem sytuacja zmieniło się do nie poznania.

Indie Wschodnie, Japonia, Rosja sowiecka zakładają własne fabryki, zmierzają do samowystarczalności. To samo uczynią niewątpliwie w ciągu XX wieku Chiny, Persja, Turcja, Południowa Ameryka, Egipt, Syjam[11], Jawa. Eksport na wielką skalę straci znaczenie, bo żadne państwo nie zechce być – zwłaszcza wobec stałego rozwarcia nożyc między cenami płodów rolniczych a przemysłowych – przedmiotem ustawicznego wyzysku, ani choćby tylko źródłem stałej nadwyżki zarobku na rzecz obcych. Wszystkie państwa się uprzemysłowią, a wskutek tego wielki przemysł w rozmiarach przedwojennych zniknie. W rezultacie punkt ciężkości przeniesie się na produkcję i konsumpcję wewnętrzną.

A czy w obrębie poszczególnych państw istnieje dziś w ogóle wolna konkurencja? Nie ma jej i żadne obłudne protesty zwolenników „klasycznego” liberalizmu, potępiającego rzekomo na równi wszelkie zmowy, czy to przez pracodawców, czy przez robotników urządzane, nic tu nie pomogą.

Kartele przeciwdziałają chaosowi produkcji, uzyskują lepszy pogląd na rynek dzięki temu, że znają nie tylko akcję przeszłą, ale i teraźniejszą, wydzielają każdemu członkowi swemu kontyngent produkcji i tym zabezpieczają go przed katastrofą. Kartele są niewątpliwie wyższą formą produkcji przemysłowej niż produkcja indywidualna. Jednak wraz z nastaniem karteli skończyła się w istocie wolna konkurencja.

To jest jasne.

Korzyść, jaką przynoszą kartele przemysłowi, również jest niewątpliwa. Dlatego właśnie protesty obrońców przemysłu, na przykład Cassela, przeciw kartelizacji nazwałem obłudnymi. Idzie im w istocie o związki zawodowe robotników, przeciw którym protestują za jednym zamachem. Wiedzą dobrze, że przemysł nie da sobie odebrać kartelizacji i że nie byłoby to nawet pożądane, a protestem obejmującym związki tak przemysłowców, jak robotników, a więc pozornie zasadniczym, może uda się w błąd wprowadzić opinię ogółu i osłabić niewygodną dla przemysłu pozycję robotników.

Liberalizm gospodarczy pogodził się w duchu dawno z kartelami, co więcej, uznaje je za najwłaściwszą drogę do osiągnięcia tego, co poczytuje – błędnie zresztą – za istotny cel gospodarstwa społecznego, tj. zysku. O wiele łatwiej go wszak osiągnąć, dyktując i narzucając ceny możliwie najwyższe, jakie uda się wycis[nąć w porozumieniu ze] współkonkurentami.

Może być solidarność w dobrym i solidarność w złym. Kartel wynagradzający członka za niebranie udziału w produkcji, naznaczający ceny możliwie najwyższe, jakie uda się wycisnąć ze społeczeństwa i osiągający te ceny bezwzględną solidarnością swych członków, karami na opornych, zabezpieczonymi zastawami i wekslami kaucyjnymi oraz bezwględnym niszczeniem outsiderów jest przykładem solidarności dla złych, egoistycznych celów. Ocena ta odnosi się jednak tylko do karteli niekontrolowanych przez rządy, istniejących w państwach, w których rządy nie mają wglądu w umowę kartelową, gdzie od ich zatwierdzenia przez władzę rządową nie zależy ważność umowy kartelowej i gdzie poszczególnym członkom nie wolno żalić się na nadużycia tych, którzy rządzą w kartelach.

Czy stosunek popytu do podaży brany jest w rachubę przy ustanawianiu cen biletu kolejowego, wstępu do teatru, należytości za kurs dorożki, wysokości płacy robotniczej? Magistraty miejskie czy urzędy rozjemcze oznaczają ceny te z góry, bodaj na pewien przeciąg czasu. Wzgląd na interes konsumenta przeważa. Gdyby wolna konkurencja wytwarzała zawsze optimum ceny, wyłom taki z ogólnej zasady byłby oczywistą niekonsekwencją. Widocznie więc ci, którzy jednym tchem głoszą cudowne skutki wolnej konkurencji i zgodę na taksy i taryfy stałe, nie bardzo wierzą w owo optimum i powodują się przede wszystkim względem na dogodność własną jako konsumentów.

Jednakże konsumentem w szerszym znaczeniu jest nie tylko podróżujący koleją, jadący dorożką, nadający towar do odbiorcy lub zatrudniający robotników. Jest nim również kupujący cement czy papier, węgiel czy sukno, cukier lub płótno. Dlaczego tu decydować ma stosunek popytu do podaży, a raczej dziś dyktat kartelu? Dlatego po prostu, że przemysłowcy są silniejsi gospodarczo od rolników, pracowników przemysłowych czy robotników rolnych. Narzucają im więc swoją wolę. Przyczyny teoretycznej odmiennego traktowania tych klas społecznych nie ma. Jest tylko przyczyna praktyczna, upozorowana przytaczaniem naciągniętych argumentów liberalizmu.

Do tych naciągniętych argumentów należy zarzut etatyzmu. Wedle liberalizmu nie jest etatyzmem oznaczanie płac w drodze arbitrażu, ale byłoby nim oznaczanie cen wyrobów przemysłowych lub towarów notowanych na giełdzie. Przeciw kontroli cen wykonywanej przez kartele w interesie przedsiębiorców nie ma się nic do zarzucenia. Jeśli wykonuje ją państwo w interesie publicznym, to jest to gwałtem i nadużyciem. Jak widzimy, są tu dwie miary, którymi mierzy się zjawiska życia gospodarczego, a raczej jest ukryta potęga , która fałszuje te miary. To interes osobisty wielkorządców karteli i trustów, prawdziwych monarchów współczesnych.

Że tak jest, przyznać musimy, uprzytomniając sobie, co powiedziałaby tzw. opinia publiczna, gdyby robotnicy w jakiejś fabryce na wiadomość o wielkich zamówieniach terminowych, otrzymanych przez zarząd, zażądali podwyżki pensji, a nie otrzymawszy jej, ogłosiliby strajk. Takie postępowanie zostałoby uznane za pospolity szantaż. A jednak byłaby to tylko prosta konsekwencja z „zasady” wolnej konkurencji. Potrzebujecie nas, i to terminowo, popyt wasz wzrósł, a więc wzrosnąć winna i nasza płaca. Oburzenie sfer „miarodajnych” powołałoby się atoli słusznie na fakt, że to, co robotnicy w zamian za płacę dostarczają przedsiębiorcom, nie powiększyło swej treści – wyższej zaś ceny domagać się można godziwie tylko wówczas, gdy wysiłek świadczenia, gdy dobroć wewnętrzna „towaru”, w danym wypadku pracy, wzrosła. Skoro to nie miało miejsca, żądanie podwyżki jest niesłuszne. Byłoby to zgodne z głęboką nauką św. Tomasza z Akwinu, który te właśnie przytoczył przeciw podwyżce cen na skutek zwiększenia popytu argumenty.

Ale niepodobna zgodzić się na to, aby pracodawca powoływał się wobec konsumentów na wolną konkurencję, a wobec robotników na św. Tomasza z Akwinu i to w tym celu, aby ceny własnych towarów utrzymać na najwyższym poziomie, a jednocześnie do podwyżki płac robotniczych nie dopuścić. Byłby to bowiem nie tylko cynizm na całej linii, ale i jaskrawa niekonsekwencja.

Wedle liberalizmu jest to zupełnie naturalne, że cena towarów winna być tym większa, im więcej ludzi ich poszukuje, a więc im one są pożyteczniejsze i bardziej pożądane, tudzież im mniej pojawia się ich na targu. Ale czy to jest zasługą sprzedającego, że towaru jest mało lub że może on przynieść nabywcy wynikającą może z chwilowego upodobania szczególną korzyść? Jakim prawem korzystać ma sprzedawca z okoliczności tkwiącej nie w samym towarze, ale w wielkości jego zaofiarowania na targu? Czyż przy oznaczaniu cen towarów codziennej potrzeby, a tym bardziej ceny rąk roboczych, tj. płacy, argumentacja tego rodzaju byłaby uznana za dopuszczalną?

Wielki przemysł zastrzega sobie przywilej cen koniunkturalnych, potępiając równocześnie wszelkie żądanie podwyżki płac z racji małego zaofiarowania rąk roboczych jako prosty wyzysk. Rozumuje przy tym błednie, że płace uiszcza się z uszczerbkiem zysku przedsiębiorczego i że przeto interesy przedsiębiorcy i robotnika są ze sobą sprzeczne tudzież że wspólny ich interes wyraźnie przeciwny jest interesowi konsumentów. Tymczasem przeciwieństwo jest prawdą. Tylko dobrze płacony robotnik powiększyć może zastęp konsumentów, tylko taniość towaru rozszerza koło kupujących. A trwały zysk przedsiębiorczy nie płynie bynajmniej z kieszeni konsumentów czy robotników, ale jest prostym rezultatem rozmiarów konsumpcji.

Liberalizm uznaje słusznie w gospodarstwie prywatnym ułożenie planu gospodarczego za nieodzowne, a brak jego słusznie piętnuje jako lekkomyślność i niedbalstwo. Równocześnie jednak rzuca gromy potępienia na planowość w gospodarstwie społecznym. Musiał się z nią pogodzić w racjonalizacji produkcji i w kartelach, ale protestuje przeciw niej, gdy nie idzie o zysk indywidualny, lecz o korzyść ogółu. Dlaczego? Bo ta korzyść dałaby się osiągnąć tylko z uszczerbkiem najpotężniejszych, a na to ci, którzy zdobywszy miliardowe bogactwa zagarnęli wszędzie w krajach cywilizacji zachodniej rządy polityczne, dobrowolnie nie chcą się zgodzić.

Chętnie rzuca się hasło kapitalizacji: oszczędzajcie, zbierajcie grosz do grosza w trudzie całego życia. Wmawia się przy tym ogółowi, że praca i oszczędności dziś jeszcze w pierwszym rzędzie są źródłami bogactwa. Było tak niegdyś istotnie w większej niż dzisiaj mierze, ale wielkie majątki i wówczas powstawały przede wszystkim dzięki pomyślnemu zbiegowi okoliczności. To źródło bogactwa nie tylko pozostało, ale płynie dziś szerszym niż kiedykolwiek korytem.

