SPORY O KAPITALIZM

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Start Klasycy o wolnym rynku i roli państwa w gospodarce Adam Heydel "Czy i jak wprowadzać liberalizm ekonomiczny?"

Adam Heydel "Czy i jak wprowadzać liberalizm ekonomiczny?"

Email

Kraków

Nakładem Towarzystwa Ekonomicznego

1931

Dyskusje ekonomiczne, prowadzone w Polsce, wykazują pozornie dużą rozbieżność dążeń naszych ekonomistów.[1] Jedni dążą do podniesienia w Polsce płac. Inni chcą doprowadzić do zwiększenia się zysków. Walczą ze sobą programy Polski rol­niczej i Polski przemysłowej. W związku z tą sprawą zastana­wiają się ludzie nad tym, czy powinny być wysokie ceny na produkty rolnicze, czy na produkty przemysłowe. Dążenie do rozwinięcia handlu zagranicznego ściera się z dążeniem do samostarczalności. Przeciwstawia się programy ochrony produkcji i ochrony konsumenta.

Ludzie umiarkowani proponują kompromis i chcą łączyć sprzeczne, rozbieżne cele. Tym samem, z góry skazują swoje przedsięwzięcie na niepowodzenie – nieosiągnięcie żadnego celu. Należy ustalić, że kto stawia sobie którykolwiek z tych jednostronnych fragmentarycznych postulatów za cel najwyższy polityki gospodarczej – ten nie jest ekonomistą.

Wysokie płace nie są do osiągnięcia, jeżeli nie rozwija się produkcja, a ona nie może się rozwijać bez zysków. Wysokich zysków nie sposób zdobyć – bo od kogo? – jeżeli niskie płace ograniczą rynek zbytu.

Zwalczyć bezrobocia nie można ani przez sztuczne rozwi­janie, nie mającego warunków rentowności przemysłu, ani przez rozbijanie dużych warsztatów gospodarki rolnej na małe. Można w ten sposób zatrudnić robotników za płacę głodową, ale nie można powiększyć sumy płac. Gdyby było inaczej, należa­łoby na miejsce wielkich fabryk w Łodzi wprowadzić ręczne warsztaty. Wszak potrzebują one więcej robotników!

Nawołuje się do zwiększenia konsumpcji. Jak to uczynić bez powiększenia produkcji? Czy zaś może być odwrotnie duża produkcja bez dużej konsumpcji?

Obrońcy konsumentów żądają niskich cen, zapominając, że muszą one obniżyć podaż towarów. Przedstawiciele produ­centów chcieliby utrzymać ceny na wysokim poziomie, a za­razem mieć szeroki rynek zbytu, nie zawsze zdając sobie sprawę, że te dwa postulaty nawzajem się wykluczają.

Raz jeszcze powtarzam: przed ekonomistą nie stają takie problemy, ani takie programy. Praktyczne działanie ekono­misty nie ma nic wspólnego z rozwiązywaniem któregokol­wiek z tych fragmentarycznych zadań; nie może być również chwytaniem kilku rozpierzchających się srok za ogon. Musi być dążeniem do jednego, najwyższego celu. Jego działalność musi być konstrukcją architektoniczną, logicznie powiązaną. Tamte fragmentaryczne zagadnienia nie są dla niego z pewnością obojętne. Ale ich rozwiązanie jest pochodną od zadania naczelnego. Rozwiązuje je, rozwiązując tamto. Musi postępo­wać jak wódz w czasie bitwy. Pobicie nieprzyjaciela jest zara­zem osiągnięciem szeregu celów ubocznych.

Dlatego ekonomista musi ustalić hierarchię swoich celów. Musi się zdobyć na trafną ocenę ich ważności. To nie jest kompromis. To nie jest sprzęganie rozbieżności. Zadaniem ekonomisty jest wyszukanie punktu, w którym szczegółowe i fragmentaryczne postulaty łączą się w sposób naturalny.

Gdzie jest ten punkt, gdzie ten cel, którego osiągnięcie zwalnia nas od troski o wszystkie naraz bolączki, bo zdobycie go samo przez się te bolączki usuwa?

Nie jest nim i nie może być nic innego, jak tylko zdobycie maximum dochodu społeczeństwa. Społeczeństwo żyje z do­chodu netto tak samo jak jednostka. Dochód netto to suma zy­sków i suma płac razem wzięte, Śmieszne są twierdzenia, że społeczeństwo żyje z dochodu brutto w przeciwstawieniu do jednostki. Gdyby tak było, to żyłoby z majątku. Społeczeń­stwo z dochodu netto zaspakaja swoje potrzeby bieżące i z te­goż dochodu zaopatruje się dla lepszego zaspakajania potrzeb przyszłych, tj. kapitalizuje.

Obliczamy wielkość dochodu netto w sumie pieniężnej, przyjmując, że siła kupna pieniądza się nie zmienia. W istocie wyraża ta suma pieniężna osiągniętą nadwyżkę użyteczności ponad zatraconymi w działaniu gospodarczym kosztami – ogól­nie mówiąc – ilościami disutility.