Nigdy szczęśliwa spekulacja na giełdzie czy poza giełdą, nieuczciwe dostawy, fałszywe bilanse, matactwa przy zakładaniu i prowadzeniu spółek akcyjnych nie dawały tak olbrzymich rezultatów finansowych, jak obecnie. Wielokrotnie odbywa się na naszych oczach i odbywało w ostatnich szesnastu latach po wojnie światowej polowanie na cudzą własność, tak pełne krwawych walk, nikczemnych podstępów i oszustw, że niczego podobnego nie widziała żadna epoka przeszłości.

Kto czytał dwutomowe dzieło Myersa o powstaniu majątków amerykańskich, a w Europie śledził głośne w prasie powojennej interesy wielkich bankierów – Oustrica, Marthy Hanau czy Saszy Stavisky’ego w Paryżu, Löwensteina w Belgii, Kutiskera, Barmatów, Bosla, Castiglioniego, Straussa, Goldschmidta, braci Petschków, braci Sklarków w Niemczech i Austrii, Ivara Kruegera w Szwecji oraz wielu innych[12] – ten wie, że wszyscy oni zawdzięczają ogromne swe majątki spekulacji, a nie oszczędności. Zwolennicy poglądów liberalnych zalecają jako najwyższe wskazanie ekonomiczne, by tanio kupować, a drogo sprzedawać – zatajając, że do osiągnięcia tego celu nieodzowne jest znalezienie wbrew tej zasadzie tyluż co najmniej tanio sprzedających, a drogo kupujących, a więc działających na oczywistą własną szkodę.

Wszak, aby ktoś tanio kupował, trzeba, aby ktoś drugi tę tanio kupioną rzecz tanio mu sprzedał, a uczyni to tylko, gdy będzie sam w przymusowym położeniu. A na to, żeby ktoś drogo sprzedawał, trzeba, aby znalazł się ktoś drugi, który by znów pod wpływem naglącej potrzeby dany towar przepłacił.

Na połowę ludzi robiących dobre interesy wypadałaby w ten sposób druga połowa kroczących prostą drogą ku ruinie. Okazuje się stąd, że ta idea przewodnia liberalizmu gospodarczego już w założeniu swym nie jest obliczona na przyniesienie pożytku całemu ogółowi ludzi, ale że jest hasłem pasożytniczym, wymagającym własnej egzystencji i rozwoju utrzymania połowy ludzkości na poziomie zupełnego analfabetyzmu gospodarczego.

Liberalizm przedstawia jako zadanie i cel gospodarstwa społecznego rozwój produkcji i kapitalizację, zatajając, że oba te czynniki mogą być jedynie środkami, a celem nie może być nic innego, jak tylko zaspokajanie potrzeb całego ogółu ludzi. Gospodarstwo społeczne służyć bowiem winno całemu społeczeństwu, a nie tylko wybranym, i to chyba przez siebie samych, jego członkom.

W Polsce na głowę ludności przypada zaledwie jedna czwarta część ilości pszenicy przypadającej na Belga lub Francuza, a prawie połowa ilości przypadającej na Niemca; mniej niż jedna czwarta cukru zjadanego przez Duńczyka, Holendra, Amerykanina lub Anglika; mniej niż jedna piąta bawełny, zużywanej przez Anglika, Amerykanina czy Belga, a jedna czwarta zużywanej przez Francuza. Mamy przeto wielkie zadanie dopędzenia Europy zachodniej, a przynajmniej zbliżenia się do niej przede wszystkim w dziedzinie pełniejszego niż dotąd zaspokajania potrzeb ogółu. Produkcja jest jedynie środkiem do tego celu wiodącym, konsumpcja celem, nie na odwrót. Dlatego przede wszystkim trzeba myśleć o celu, a później dopiero naginać do niego środki. Postępując odmiennie popełniamy najjaskrawszy błąd logiczny.

Fałszem bowiem jest, jakoby nauka gospodarstwa społecznego była nauką o bogactwie i sposobach jego wytwarzania, jak sądził Adam Smith, gdyż sprawa ta należy do ekonomiki prywatnej. I w istocie, czyż może być godziwszy i wznioślejszy cel, szlachetniejsza przyczyna, tłumacząca sens wszelkiej pracy, aniżeli ta, by nie jednostkom przymnażać bogactw, ale całemu ogółowi ludzkiemu dostarczać możności zaspokajania jego potrzeb?

Oligarchię kapitalistyczną w Niemczech podał Walter Rathenau na trzystu ludzi. Fried na 110 ludzi, niewielu więcej ich jest we Francji i Anglii. W całej Europie nie ma ich więcej niż sześciuset. Wszyscy inni zwolennicy tego ustroju są od nich zależni, przez nich zasugerowani, czasem nawet bezinteresownie.

Głoszą oni, że przesilenie obecne niebawem się skończy i że nastaną znów tłuste lata. Szerzą w społeczeństwach mistyczną wiarę w jakąś cykliczność stanu gospodarczego, w periodyczny przypływ i odpływ, wobec którego wystarcza badać z założonymi rękami zmieniającą się ciągle koniunkturę gospodarczą. Nie potrzeba dowodzić, że jest to stanowisko pozbawione głębszego uzasadnienia i niezmiernie dziwne w ustach racjonalistów, popadających tu w mistyczną wiarę, którą wykpił już Roosevelt.

Nie może być lepiej dopóty, póki nie wyczerpią się zapasy stworzone przez nadprodukcję, a na przyszłość, póki nie nastąpi dostosowanie rozmiarów produkcji do zapotrzebowania. Ekonomista amerykański Edward Filene[13] z Bostonu w wydanym niedawno dziele twierdzi słusznie: 1) że należy zbadać, czego ludziom potrzeba i to tylko produkować, 2) że trzeba towar ten oddawać ludziom po niskiej cenie, bo tylko taką chcą oni i mogą zapłacić, a wreszcie 3) należy masy tak postawić gospodarczo, aby miały siłę kupna i czas wolny na korzystanie z zakupionych towarów, to jest by były uczciwie wynagradzane i nie wyzyskiwane co do czasu pracy, inaczej bowiem i najlepsza produkcja na nic się nie zda.

Liberalizm gospodarczy i jego wytwór, kapitalizm nowoczesny, przypisały zdobycie techniki zasłudze własnej, aczkolwiek technika rozwijać się może i faktycznie rozwija się w każdym ustroju – wielcy zaś wynalazcy nie są bynajmniej identyczni z tymi, którzy nadzwyczajne ich pomysły nabywają dla siebie i eksploatują na własną korzyść. Są jedynie na ich żołdzie, wykonują ich rozkazy. Urzeczywistnienie myśli wynalazców zależy dziś od aprobaty i subwencji kapitalistów i następuje dla ich dobra i korzyści, a nie dla dobra całego ogółu.

Coraz doskonalsze wynalazki naszej doby umożliwiają wprawdzie bardzo znaczne zwiększenie produkcji przy równoczesnym coraz mniejszym zapotrzebowaniu sił ludzkich, działają przeto w razie ich stosowania w praktyce w kierunku powiększenia bezrobocia. Produkcja przemysłowa państw zachodniej Europy, nastawiona na przedwojenny zastęp odbiorców z całej kuli ziemskiej, skurczyła się bardzo znacznie, ponieważ państwa wschodnioeuropejskie zrozumiały, że klasyfikacja ich jako li tylko odbiorców jest niesprawiedliwa i krzywdząca oraz że potrafią w wielu dziedzinach tworzyć przemysł własny, dorównujący w krótkim czasie zachodniemu. Autarkia gospodarcza była tedy drogą ratunku wobec grożacego tym państwom ujemnego bilansu handlowego, wywołanego sprowadzaniem towarów z zagranicy i odpływem złota.

Duch ludzki zdobywając coraz to szersze dziedziny nie może liczyć się z potrzebami gospodarczymi ludzi, raczej je wyprzedza i toruje im drogę. Dzieje się tak jednak dlatego, że wynalazczość ludzka jest duchowego, a nie materialnego początku, brak więc granic dla ducha nie dowodzi niczego w dziedzinie przywilejów tych, którzy wytwory ducha zdołali dla siebie nabyć i na własną korzyść spożytkować.

Innymi słowy: wynalazek uwielokrotniający produkcję może być rzeczą wielką, niemniej przeto państwo może nie pozwolić na zastosowanie go w praktyce, gdyby wówczas działał szkodliwie, pozbawiając zastępy robotników nieodzownego utrzymania. Chyba by tu za wzorem karteli, płacących niektórym swym członkom za zaniechanie produkcji, przyjęto analogiczne postanowienie, a mianowicie jeżeli przedsiębiorca utrzymywać będzie nadal robotników pozbawionych wskutek działania maszyny, pracy i utrzymania. Ale w takim razie zastosowanie w praktyce nowego wynalazku dawałoby w rezultacie tylko oszczędność w czasie, a nie dawałoby oszczędności w wydatku.

Można doskonale wyobrazić sobie maszynę służącą naprawdę dobru całego ogółu, a nie tylko jednostek. W istocie bowiem do godnych podziwu postępów wiedzy przyrodniczej i technicznej nie należy bynajmniej wtrącanie milionowych zastępów robotników w przepaść bezrobocia.

Gdy Bacon z Verulamu rozwijał w Novum Organon wizję wspaniałego rozwoju techniki, przypuszczał, że jej zdobycze staną się udziałem wszystkich. Tak samo sądził przed nim Tomasz Morus[14] w słynnej Utopii, a po nim genialny mnich Tomasz Campanella[15] w Państwie Słońca czy Karol Fourier[16] w Quatre mouvements. Techniczne wynalazki dzisiejszej doby jeszcze w epoce Juliusza Verne’a uważano za niedościgłe marzenia, ale nikt nie wątpił, że jeśli będą miały istotnie miejsce, służyć będą dobru ogółu.

Tymczasem owe marzenia stały się rzeczywistością, ale materialną z nich korzyść przywłaszczyły sobie jednostki. Postępująca racjonalizacja wywołuje najgroźniejsze następstwa dlatego właśnie, że przy ustroju dzisiejszym garstka wykorzystuje nowe wynalazki w celu ciągłego potęgowania władztwa jednych nad drugimi, pogłębiania nieprzebytej między nimi otchłani, pozbawiania pracy i wyrzucania na bruk milionów robotników, którzy stali się zbędni. Kapitalizm usprawiedliwia ocean nędzy, zwalając winę na technikę, podobnie jak sto lat temu Ricardo i Malthus składali winę niedoli robotniczej na Opatrzność Bożą, która w spiżowym prawie płacy ograniczyła rzekomo wynagrodzenie robotnicze do minimum środków utrzymania pod grozą nadmiaru płodności i rąk roboczych w razie wzrostu płac!

Produkcja nowoczesna nie mogłaby obejść się bez kapitału. Jednakże ten kapitał, wytwórczości potrzebny, nie jest w istocie i nie powinien być niczym innym, jak tylko sługą ducha ludzkiego, podobnie jak jego wytwór, maszyna, niczym innym w istocie nie jest, jak tylko sługą pomyślności ludzkiej. Kto więc czyni wielki kapitał panem społeczeństwa i ukorzył przed jego tronem dobro całości, popełnia tak samo błąd logiczny, jak bałwochwalca, upatrujący bóstwa w dziele rąk własnych.

Inwestycje kapitałowe służą w naszych oczach z tym samym powodzeniem ustrojowi komunistycznemu w Rosji sowieckiej, jak gdzie indziej kapitalistycznemu – i niewątpliwie służyłyby i ustrojowi solidarystycznemu, o ile tylko dyrektorzy i inżynierowie zakładów przemysłowych, a więc właściwi twórcy nowych wartości będą w rezultacie produkcji i zbytu zainteresowani i w miarę powodzenia otrzymają udziały w zysku. We wszystkich tych wypadkach nieodzowny jest sam kapitał, ale nie zgoła obojętna okoliczność, czy należy on do jednostek czy do państwa, czy wreszcie do całego ogółu, złączonego stałym i przyjaznym współdziałaniem, zmierzającym do wspólnego dla wszystkich celu.

Jeżeli kapitał ma być sługą, a przestać być suwerennym władcą, w takim razie i na nim ciążyć muszą ograniczenia w interesie państwa. Umieszczanie kapitałów własnych za granicą i w obcych walutach oraz zakupywanie towarów zagranicznych uchodziło w świetle poglądów liberalizmu gospodarczego za wynik praw czysto osobistych wolnego obywatela, praw, których władza państwowa nie ma prawa ograniczać ani nawet w nie wglądać.

Okazało się jednak, że sprowadzanie towarów z zagranicy podkopuje przemysł krajowy i wywabia złoto z kraju, a przez to osłabia bilans handlowy i płatniczy. Również okazało się szkodliwym dla państwa umieszczanie ze strony jednostek własnego kapitału w obcej walucie, co oczywiście jest jednoznaczne ze spekulacją na zniżkę waluty własnej. Wreszcie niewątpliwą szkodę przynosi i umieszczanie kapitałów własnych za granicą, wówczas bowiem służą one obcej wytwórczości, tamując i opóźniając rozwój własnego państwa. Wycofanie w ten sposób milionowych sum z obrotu gospodarczego w ojczyźnie wywołuje anemię gospodarczą, na uleczenie której może być tylko jedno lekarstwo, a jest nim sprowadzenie z powrotem do kraju całej własnej gotówki i umieszczenie jej krajowej wytwórczości. Kapitaliści postępujący wbrew tej zasadzie podcinają gałąź, na której siedzą. Jeżeli brak im dojrzałości, fachowej wiedzy i zaufania do własnego państwa, to państwo musi ich o tym pouczyć i do tego zmusić.

Innymi słowy: państwo ma prawo wydania zarządzeń mających na celu sprowadzenie z powrotem kapitałów własnych obywateli z zagranicy oraz utrudniania przechowywania ich w obcych walutach, jak i czynienia trudności w sprowadzaniu towarów z zagranicy i w wyjazdach za granicę, a nawet pociągania do odpowiedzialności obywateli postępujących wbrew tym zasadom.

W Niemczech nakazano składanie w pewnych terminach zeznań w sprawie depozytów umieszczonych za granicą oraz oddanie posiadanych przez jednostki obcych walut i dewiz po kursie przymusowym Bankowi Rzeszy. Banki zobowiązane są tam do udzielenia wszelkich żądanych wyjaśnień na każde żądanie komisarza danego banku. Za przemycanie walut i dewiz za granicę grożą obywatelowi więzienie i grzywna, sięgająca do wysokości całego majątku winowajcy. Podobne przepisy istnieją w Austrii. W Stanach Zjednoczonych obowiązywał przez pewien okres zakaz wywozu złota.

We Włoszech zakazane są jakiekolwiek niepokryte wypłaty za granicą, jak również udzielanie cudzoziemcom kredytów choćby w walucie włoskiej. Nad eksporterami zarzadzono ścisłą kontrolę w tym kierunku, czy nie pozostawili swych należytości za granicą. Sankcję karną dla nieposłusznych stanowi zakaz udzielania kredytu firmom handlowym, mającym sumy deponowane za granicą. Każdy kupiec we Włoszech zobowiązany jest przedłożyć bankowi, w którym zamierza zaciągnąć pożyczkę, do przerzenia swój bilans, z którego bank może dowiedzieć się, czy firma dana ma depozyty zagraniczne czy też nie. Nazwiska osób niemających zaufania do papierów państwowych i wystawiających je na sprzedaż ogłaszane są publicznie, a ma to znaczenie piętnowania ich jako złych patriotów. Skutek tych podobnych zarządzeń we Włoszech był doskonały. Miliardowe sumy wróciły z zagranicy do ojczyzny, zasilając produkcję wewnętrzną. Obudzono patriotyzm gospodarczy, dopomagając w ten sposób przemysłowi, usunięto tchórzliwą dwuwalutowość, a tym samym zabezpieczono przezornie własne społeczeństwo przed dalszym zubożeniem, które spotkało państwa wstrzymujące się od wydania podobnych przepisów.

Uchylenie ustroju kapitalistycznego wymagałoby pewnego uszczerbku klas posiadających, a w szczególności dążenia nie tylko do słusznych cen w dziedzinie przedmiotów pierwszej potrzeby i płac robotniczych, ale w ogóle do wyższego poziomu moralności podatkowej, pewnych ograniczeń prawa własności w interesie publicznego dobra, kontroli karteli i trustów przez państwo oraz tworzenia korporacji zawodowych. Każdy z tych pomysłów byłby atoli zdaniem obrońców kapitalizmu naruszeniem zasad praworządności. A cokolwiek mogłoby się powiedzieć przeciw kapitalizmowi, należy mu jednak – ich zdaniem – przyznać, że stoi on na stanowisku nienaruszalności, a nawet świętości własności prywatnej.

Czy tak jest w istocie? Liberalizm w istocie rzeczy broni tylko własności prywatnej własnej, nie troszczy się o cudzą. A trudno mu w takim razie przyznać szczytną rolę jej obrońcy.

Jakim prawem narzucają się na obrońców własności prywatnej ludzie, którzy jednocześnie zalecają niepłacenie długów państwom wierzycielskim? Czyliż własność prywatna Ameryki lub Francji, mających do żądania miliardowe wartości, pierwszą od całej Europy, drugą od mocarstw centralnych, nie zasługuje na taką samą ochronę jak własność wielkich przemysłowców i wielkich banków?

W gospodarstwie indywidualnym wszelkie kupno może mieć na celu jedynie zaspokojenie pewnej potrzeby ludzkiej, czy to koniecznej, czy choćby najbardziej zbytkownej, a wszelka sprzedaż odbywać się może tylko w miarę gdy dany wytwór nie jest potrzebny w gospodarstwie własnym sprzedającego lub gdy inny jest mu potrzebniejszy. Jasne jest również, że może wprawdzie istnieć i terminowe kupno, względnie terminowa sprzedaż, acz połączone z pewną dozą ryzyka, ale tylko o tyle, o ile pragniemy zabezpieczyć sobie na przyszłość efektywne posiadanie towarów, później potrzebnych, ewentualnie zaś uzyskać ceny wyższe od dzisiejszych w zamian za osiągnięcie przez kupującego pewności posiadania danych wytworów w przyszłości. Nie mają jednak w solidnym gospodarstwie indywidualnym miejsca ani kupno, ani sprzedaż fikcyjna, tak jak nie ma tu miejsca w ogóle żaden hazard.

Gra na giełdzie jest w istocie zamachem na własność prywatną i jako taka winna być przez rzekomych obrońców własności prywatnej, jakimi się mienią zwolennicy liberalizmu gospodarczego, najostrzej zwalczana. Stronie kupującej bowiem nie idzie o nabycie towaru, strona sprzedająca nie posiada go wcale i najczęściej nie miałaby funduszy, aby go nabyć. Kupno „dla pokrycia” ma również na celu nie nabycie efektywnego towaru, ale zabezpieczenie się przed możliwą stratą, zmniejszenie ryzyka.

Gdyby gracze giełdowi nie zachęcali do gry ogółu społeczeństwa i poprzestawali na wzajemnym niszczeniu się, można by z mniejszą odrazą patrzeć na ten pogardy godny proceder. Ale te fikcyjne kupna i sprzedaże właśnie przez swą masowość wpływają bardzo poważnie na cenę targową efektywnego towaru, nie można ich bowiem odróżnić czy wyodrębnić od umów efektywnych, a skutkiem tego przy obliczaniu ceny przeciętnej wszystkich zawieranych w danym dniu na giełdzie zakupów, stanowiącej cenę targową, liczy się i umowy prawdziwe, i fikcyjne, skierowane li tylko ku uzyskaniu dyferencji kursu. Co więcej, najliczniejsze są umowy fikcyjne i one dotyczą największych obrotów. Zawierają je spekulanci w porozumieniu ze sobą celem sztucznego podbijania lub obniżania cen bez związku z realną wartością towarów, często przy pomocy podstawionych osób, rozpuszczania fałszywych pogłosek, umieszczania w dziennikach zapłaconych artykułów itd., a jedynie z intencją wzbogacenia się, zysku – przy pełnej świadomości, że może to nastąpić tylko kosztem wtrącenia w ruinę kontrahentów. Czy takie postępowanie, znajdujące wszakże gorącą obronę u czołowych reprezentantów liberalizmu gospodarczego, godzi się nazwać obroną własności prywatnej?