Każde zwiększenie dochodu netto, to zwiększenie sumy zysków i sumy płac. Każde zaś zwiększenie sumy zysków kosztem sumy płac, jest zmniejszeniem dochodu netto. Takie samo zmniejszenie sprowadza podniesienie płac kosztem sumy zysków.

Zwiększenie natomiast sumy zysków, nie zmniejszające wolno-konkurencyjnej sumy płac, prowadzi pośrednio do zwięk­szenia sumy płac. Tak samo zwiększenie sumy płac, nie zmniej­szające sumy zysków, daje w skutku pośrednie zwiększenie sumy zysków. Tu właśnie, ale dopiero tu harmonizują się inte­resy klas, zawodów, poszczególnych warsztatów. Korzyści prze­mysłu stają się korzyściami rolnictwa, korzyści producenta ko­rzyściami konsumenta. Tu zbiega się rentowność z produkcyjnością, tj. ze wzbogacaniem całości rozpatrywanego społeczeństwa. Produkcyjność jest to bowiem rentow­ność nie osiągnięta niczyim kosztem. Jest to nad­wyżka osiągnięta z zewnątrz, od przyrody.

Kiedyż zaś osiągamy maximum dochodu społecznego? Wówczas, gdy współdziała największa wydajność pracy i naj­większa oszczędność. Największa zaś oszczędność to najoszczędniejsze zużycie zarówno pracy jak kapitału. Wiedzieli o tym dawno ekonomiści. Fizjokrata Baudeau pisał:

„sur la même étendue du sol, qui ne produisait par le travail de cent hommes que 1’entretien de cent dix – trouver le moyen de faire naître la subsistance de deux cent hommes, par le travail de cinquante seulement – voilà un vrai problème de culture”.

Więc wysiłkiem zmniejszonym do połowy osiągnąć nadwyżkę pozwalającą wyżywić o 90 ludzi więcej na danym terytorium, oto, co słusznie uważał Baudeau za prawdziwe za­gadnienie cywilizacyjne. Oto cel godny ekonomisty. Baudeau, żądając, by przy zwiększonej produkcji zajętych było nie 100, ale 50-ciu robotników, nie obawiał się o los 50 bezrobotnych. Znajdą oni zatrudnienie w zwiększonym zapotrzebowaniu owych 90 nowych konsumentów!

Powtarzam raz jeszcze: maximum dochodu, a co za tym idzie, maximum bogactwa osiągnie społeczeństwo, stosując:

1)   możliwie największą wydajność pracy,

2)   możliwie największą oszczędność.

Obie te zasady dają się sprowadzić do jednej; osiągnięcie wydajności pracy, to użycie jej w takiej tylko ilości, w jakiej, do wytworzenia danego dobra jest konieczna, i zastosowanie jej tam, gdzie najwięcej może wytworzyć. To zatem także oszczędność. Takie stosowanie pracy i kapitału, taką zarazem oszczędność w konsumpcji może zapewnić tylko liberalizm. Libe­ralizm pozwala w pełni dążyć każdej jednostce do maksymal­nych zysków. Liberalizm umożliwia zupełną swobodę przerzu­cania kapitału i pracy do tych gałęzi i warsztatów produkcji, które w danych warunkach obiecują zyski najwyższe. Libera­lizm, słowem, pozwala całemu gospodarstwu społecznemu osiąg­nąć najwyższą rentowność.

Słuszne i tak oczywiste, że nie można się kusić o jego podważenie, jest twierdzenie Gustawa Cassla: Wkroczenie pań­stwa musi zatrudnić kapitał i pracę mniej rentownie, aniżeli byłoby to możliwe przy zupełnym liberalizmie, bo gdyby to zatrudnienie, jakie czynnikom produkcji daje państwo, było istotnie najrentowniejsze, to władza państwowa nie potrzebo­wałaby wkraczać i wyręczać prywatnego przedsiębiorcy.

Mises wyraża to jeszcze dobitniej, mówiąc: „Władza nie może wzbogacić, władza może tylko zubożyć”.

Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. W Polsce władza wkra­cza w życie gospodarcze bezustannie i na każdym polu. Polska ponosi dzięki temu straty, sięgające zawrotnych sum, z roku na rok, co dzień, co godzina. Bez przerwy płynie około nas strumień bogactw. Etatyzm uniemożliwia czerpanie zeń z całą możliwą sprawnością. Rozpraszają się zasoby energii. Mozoły i trudy jednostek idą na marne i przepadają bezpowrotnie.

Byłoby jednostronnością, graniczącą z prostactwem, nie wiedzieć, że są cele, wskazania, normy, ważniejsze od rozwoju bogactwa. Adam Smith słusznie pochwalał akt Cromwella, mimo, że ekonomicznie akt ten był z jego programem niezgodny. Akt Cromwella zmniejszał bogactwo Anglii, ale podtrzymywał jej obronność. „Obrona i wolność zaś ważniejsze są od bo­gactwa” – pisał ojciec ekonomii. Ale krótkowzrocznością by­łoby nie dostrzegać, że, zależnie od warunków, znaczenie bo­gactwa dla rozwoju społeczeństwa i potęgi państwa może być większe lub mniejsze.