Szczególnie pomysłowym sposobem pozornie legalnego obłowienia się majątkiem innych osób stała się dla pewnych kategorii ludzi inflacja. Póki trwała wojna światowa, można było poniekąd rozumieć inflację, z której korzyść otrzymywał poza wielką finansjerą skarb państwa w tej formie, że z osiągniętego nieprawnie zysku pokrywał koszta zbrojeń.

Poza tym wówczas inflacja odbywała się na nieporównanie mniejszą skalę. Zakupiona przez państwa broń, mundury, obuwie, płótno itd. zostały jednak po wojnie sprzedane za bezcen protegowanym pośrednikom, którzy odstępowali je następnie bądź innym urzędom, bądź zagranicy, zdobywając dla siebie ogromne zyski, a potworne szczegóły i cyfry podaje w tym względzie Alfred Miller w rozprawie Demokratie und Korruption (Leipzig 1920). Czy nie należało raczej pobierać od pacyfistycznie usposobionych bogaczy bardzo wysokich opłat w zamian za uwolenienie od służby frontowej w czasie wojny, od której się z takim zapałem uchylali?

W każdym razie to, co działo się w dziedzinie inflacji po wojnie pozbawione było tego pozornego choćby uzasadnienia i nie znało wprost granic.

Socjaliści sądzili zapewne, że opowiadając się za zalewem społeczeństwa bezwartościowym pieniądzem, przyśpieszają urzeczywistnienie programu Marksa „wywłaszczenia wywłaszczycieli”. Zawiedli się w takim razie zupełnie. Wielkie finanse zaopatrzyły się bowiem zawczasu w waluty zagraniczne o stałym kursie, a spółki akcyjne zaciągały ogromne pożyczki, przewidując przyszłą niezmiernie korzystną ich spłatę jakimś drobiazgiem po osiągnięciu szczytu inflacji. Banki spekulacyjne zastrzegały ponadto dla siebie i pewnych osób uprzywilejowanych, a w szczególności własnych dyrektorów i członków rad nadzorczych, emisję akcji pierwszeństwa czy też akcji uprzywilejowanych, uprawniających do większej liczby głosów na walnych zgromadzeniach, a od licznych swych deponentów pobierały pełnomocnictwa uprawniające do głosowania za nich na owych zgromadzeniach wedle własnego uznania.

Przypływ znaków pieniężnych wywołał przez czas krótki pomyślną koniunkturę, niebawem jednak tak producenci rolni, jak i robotnicy otrzymujący ceny i płace w walucie w oczach niemal topniejącej, doprowadzeni do ruiny, odpadli zupełnie jako konsumenci wyrobów przemysłowych.

Garstkę protegowanych lub wpływowych jednostek, wybitnych posłów, ministrów, redaktorów przekupywano w formie kredytu. Pożyczka bowiem udzielona w okresie inflacyjnym była faktycznie prezentem, podobnie jak sprzedaż papierów wartościowych po kursie dnia, ale z późniejszym terminem płatności. Wobec tego, że nie tylko kurs waluty krajowej raptownie spadał, ale nadto cena niektórych zwłaszcza towarów również szybko lub nawet szybciej wzrastała, kupno domów, majątków ziemskich przynosiło korzyść dwukrotną, i to tym większą, im dłużej odwlekano termin spłaty długu bankowego oraz zapłaty ceny kupna. Ponadto eksporterzy płacili za surowce krajowe i tytułem płac robotniczych w dewaluującej się ustawicznie monecie, ale za wywożone towary zgarniali ceny w złocie.

Obok tych ludzi „wtajemniczonych” był milionowy zastęp małych ciułaczy, składających oszczędzony grosz w kasach oszczędności, bankach, na hipotekach, nabywców przeróżnych papierów wartościowych, których emisje wzrastały w zawrotnym tempie. I ta masa, stan średni każdego narodu i dla każdego najcenniejszy, została doszczętnie „wywłaszczona”. Banki hipoteczne i towarzystwa kredytowe ziemskie zrujnowano spłatą długów wedle nominalnej ich wartości, tym samym zrujnowano również właścicieli listów zastawnych, stanowiących do niedawna lokatę o pupilarnym bezpieczeństwie.

Niemniej i skarb państwa padł ofiarą tych zabiegów. Podatki bowiem, opłacane w dewaluującym się ciągle pieniądzu, a nie pobierane jak należało: w równowartości złota, uiszczane przy tym rozmyślnie z największym możliwym opóźnieniem, nie mogły mimo nawet wysokich odsetek zwłoki, niedoganiających wszakże błyskawicznego tempa dewaluacji, zapełnić kas państwowych. Równocześnie raty długów zagranicznych należało płacić w złocie. Deficyty państwowe stawały się przeto coraz większe.

W lutym 1923 roku w parlamencie niemieckim rząd domagał się uiszczania podatków wedle wartości kursowej w złocie, ale parlament rychło odrzucił projekt godzący w interesy najbardziej wpływowych. Podatki od zysków wojennych, późno uchwalone, jeszcze później wymierzane, a najpóźniej uiszczane, wobec wzrastającej w szalonym tempie dewaluacji i niewymierzania ich w stosunku do złota nie przyniosły ulgi i nie obciążyły bynajmniej wzbogaconych skutkiem inflacji dorobkiewiczów. Analogicznie rozwinęły się stosunki w Polsce.

Gdy nareszcie stworzono w Niemczech stałą walutę w formie marki rentowej, równej bilionowi marek niemieckich, a w Polsce w formie złotego równego 1 800 000 marek polskich, otworzyło się dla niektórych banków i kapitału prywatnego nowe źródło zarobku. Brak gotówki w produkcji rolniczej i przemysłowej był tak wielki, tak katastrofalny, że wszyscy pracujący wytwórczo zgodzili się płacić każdy żądany procent a ustawy o lichwie, acz formalnie nieuchylone, uznano milcząco za zniesione. Orgie lichwy przechodziły wszystko, co w tej mierze opowiada historia gospodarcza. Kiedy dawniej pożyczano niechętnie, tylko w razie potrzeby i raczej kwoty jak najmniejsze, w epoce liberalizmu stworzono dogodną dla ruchomego kapitału teorię o ciągłym zwiększaniu potrzeb, dowodzącym jakoby postepu cywilizacji. Pożyczano więc i wypożyczano jak najwięcej.

Ale tym razem wierzyciele byli ostrożniejsi, kazali bowiem zapewnić sobie zwrot w równowartości złota. I rolnicy, i przemysłowcy liczyli na dalsze trwanie pomyślnej koniunktury, zatrzymali więc lub jeszcze podnosili dotychczasowy poziom życia. Uzależnieni od banków pożyczkami, zaciąganymi na wysoki procent i w stałej walucie, rozszerzali często produkcję poza granice pojemności targu. Następowała stagnacja. Wówczas banki wstrzymywały dalsze kredyty, co więcej: korzystając z niepunktualności dłużnika, domagały się spłaty całego długu, rozumie się w złocie, skutkiem czego dłużnik stawał się niewypłacalny.

Następowała „sanacja” przedsiębiorstwa, tym razem przy udziale kapitału bankowego, lub wykupienie go wprost za bezcen od masy upadłościowej. Jeśli przedsiębiorstwo przemysłowe, posiadające realną wartość i zastęp stałych odbiorców, było odporniejsze, wielkie finanse wywoływały naprzód sztuczny popłoch przy pomocy puszczanych zręcznie w obieg wieści niekorzystnych o nim, tak że ostatecznie musiało się ugiąć i poddać.

Takie i podobne bywały metody zdobywania wielkich placówek przemysłowych przez kapitał finansowy Francji, Anglii, Stanów Zjednoczonych i Niemiec.

Dawniej źródłem wielkich majątków bywały m.in. korsarstwa na morzu, handel niewolnikami, oszukańczy handel z koloniami i do połowy XIX wieku w przerażających rozmiarach wyzysk pracy ludzkiej. Ale dopiero od połowy XVIII wieku zaczęto dorabiać do faktu zdobywania majątku dzięki spekulacji teorię mającą za zadanie jej usprawiedliwienie i zasłonięcie przed zarzutami. W miejsce otwartego rabunku przyszła do głosu obłuda.

Kto widział orgie nieprawości, jakie działy się w dziedzinie spekulacji w całej Europie powojennej, nabrać musiał najgłębszego dla spekulacji owej wstrętu.

Powstała olbrzymia moc spółek przemysłowych i bankowych. Ogół nieświadomy rzeczy zaklinano w imię najświętszych haseł patriotycznych, by dopomagał kupowaniem akcji do powstania rodzimego przemysłu, następnie zaś wyznaczano olbrzymie pensje dyrektorom i niesłychane tantiemy członkom rad nadzorczych, po czym przeszacowano w górę majątki spółek, aby uzasadnić wydawanie nowych emisji akcji, obiecując obrócić gotówkę w ten sposób uzyskaną na nowe inwestycje.

Obietnice te jednak dotrzymywano nie zawsze i niezupełnie. Akcjonariusze nie otrzymywali dywidend, zyski ukrywano w bilansie w najrozmaitszy sposób, aby tylko nie płacić od nich podatków, a gdy państwo chciało wglądnąć w te ciemne sprawy, podnoszono protesty, posługując się popularnymi hasłami popierania inicjatywy prywatnej, walki z etatyzmem itp. Rozpowszechnione w całej Europie defraudacje cłowe, fałszywe fasje podatkowe usprawiedliwiano przesadnym indywidualizmem, oburzającym się niby na kontrolę państwową, szykanami ze strony władz skarbowych, krzywdzącymi ustawami podatkowymi. Co państwo robiło dla sąsiada z przeciwka, nazwano pochopnie początkiem bolszewizmu; czego żadano dla siebie – zawsze pod warunkiem braku jakiejkolwiek kontroli – określano jako należny sposób popierania kapitału prywatnego, którego stan pomyślny – a nie pomyślność ogółu obywateli – przedstawiano jako warunek rozwoju całego społeczeństwa. A na każdą krytykę odpowiadano, że trąci sympatiami dla porządków sowieckich.

Powstała w ten sposób w społeczeństwach wprowadzonych w błąd i samym wyrazem „liberalizm”, i okazywaną przezeń sympatią dla parlamentaryzmu anonimowa potęga, nieodpowiedzialna przed nikim, unikająca jakiejkolwiek kontroli; powstawały absolutne rządy międzynarodowych karteli i trustów, mające na swe usługi duży zastęp parlamentarzystów i uczonych, a prześladujące, spotwarzające lub przemilczające bez pardonu wszystkich, choćby najbardziej zasłużonych, którzy ośmielili się domagać nad nimi choćby cienia kontroli. Stwierdził to nawet Adam Smith, a niedawno Benito Mussolini. I rzecz szczególna, ci sami, którzy użalają się na dyktatury i kryptodyktatury europejskie, znoszą równie pogodnie, jak bezmyślnie niekontrolowaną przez nikogo dyktaturę plutokracji.

Czy ten szereg zamachów na cudzą własność odbywający się pod rządami liberalizmu gospodarczego ma może dowodzić szacunku liberalizmu dla idei własności prywatnej?

Jakaż w tym szeregu tragedii, odegranych na naszych oczach, była rola nauki zachodnioeuropejskiej?

W ekonomice społecznej francuskiej i niemieckiej istnieje niestety – obok nauki prawdziwej, głosicielki prawdy, noszącej światło przed spragnioną jej ludzkością – i nauka fałszywa, naciągająca fakty do programów z góry wytyczonych, prostytuująca metody naukowe przez oddanie ich w nikczemną służbę interesów gospodarczych garstki uprzywilejowanych. I należy dobrze odróżnić reprezentantów obu tych nauk.

Przedstawiciele tej drugiej nauki czynią wszystko, aby nie stracić zdobytego dla siebie zaufania, a dotychczasowym władcom świata [pomóc] utrzymać ich przewagę. Dalecy od przyznania się do doszczętnej przegranej w świecie powojennym, czego dowodzą choćby przebieg i rozmiary obecnego przesilenia, już to przemilczają niewygodne im fakty, już też je przeinaczają lub bagatelizują. Wiadomo, że nie fałsze, ale półprawdy przez pozory jasności i pozory ich kontaktu z życiem są właśnie najniebezpieczniejsze dla ogółu. Otóż owe półprawdy podaje się dotąd na różnych kongresach aż po berliński z maja 1932 roku z takim tupetem i niezwykłą pewnością siebie, że większość ludzi ugina się przed mądrością ich rzeczników, wyposażonych wszak w tytuły i dyplomy uniwersyteckie, ale niesłużących faktycznie nauce i prawdzie. Krytyczniejsza zaś mniejszość, widząc, w czyjej służbie istotnie pozostają owi oportunistyczni emisariusze fałszywej nauki, czyni kozłem ofiarnym samą naukę, a nie zuchwałych jej uzurpatorów.

Prawdziwej nauce odpowiadać może tylko stanowcze potępienie zarówno bezwstydnego hasła siły przed prawem, głoszonego od Macchiavellego[17] po Wilhelma II[18], jak i programu wolnego wyzysku gospodarczego, głoszonego od Ricarda po Cassela i Misesa, twierdzących kłamliwie, jakoby w życiu publicznym czy gospodarczym etyka nie obowiązywała. Za twórcami tych wygodnych haseł powtarzali je wszyscy, z których korzyścią to było lub którzy po prostu chcieli uchodzić za polityków realnych, darząc wszystkich innych mianem fantastów. Rzekomy ów realizm, a faktycznie bezprzykładna ciasnota pojęć, ignorująca przyczyny i skutki zjawisk, doprowadziła dziś do szeregu katastrof, którym podobne rozmiarami nieznane są w dziejach.

Współczesna jednak generacja ani pod wpływem milionowych ofiar w ludziach jako rezultatu wojny światowej, ani niedostatku i bezrobocia milionów jako rezultatu przesilenia nie nauczyła się samoistnie myśleć i zachowała nadal krótką pamięć i ciasne pole widzenia.

W czym tkwi jej błąd logiczny i błąd dotychczasowych kierowników?

Twierdzą przede wszystkim, że kapitalizm jest jedyną możliwą formą ustroju społecznego w okresie nowoczesnej kultury i że inna nie da się wprost pomyśleć. Gdy słyszę podobne twierdzenia, przypominam sobie fakt następujący: w pierwszej połowie XIX wieku fakultet lekarski w Erlangen wydał orzeczenie zalecające zakaz podróżowania przy pomocy parowozów; szybki ruch bowiem niewątpliwie wywołać musi choroby mózgu; ponieważ zaś ten sam skutek pociągnąć mógłby nawet widok pędzącego pociągu, należy po obu stronach toru wznieść ściany z desek do wysokości pięciu stóp. Najlepszym, ba, jedynym sposobem komunikacji jest, było i będzie wedle fakultetu podróżowanie dyliżansem.

Wiemy dziś, że zacni owi uczeni byli w błędzie. Troskliwość ich o dobro ludzkości zapewnić im wszakże winna była bodaj wdzięczne uznanie ich chwalebnych intencji. Ale cóż! Ludzie są niewdzięczni; nie tylko krytykują, jeszcze się śmieją.

Fakt, że przed ustrojem kapitalistycznym istniał, a w różnych częściach kuli ziemskiej istnieje dziś jeszcze ustrój własności prywatnej, niemającej nic wspólnego z ustrojem kapitalistycznym, trudno wprawdzie całkowicie zataić, ale się go przynajmniej przemilcza lub zohydza. Czasem przyznaje się łaskawie, że obecny ustrój jest niedoskonały, posiada pewne błędy i luki; cóż, kiedy nie ma lepszego? I tym argumentem przecina się dalszą dyskusję, zwłaszcza gdy za rozmówcę ma się dyletanta, któremu łatwo zaimponować byle frazesem.

Panowanie pieniądza, co więcej: jego wszechwładza stanowi szczytowy triumf racjonalizmu. Nie uznaje się duszy, nie ma różnic jakościowych między ludźmi, wszystko jest i wszyscy są do kupienia. Trafnie mówi Egon Friedell[19] w dziele o historii kultury nowoczesnej (t. III, München, Beck 1931, s. 98 i in.), że pieniądz musiał stać się symbolem ludzkości, która sama niczym nie jest, a przystosowuje się do wszystkiego, wszystko bada, a niczego nie kocha, wszystko wie, a w nic nie wierzy. Pieniądz dla swoich wyznawców stał się najwyższą instancją, polarną gwiazdą, tłumaczy sens ich istnienia. Jest to bałwochwalstwo o wysokim napięciu.

W miastach powstają na cześć nowego bożka świątynie jego giełdy i banki, w których rozbrzmiewają modlitwy ku wszechpotężnemu; rzekomo wtajemniczeni kapłani (najczęściej ignoranci lub oszuści) głoszą jego wolę; rozliczni wierni znoszą cały swój dobytek, szepcąc niezrozumiałe formułki zaklęcia.

Fryderyk Nietzsche, człowiek zupełnie niewierzący, pisał w dziele Fröhliche Wissenschaft:

Pojmowanie świata ograniczone do rachunku i liczby, ważenia, oglądania, dotykania i niczego więcej jest płytkością i naiwnością, jeśli nie jest chorobą umysłową czy idiotyzmem.

To zdanie, podzielane zresztą przez największych filozofów świata, nie przekonało jednak bałwochwalców pieniądza, tj. ogółu przeciętnych ludzi. Nie interesują się wcale filozofią. W epoce „specjalistów” uporczywe dążenie do zostania wprawniejszym od innych rzemieślnikiem swego zawodu nie zostawia ani chwili wolnej do przyswajania sobie wiadomości niezamienialnych bezpośrednio na gotówkę.

Powszechną nienawiść do wielkiego kapitału wzmógł jeszcze czynnik ostatni. Kapitał, który dzięki zmobilizowaniu przemysłu i rolnictwa za pośrednictwem papierów wartościowych wszelkiego rodzaju stał się panem świata, sięgnął po władzę polityczną.

Henryk Ford pisze w książce Moje życie i dzieło:

Istnieją w świecie potężni władcy, którzy pozostając w ukryciu, nie przyjmując ani urzędów, ani wewnętrznych oznak władzy wyręczają się oficjalnymi rzadami, posługują dalekosiężną organizacją kupiecką, agencjami prasowymi oraz wszystkimi środkami psychologii celem wywołania popłochu w świecie i wzmożenia jeszcze swej władzy. Dawny to sposób pewnych graczy, wołających nagle: policja, kiedy widzą dużo pieniędzy na stole. Wówczas zgarniają wszystko i ulatniają się. Podobnie woła się w pewnych chwilach: wojna, a wśród powszechnego chaosu i ofiar ponoszonych przez ludy celem uzyskania pokoju i powszechnego bezpieczeństwa zmyka się z łupem zdobytym.

Woodrow Wilson w słynnym dziele o państwie mówi:

Mała grupa ludzi rządzi na korzyść własną, a nie Stanów Zjednoczonych. W chwilach doniosłych naszej historii decydowały wpływy brudne, że nie powiem: szerzące zgniliznę. Posiadamy rząd najgorzej kierowany w świecie cywilizowanym.

Teodor Roosevelt[20] mówił, że jedna trzecia część senatorów jest przekupywana. Chamberlain pisze w pracy pt. Demokracja i Wolność: „Nie tylko prasa, wszyscy w Ameryce są niewolnikami najbogatszych”. To, co Myers opowiada o nadużyciach, gwałtach i oszustwach Vanderbildtów, Gouldów, Garettów, Hartingtonów, Hopkinsów przedstawia się jako zgoła nieprawdopodobny dramat filmowy. A ci ludzie równocześnie decydowali o losach świata i w polityce.

Także Bazyli Zacharoff, miliarder, właściciel wielkich angielskich fabryk broni był genialnym spekulantem lichego gatunku.

Banki Stanów Zjednoczonych poddały państwa Środkowej Ameryki przy pomocy niesłychanych finansowych sztuczek swej samowoli i wyzyskują je bez miary (por. Salz, Imperialismus der Vereinigten Staaten, „Archiv für Sozialwissenschaft und Sozialpolitik” 1923, t. 50, z. 3).

W roku 1911 bankier nowojorski Jakub Schiff (z firmy Kuhn, Loeb et Co.) spowodował wypowiedzenie traktatu handlowego między Stanami Zjednoczonymi a carską Rosją, a w roku 1917 sfinansował przewrót rosyjski na rzecz Kiereńskiego[21].

Banki z Wall Street wymusiły wybór Coolidge’a[22] na prezydenta groźbą, że w przeciwnym razie wypowiedzą przedsiębiorcom i farmerom kredyt.

We Francji i w Niemczech nie jest lepiej. Franciszek Delaisi opowiada w swych dziełach o przyszłej wojnie tudzież o demokracji i finansistach, że wielu posłów do parlamentu francuskiego, członków senatu i trybunału kasacyjnego jest na żołdzie wielkiego kapitału. Szeregowi ministrów republiki niemieckiej z czasów przed przewrotem hitlerowskim udowodniono w sądzie podobne konszachty.

Wedle Hermana Fernau (Die französische Demokratie, 1914) bankami francuskimi rządzi osiemnastu „regentów”, dysponujących budżetem większym od państwowego. Lud wmawia w siebie, że rządzi Francją; jest to nieprawda, rządzą nią finansiści. Prezydent republiki, ministrowie i wodzowie stronnictw to – z małymi wyjątkami – tylko manekiny, poruszane na sznurku czy drucie, kierowanym za kulisami.

Wielkie narady polityczne odbywały się w czasie wojny światowej wedle pamiętników barona Eckardsteina[23] przy rozstrzygającym udziale Alfonsa barona Rothschilda[24].

Przykładów podobnych można by wyliczyć tysiące.

Zrozumiałe jest tedy, dlaczego Ford i prezydent Wilson, ludzie największych zasług, którzy mieli odwagę demaskowania wielkiego kapitału ruchomego, obecnie zaś prezydent Franklin Roosevelt, czyniący to samo, tak bardzo są znienawidzeni przez obóz kapitalistyczny, a tak zaciekle zwalczani przez prasę tego obozu. Dyktatora hiszpańskiego Primo de Riverę[25] obalili wielcy potentaci naftowi: Rockefeller[26] ze Standard Oil Company i Deterding[27] z Royal Dutch, doprowadzając do zniżki peseta na giełdach do jednej trzeciej pierwotnej wartości. Zwyciężyli go w istocie nie republikanie ani zwolennicy parlamentaryzmu, jak się pisało po dziennikach, ale wielki kapitał, który doprowadził do bankructwa kraju i subwencjonował opozycję.

Jednakże kto wiatr sieje, zbiera burzę. Najgroźniejsze chmury nienawiści gromadzą się dziś nad głowami zdawałoby się niepokonalnych rekinów wielkiego kapitału. Ogromne różnice majątkowe między ludźmi, odczuwane dziś o wiele boleśniej, niż kiedykolwiek w przeszłości dzięki szerzonej oświacie powszechnej i hasłu nieustannego powiększania potrzeb, określanemu przez pragnący jak największego zbytu kapitalizm jako cechy postępu, setki milionów głodnych, przejętych nienawiścią do wszystkiego i wszystkich, wyzutych z wszelkich więzów etycznych, nadto zaś nagromadzenie trzech czwartych światowego zapasu złota w pięciu państwach i tym samym uzależnienie ekonomiczne reszty państw od owych pięciu – oto żniwo nieszczęsnego posiewu liberalizmu, oto chleb zatruty, którym się żywimy w chwili obecnej.

Jaki jest z tej rozpaczliwej sytuacji sposób wyjścia?

Nie może być nim socjalizm przedmarksowski, oparty na etyce, uznający własność prywatną, jakkolwiek zawierający okruchy prawdy, ponieważ opierał się na założeniach sprzed stu lat i nie mógł przewidzieć wspaniałego rozwoju techniki, nadto zaś obalony przez Karola Marksa, przestał istnieć. Socjalizm II Międzynarodówki, osiągnąwszy spełnienie swych umiarkowanych postulatów – ustawodawstwa socjalnego, ubezpieczeń społecznych, związków zawodowych, inspektoratów przemysłowych, ośmiogodzinnego dnia pracy itd. – po części skostniał w dogmatyzmie epigonów marksizmu, po części zaś, nie dostrzegając nadużyć wielkich finansów, zwrócił się jednostronnie ku obronie parlamentaryzmu i zwalczaniu wyzyskiwanych przez kapitał ruchomy ziemian. We Włoszech, w Niemczech i Austrii doczekał się niesławnego końca, a we Francji grozi mu szybciej czy później los podobny.

Na placu pozostał jedynie konsekwentny bolszewizm Sowietów. Jednak teza Marksa o konieczności przemian dziejowych i wywodzenia wszystkiego, co się działo w ciągu historii, z interesu gospodarczego okazała się fałszywa.

Nie tylko wielkie wzloty natchnienia i postępy nauki były zawsze rezultatem pracy ducha, który nie pamiętał nigdy o własnym interesie gospodarczym, ale i walki między ludźmi, jeśli nawet nie wypływały z pobudek altruistycznych, lecz były objawem sentymentów ujemnych – jak nienawiści, żądzy zemsty czy zawiści – miały miejsce wbrew istotnym interesom gospodarczym.

Teoria koncentracji kapitału zawiodła nie tylko w dziedzinie rzemiosła i rolnictwa, ale mogła zawieść nawet w wielkim przemyśle, skoro i tu liczba posiadających zasadniczo wzmogła się dzięki instytucji akcji i zawiedzie z pewnością, gdy mniejszości w spółkach akcyjnych uzyskają należytą opiekę ustawową.

Ustalenie wynagrodzenia odpowiedniego na podstawie godzin pracy okazało się niemożliwe. Nie ma cyfrowego stosunku między pracą kierowniczą, pracą fizyczną i pracą maszyny, nie ma też możności przeliczenia każdej z tych prac na cyfry pieniężne.

I socjalizm, i liberalizm kapitalistyczny, oddając głos przeważający czynnikom racjonalistycznym, popadają w sprzeczność z istotnym stanem rzeczy, w którym przeważa w życiu ludzkim czynnik emocjonalny: nie u wszystkich altruizm, przywiązanie do ojczyzny czy religii, ale także zwyczaje, zabobony, uprzedzenia, zawiść i zemsta, pociąg płciowy itd. Czynniki te są o wiele częściej motorami historii, niż zimne wyrachowanie. Nawet Shylock[28] więcej kochał religię i wyżej cenił opinię o sobie swego środowiska, niż pieniądze; w przeciwnym bowiem wypadku nie byłby gotów oddać ich w zamian za to, by córka jego Jessika się nie ochrzciła.

Przesadny indywidualizm sprzeczny z istotą państwa i społeczeństwa prowadzi do anarchii. Narody, które cechował w przeszłości przerost indywidualizmu, mają skutkiem tego sympatię do liberalizmu. Jeśli jednak chcą się utrzymać na powierzchni życia i nie chcą, by rządy przywłaszczył sobie proletariat, niemający tradycji rozkazodawstwa ani nieodzownej jego cechy: umiaru, muszą indywidualizm swój ująć w karby i poddać dobru całości. Muszą pamiętać o tym, że wprawdzie człowiek samotny jest najbardziej wolny, ale i najsłabszy.

Wszelki postęp pochodzi od jednostki, ściślej: od ducha ludzkiego, tkwiącego w jednostce. Liberalizm gospodarczy wysnuł stąd wniosek: skoro wszystko pochodzi od jednostek, wszystko jej powinno służyć. Kolektywizm pragnie korzyści dla ogółu i dlatego fałszuje punkt wyjścia, twierdząc niezgodnie z prawdą, jakoby wszelki postęp ludzkości pochodził od mas. Prawda leży pośrodku. Wszelki postęp pochodzi od jednostek wybranych, które Carlyle nazywał bohaterami ludzkości. Niemniej przeto zdobycze duchowe owych jednostek służyć winne dobru społeczeństwa, tj. ogółu przez nich kierowanego. Tych idei broni, ich rzecznikiem jest solidaryzm.

Współdziałanie jest warunkiem istnienia wszelkiego społęczeństwa, a więc rodziny, gminy czy państwa. Skoro uznajemy, że żaden związek między ludźmi nie byłby możliwy bez etyki, przede wszystkim jest on nieodzowny w stosunkach gospodarczych. Prawo uznaje ten stan rzeczy, nie chce go uznać na własną zgubę liberalizm gospodarczy. Jedynym pomostem wiodącym do wyrównania coraz groźniejszych różnic między kapitałem a pracą może być solidaryzm i w tym znaczeniu jest on także w interesie klas posiadających.

Jeżeli współczesna cywilizacja sprowadziła ze sobą więcej klęsk, niepowodzeń i katastrof, niż jakakolwiek dawniejsza, jeżeli w chwili obecnej zaostrzenie przeciwieństw socjalnych doszło do nieznanego nigdy przedtem stopnia, to przyczynę tego upatruje solidaryzm w postawieniu na piedestale „świętego” egoizmu. A jeżeli obok tych stron ujemnych możemy poszczycić się i wielkimi zdobyczami i triumfami w dziedzinie kultury, to zdaniem solidaryzmu źródła tych triumfów szukać należy w przewadze popędu społecznego, w nieustającym poświęcaniu się wybranych jednostek, w ich żądzy czynienia dobrze i ich niewygasłej miłości nauki.

Przeświadczenie o wielkiej cywilizacyjnej myśli: idei pomocy wzajemnej, idei solidaryzmu, odnajdujemy we wszystkich religiach, wszystkich systemach filozoficznych. Rzecznikami jej byli zarówno Arystoteles, jak Tomasz z Akwinu, zarówno Tomasz Carlyle, jak Leon Bourgeois, tak Sydney Webb, jak Walter Rathenau, Karol Gide, Gustaw Schmoller, Henryk Ford, Leon XIII i Pius XI.

Tak liberalizm, jak i socjalizm prześlizgują się po powierzchni życia, dostrzegając tylko drobną jego cząstkę. Solidaryzm natomiast sięga w głąb duszy ludzkiej. Tu widzi źródło i rękojmię trwałości wszelkich zmian na lepsze.

Program solidaryzmu dąży do stworzenia takiego ustroju, którego celem nie byłby zysk, ale zaspokajanie potrzeb obywateli i który opierałby się na etyce i sprawiedliwości społecznej, wierząc, że bez zwycięstwa tych idei nie może być mowy o postępie ludzkości. Idzie o zmianę całego ustawodawstwa i wychowanie młodego pokolenia w nowym kierunku. Bez ingerencji ze strony państwa, bez kontroli i opieki na rzecz słabszych się nie obejdzie. Muszą być uznane obowiązki ciążące na własności, muszą być ograniczone bardzo znacznie zyski nieusprawiedliwione pracą, nade wszystko zaś musi być złamana oligarchia kapitału ruchomego.

Ale jak ustrój solidarystyczny wyglądać ma w rzeczywistości, nie w teorii, w konkretnych szczegółach, nie zaś w ogólnych tylko zarysach? Jeśli na pytanie to nie zdoła się odpowiedzieć, okaże się, jak twierdzą zwolennicy kapitalizmu, że nie jest on niczym więcej, jak nieziszczalną, sprzeczną z ludzką naturą mrzonką.

Na pytanie to odpowiem z pewnym zastrzeżeniem. Pewien systematyk niemiecki oświadczył kiedyś, że nie może dopóty wejśc do wody, póki nie nauczy się pływać. Upór jego rozstrzygnął oczywiście o tym, że się nigdy pływać nie nauczył. Zażądanie szczegółowo opracowanego w myśl zasad solidaryzmu ma zapewne na celu przeniesienie terenu dyskusji z krytyki kapitalizmu na krytykę „nowego” pomysłu. W obecnej jednak chwili czekać nie można i raczej należy popełnić jakieś przeoczenie lub nawet dopuścić się błędu, aniżeli żyć dłużej w sytuacji wytworzonej przez oligarchię kapitalistyczną i w świecie przez nią rządzonym. Z tym zastrzeżeniem podaję następujące postulaty solidaryzmu, które wydają mi się najaktualniejsze:

1) prawo do życia dla wszystkich ludzi jako prawo mające zostać wypowiedziane w przyszłych konstytucjach, nakładające na związki publiczne obowiązek zapewnienia wszystkim ludzium minimum egzystencji pod warunkiem wykonania zażądanej od nich pracy;

2) wcielenie w ustawodawstwie i życiu gospodarczym zasady równomierności świadczeń w obrocie, uznawanej wobec producenta rolnego, rzemieślnika i robotnika, a nie uznawanej dotąd wobec wielkiego przemysłu i banków;

3) wysokie opodatkowanie zysków koniunkturalnych, o ile miałyby w okresie przejściowym mimo zasady ad 2) jeszcze pozostać, z czasem zaś dążenie do zupełnego ich uchylenia;

4) reforma prawa akcyjnego w kierunku ścisłej kontroli i surowej represji nadużyć oraz wydatnej opieki nad małymi akcjonariuszami;

5) przemiana umowy najmu usług na umowę spółki z udziałem robotników w zysku wraz z traktowaniem dotychczasowych płac robotniczych jako zaliczki na przyszły zysk, z utrzymaniem jednak cechy ich bezwarunkowości;

6) obniżenie maksimum dopuszczalnego procentu do najwyższej stopy korzyści, jaką dłużnik osiągnąć mógłby w dziedzinie własnej wytwórczości;

7) traktowanie fałszywej fasji podatkowej i przemytu jako zbrodni pospolitego oszustwa;

8) wychowanie młodego pokolenia w duchu uznawania obowiązków ciążących na własności i nastawienie w tym kierunku całego ustawodawstwa.

Solidaryzm nowoczesny rozpoczął pochód swój zwycięski od encykliki Rerum Novarum z roku 1891, przed dwunastu laty objął władze w faszystowskich Włoszech, wzmógł się na sile dzięki stanowczym twierdzeniom encykliki Quadragesimo Anno z roku 1931. Odblaski idei solidarystycznych widzimy we współczesnych Niemczech i Stanach Zjednoczonych. Dziś puka do wrót Francji, Wielkiej Brytanii i Polski. Czy je otworzymy?

Leopold Caro (1864-1939), ekonomista, myśliciel polityczny i działacz społeczny. Urodził się 27 V 1864 r. we Lwowie. Studiował ekonomię oraz prawo na uniwersytecie w Lipsku. Po powrocie do rodzinnego Lwowa studiował również filozofię i obronił doktorat z zakresu prawa. Przez wiele lat był wykładowcą ekonomii na Uniwersytecie Jana Kazimierza, a w latach 1924 - 35 prowadził wykłady z zakresu ekonomii oraz nauk społecznych na Politechnice Lwowskiej. Był aktywnym członkiem Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego. Swoje prace publikował w wielu czasopismach, współpracował z Czasopismem Prawniczym i Ekonomicznym, Przeglądem Powszechnym oraz Ateneum Kapłańskim. W 1932 r. został powołany na stanowisko wiceprzewodniczącego Rady Społecznej przy Prymasie Polski. Caro uznawany jest za prekursora solidaryzmu chrześcijańskiego na ziemiach polskich. Wielki wpływ wywarły na niego koncepcje K. Gide, T. Carlyle, L. Bourgeois i J. Ruskina, faktyczną podstawą jego systemu było jednak przede wszystkim nauczanie społeczne Kościoła. Zmarł 8 II 1939 r. we Lwowie.

Główne prace: Der Wucher, Leipzig 1893; Studia Społeczne, Kraków 1908; Socjologia, Lwów 1912; Problemy skarbowe państwa polskiego, Kraków 1919; Równomierność świadczeń w ustawodawstwie, Warszawa 1920; Ku nowej Polsce, Lwów 1923; Zasady ekonomii społecznej, Lwów 1923; Myśli Japończyka o Polsce, Lwów 1927; Solidaryzm - jego zasady dzieje i zastosowania, Lwów 1931. W 2012 r. Ośrodek Myśli Politycznej i Wydział Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ wydały wybór pism Caro pt. Zmierzch kapitalizmu (pod redakcją dr Dariusza Grzybka).


[1] Edmund Burke (1729–1797), brytyjski polityk, publicysta i filozof polityczny, pochodzący z Irlandii; w latach 1766–1794 deputowany do Izby Gmin, należał do partii wigów; uważany za twórcę anglosaskiego konserwatyzmu, był zwolennikiem rządów przedstawicielskich i liberalnych praw, zarazem uważał, że nie należy zbyt łatwo zmieniać tradycyjnych instytucji, a gwałtowne zmiany oparte na abstrakcyjnych ideach muszą doprowadzić do tragicznych skutków; takie poglądy zawarte w Refleksjach o rewolucji we Francji (1790) wywołały wielką kontrowersję wśród autorów anglosaskich; w istocie przewidywania Burke’a co do rozwoju wydarzeń we Francji w znacznej mierze się sprawdziły.

[2] Montagu Norman (1871–1950), brytyjski bankier, doradca rządowy, w latach 1920–1944 gubernator Banku Anglii, w latach dwudziestych wraz z szefami banków centralnych USA, Francji i Niemiec miał istotny wpływ na światowy porządek finansowy, starał się przywrócić system pieniądza złotego, co ostatecznie przyczyniło się tylko do pogłębienia wielkiego kryzysu (1929–1933); za jego kadencji Wielka Brytania porzuciła wymienialność funta na złoto (1931).

[3] Clement Moret (1886–1943), francuski prawnik i finansista, wysoki urzędnik ministerstwa finansów, w latach 1930–1935 gubernator Banku Francji, później zasiadał we władzach banków prywatnych.

[4] Wilhelm Andreae (1888–1962), ekonomista i socjolog niemiecki, uczeń Othmara Spanna, profesor uniwersytetu w Gratzu.

[5] Thomas Robert Malthus (1766–1834), brytyjski ekonomista, zarazem duchowny anglikański, jeden z pierwszych profesorów ekonomii politycznej (w East India College), autor teorii demograficznej, zgodnie z którą ludzkość ma tendencję do rozmnażania się szybciej niż pomnaża środki utrzymania, z czego wyciągał skrajne konsekwencje polityczne, dowodząc, że pomoc dla ubogich jest bezcelowa; kilkakrotnie udoskonalał swe główne dzieło An Essay on the Principle of Population, po raz pierwszy wydane w 1798 r.

[6] Julius Wolff (1836–1902), niemiecki lekarz, chirurg, autor licznych prac naukowych z tej dziedziny.

[7] Friedrich Naumann (1860–1919), niemiecki duchowny protestancki i polityk liberalny, związany z lewicowym skrzydłem niemieckiego liberalizmu; od 1907 r. poseł do Reichstagu z ramienia liberałów „wolnomyślnych”, w 1919 r. jeden z twórców konstytucji Republiki Niemieckiej, współzałożyciel liberalnej Partii Demokratycznej, w 1915 r. opublikował książkę pt. Mitteleuropa, opisującą projekt Europy Środkowej zdominowanej przez wpływy niemieckie.

[8] Carl Steuermann – pseudonim którego używał Karl Otto Ruhle (1874–1943), niemiecki działacz socjaldemokratyczny i teoretyk socjalizmu; należał do lewicowego skrzydła niemieckiej socjaldemokracji; wraz z Różą Luxemburg i Karlem Liebknechtem był założycielem rewolucyjnego Związku Spartakusa; po upadku rewolucji wyemigrował do Ameryki, przebywał w USA i Meksyku, z pozycji „autentycznego” komunizmu krytykował bolszewizm i sowiecki komunizm.

[9] Franklin Delano Roosevelt (1882–1945), polityk amerykański, prezydent Stanów Zjednoczonych w latach 1933–1945, czterokrotnie wybierany na ten urząd; należał do Partii Demokratycznej; był wysokim urzędnikiem w departamencie marynarki za prezydentury Wilsona, po przerwie w karierze spowodowanej ciężką chorobą (polio), która pozbawiła go władzy w nogach, został wybrany na gubernatora stanu New York, którym był w latach 1928–1932; po wyborze na prezydenta prowadził aktywną politykę gospodarczą, z umiarkowanym powodzeniem starając się walczyć z kryzysem gospodarczym, przeprowadził też ważne reformy społeczne, m.in. wprowadzając system powszechnych ubezpieczeń emerytalnych; podczas II wojny światowej, pomimo ustaw nakazujących władzom USA neutralność, od początku wspierał państwa walczące z Hitlerem, doprowadził do uchwalenia Lend-Lease Act, który pozwolił uzbroić Wielką Brytanię, a później innych sojusznikow na koszt USA, po przystąpieniu do wojny aktywnie organizował koalicję antyhitlerowską, uczestniczył w konferencjach w Teheranie i Jałcie, które zadecydowały w znacznej mierze o kształcie świata powojennego, był głównym pomysłodawcą Organizacji Narodów Zjednoczonych.

[10] Wilhelm von Humboldt (1767–1835), niemiecki językoznawca, zarazem urzędnik i dyplomata w służbie pruskiej, odegrał znaczącą rolę na kongresie wiedeńskim (1814–1815); jako minister oświecenia publicznego w latach 1809–1811 zreformował szkolnictwo, dzieki jego zabiegom utworzono wyższe szkoły techniczne; w roku 1810 przeprowadził reformę Uniwersytetu Berlińskiego, tworząc modelowy uniwersytet łączący badania i nauczanie, który stał się wzorem dla nowoczesnych uniwersytetów na całym świecie; z przekonań liberał, opuścił w 1819 r. służbę państwową nie mogąc przekonać króla Prus do nadania krajowi konstytucji; autor wielu prac z dziedziny językoznawstwa, literaturoznawstwa oraz filozofii politycznej.

[11] Tak nazywano dawniej Tajlandię.

[12] Caro wymienia w tym zdaniu finansistów związanych z różnymi aferami ujawnionymi w latach trzydziestych XX w.: działający we Francji Martha Hanau i Serge Alexander Stavisky dokonali znacznych oszustw, które nie byłyby możliwe bez wsparcia polityków, ujawnienie tych afer wzburzyło opinię publiczną; francuski bankier Albert Oustric oraz szwedzki potentat w branży zapałczanej Ivar Kreuger zdobyli znaczny majątek dzięki operacjom finansowym wspieranym przez oszustwa i dezinformację, ich bankructwa były głośnymi wydarzeniami; Hanau, Stavisky i Kreuger po ujawnieniu ich nadużyć popełnili samobójstwo.

[13] Edward Arthur Filene (1860–1937), amerykański przedsiębiorca i filantrop, propagował zakładanie credit unions – amerykańskich odpowiedników banków spółdzielczych i był przewodniczacym ich krajowego stowarzyszenia.

[14] Morus, właśc. Thomas Moore (1478–1535), angielski humanista i prawnik, sędzia w Londynie, sekretarz królewski, kanclerz Anglii w latach 1529–1532; nie mogąc zakceptować polityki króla Henryka VIII, zrzekł się urzędu, odmówił przysięgi uznającej wyłączną zwierzchność króla nad Kościołem, został oskarżony o zdradę stanu i ścięty; autor humanistycznego traktatu o idealnym ale nieistniejącym państwie pt. Utopia.

[15] Tommaso Campanella (1568–1639), włoski duchowny, teolog, filozof i myśliciel społeczny, także astrolog, należał do zakonu kaznodziejskiego dominikanów; za swe radykalne idee społeczne był więziony, spędziwszy w więzieniu około 30 lat, uciekł do Francji, gdzie zmarł; był zwolennikiem wspólnoty dóbr, a także zniesienia tradycyjnej rodziny; jego głównym dziełem był traktat La Citta del Sole (Miasto Słońca).

[16] Charles Fourier (1772–1837), francuski myśliciel społeczny, autor socjalistycznej utopii, zaprojektował z licznymi szczegółami samodzielne osiedle zwane falansterem, w którym miała panować wspólnota własności, przy podziale pracy pomiędzy jej członkami; opowiadał się także za daleko posuniętą swobodą obyczajową; idee Fouriera zjednały mu grono uczniów i naśladowców, którzy podjęli liczne próby realizacji jego utopii.

[17] Niccolo Machiavelli (1469–1527), włoski pisarz polityczny i historyk, także polityk i dyplomata, obywatel Florencji, w swych dziełach przedstawił dwie wersje swej filozofii politycznej, zdecydowanie różne, lecz dające się uzgodnić, w pierwszej ukazywał republikę jako formę ustrojową opartą na cnocie, kiedy jej braknie, wówczas korupcja niszczy republikę, pojawiający się chaos może przezwyciężyć książę, władca posługujący się w bezwzględny sposób wszelkimi środkami do zdobycia i utrzymania władzy, zarówno moralnymi jak i niemoralnymi, główne dzieła: Rozważania nad pierwszym dziesięcioksięgiem Historii rzymskiej Tytusa Liwiusza, Książę, Historie florenckie, O sztuce wojny.

[18] Wilhelm II (1859–1941), cesarz niemiecki i król Prus w latach 1888–1918, popierał politykę imperialistyczną i zbrojenia morskie, porzucając ostrożną politykę kanclerza Bismarcka, któremu w 1890 r. udzielił dymisji; za jego panowania, po krótkim okresie liberalizacji, rząd pruski wzmógł politykę antypolską, w 1914 r. cesarz podjął decyzję o wypowiedzeniu wojny Francji i Rosji, co zapoczątkowało I wojnę światową; zdetronizowany w 1918 r., resztę życia spędził na emigracji w Holandii.

[19] Egon Friedell (1878–1938), austriacki dziennikarz, pisarz, krytyk teatralny, aktor, dyrektor teatrów i kabaretów, po aneksji Austrii przez Rzeszę Niemiecką popełnił samobójstwo.

[20] Theodore Roosevelt (1858–1919), polityk amerykański, prezydent Stanów Zjednoczonych w latach 1901–1909, należał do Partii Republikańskiej; w roku 1900 wybrany na wiceprezydenta u boku Williama MacKinleya, po tym, jak tenże został zamordowany objął prezydenturę; ponownie wybrany w 1904 r., bez powodzenia ubiegał się o prezydenturę w wyborach z 1912 r.; jako prezydent prowadził politykę imperialistyczną, strzegąc wpływów USA w obu Amerykach, doprowadził do oderwania Panamy od Kolumbii i przejęcia przez Stany Zjednoczone kontroli nad Kanałem Panamskim; za mediację i pomoc w zawarciu pokoju po wojnie rosyjsko-japońskiej otrzymał pokojową Nagrodę Nobla za rok 1906; w polityce wewnętrznej wspierał politykę ograniczenia siły wielkiego kapitału, m.in. prawa antytrustowe.

[21] Aleksander Kiereński (1881–1970), prawnik i polityk rosyjski, działacz Partii Socjalistów-Rewolucjonistów; deputowany do Dumy Państwowej, w rządzie tymczasowym Rosji w 1917 r. najpierw minister wojny, później premier; obalony w przewrocie bolszewickim, do końca życia pozostał na emigracji; często oskarżany o to, że jego polityka ułatwiła działanie Leninowi i bolszewikom; słowa Caro o „sfinansowaniu przewrotu” są zupełną fantazją.

[22] Calvin Coolidge (1872–1933), amerykański polityk, należał do Partii Republikańskiej; w latach 1921–1923 wiceprezydent u boku prezydenta Warrena Hardinga, po nagłej śmierci poprzednika w 1923 r. zaprzysiężony na prezydenta Stanów Zjednoczonych, ponownie wybrany w 1924 r.; zwolennik neutralności USA w sprawach międzynarodowych, protekcjonizmu w handlu i niskich wydatków budżetowych; za jego rządów miał miejsce szybki wzrost gospodarczy, co przyczyniło się do wielkiej popularności prezydenta; twierdzenie o „wymuszeniu” wyboru w 1924 r. przez banki nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością, urzędujący prezydent był niezmiernie popularny, miał dobrze zasłużoną opinię uczciwego człowieka i bez problemu wygrał znaczną większością głosów; demokraci nie mieli kandydata zdolnego konkurować z Coolidge’em, na konwencji wyborczej dopiero w 103. głosowaniu wybrali Johna W. Davisa.

[23] Hermann von Eckardstein (1864–1933), niemiecki dyplomata, w latach 1895–1905 pierwszy sekretarz ambasady niemieckiej w Londynie; w 1898 r. i później prowadził nieudane rozmowy na temat zbliżenia brytyjsko-niemieckiego i rozstrzygnięcia spraw związanych z rywalizacją kolonialną, opisał je w wydanych w 1921 r. pamiętnikach; Caro ewidentnie pomieszał niedyskrecje Eckardsteina z fantazjami o „rządzie światowym” zdominowanym przez Rothschildów.

[24] Trudno powiedzieć, którego z Rothschildów miał na myśli Caro; baron Mayer Alphonse James de Rothschild, przywódca francuskiej gałęzi rodu, zmarł w 1905 r., zaś jego syn i następca Edouard Alphonse James de Rothschild (1868–1949) był znany pod pierwszym ze swych imion; „Rozstrzygający głos” Rothschilda w tajnych negocjacjach w czasie I wojny światowej jest wytworem antysemickich fantazji, które wielokrotnie i w różnych krajach pojawiały się w kulturze masowej.

[25] Miguel Primo de Rivera, markiz de Estella (1870–1930), hiszpański wojskowy; jako generał walczył w wojnach kolnialnych, w 1923 r. przeprowadził bezkrwawy zamach stanu, zatwierdzony przez króla, który mianował go premierem; Primo de Riviera prowadził politykę mającą na celu łagodzenie napięć społecznych, rozwinął roboty publiczne i zwiększył podatki dla najbogatszych, jednocześnie rozwiązał partie polityczne i wprowadził cenzurę; odsunięty od władzy w wyniku niepokojów społecznych w 1930 r., udał się na emigrację i wkrótce potem zmarł.

[26] John D. Rockefeler (1839–1937), przedsiębiorca amerykański, w młodości założył firmę Standard Oil Company, która z czasem stała się największym przedsiębiorstwem naftowym na świecie, zaś sam Rockefeler oceniany jest jako najbogatszy człowiek w dziejach ludzkości; w 1911 r. jego firma została poddana przymusowemu podziałowi zgodnie z ustawodawstwem antytrustowym; znaczną część swej fortuny Rockefeler prznaczył na cele społeczne, subwencjonował zwłaszcza szkoły wszystkich szczebli oraz badania naukowe, zwłaszcza w dziedzinie medycyny.

[27] Henri Deterding (1866–1939), holenderski finansista, współzałożyciel, a w latach 1900–1936 szef kompanii naftowej Royal Dutch Petroleum Company, od 1907 r. – po fuzjii z firmą transportową Shell – znanej jako Royal Dutch/Shell; główny konkurent firm Rockefelera.

[28] Shylock, fikcyjna postać ze sztuki Shakespeare’a Kupiec wenecki, nosił cechy stereotypowego Żyda – skąpca.

 


Start Klasycy o wolnym rynku i roli państwa w gospodarce Leopold Caro, "Zmierzch kapitalizmu"