Są społeczeństwa, dla których szybszy, lub mniej szybki przyrost bogactwa jest rzeczą drugorzędną. I są takie, dla któ­rych ten problem wysuwa się na pierwsze miejsce.

Jak stoi sprawa w Polsce?

Jesteśmy kilkakrotnie ubożsi od krajów przodujących kul­turą. Nasze masy (około 70% ludności) żyją na poziomie zu­pełnie proletariackim, nie dozwalającym na szybki wzrost kul­tury. Mamy przyrost ludności wynoszący około 1½% rocznie. Jeżeli chcemy, by przyszłe pokolenia utrzymały choćby naszą nędzną, niską stopę życiową, to każdy z nas powinien kapi­talizować rocznie 1½ % swojego majątku. Gdyby tak było, nie groziłaby nam dalsza pauperyzacja. Inaczej, oczywiste jest, że zamożność następnych pokoleń musi opadać. Syn będzie uboższy od ojca, wnuk uboższy od dziada. Będzie już tylko dziadem.

Kto zechce twierdzić, że w Polsce dorobek jednostek osiąga wielkość 1½ % majątku rocznie? Jestem głęboko prze­konany, że dorobek ten jest, biorąc przeciętną całego okresu powojennego, znacznie mniejszy. A przecież ta cyfra 1½ % przyrostu majątku rocznie, to bardzo niski, nędzny postulat. To petryfikacja na dziesiątki lat naszej wegetacji gospodarczej, politycznej i cywilizacyjnej. To tylko gwarancja, że w znacze­niu bezwzględnym nie będziemy się cofać i staczać w dół.

Ale gdybyśmy na większy i szybszy dorobek zdobyć się nie mogli, to cofać się będziemy niewątpliwie w zestawieniu ze światem cywilizowanym. Coraz większy będzie odstęp po­między tymi, którzy prowadzą kulturę i rozstrzygają o losach świata, a naszą ubogą i zacieśnioną Ojczyzną. Nasz wpływ w dziedzinie kultury i w dziedzinie politycznej musiałby się zmniejszać. Bo nie należy się łudzić, że ubóstwo może się łączyć z kulturą i siłą. Odwrotnie: związek bogactwa z wyższymi dobrami jest dziś ściślejszy, niż kiedykolwiek.

Bogactwo niegdyś było przede wszystkim równoznaczne z użyciem. Dzisiaj bogactwo, to synonim siły. Niegdyś czło­wiek bogaty zużywał swoje zasoby na obżarstwo i pijaństwo. Współcześnie, bogactwo, to w daleko większym stopniu sport, higiena, podróże. Bogate Niemcy to Niemcy samochodów, aeroplanów, wycieczek górskich, masowej produkcji literackiej, sztuki, teatru i muzyki. Uboga Polska, to Polska leniwie pełzająca na piechotę, Polska suteren i tuberkułów i Polska bez­bronna.

Bogactwo daje członkowi społeczeństwa dziesiątki koni parowych w rękę. Ubóstwo pozostawia go, brodzącego z wysił­kiem przez życie o kiju żebraczym.

A to zdemokratyzowane bogactwo, to źródło realnej zupeł­nie siły, wzrasta wokoło nas wielokrotnie szybciej, jak w Pol­sce. Dlatego ostatnia już chwila zrobić rachunek sumienia i ude­rzyć na alarm.

Obowiązkiem każdego, kto ma oczy otwarte, staje się zwal­czanie dwóch hamulców, dwóch zapór na drodze naszego roz­woju, jakimi są: etatyzm i interwencjonizm pań­stwowy.

Rozpatrzmy je kolejno:

Etatyzm, to nadmierny rozrost gospodarki publicznej.[2] Go­spodarka ta zmniejsza dochód społeczny w Polsce, bo pewna suma pracy i kapitału zostaje uwięziona w pracy nie obliczo­nej na rentowność. Stąd wynika, że przy zapasie sił, jakimi rozporządzamy, dochód nasz jest mniejszy od tego, jaki mogli­byśmy osiągnąć.

Parę cyfr niech uwydatni, w jakich granicach pomieścić można tę stratę:

Dochody gospodarki publicznej wynoszą w przybliżeniu:

Państwo....................................... 3       miliardy złotych

Samorządy................................... 1,3            „          „

Ubezpieczenia społeczne i inne. 0,6           „          „

Razem . 4,9    miliardy złotych

 

Ta suma wyrwana jest z gospodarki prywatnej i skiero­wana ku pracy nierentownej. Czy i w jakim stopniu może ona zaważyć na życiu gospodarczym? Jaka to część dochodu spo­łecznego Polski? Obliczenia dochodu społecznego są w zasadzie bardzo trudne i nigdy nie mogą być ścisłe. Jeśli chodzi o sto­sunki polskie, to Adam Krzyżanowski podaje kwotę w przybli­żeniu 9 miliardów. Inni ekonomiści obliczają dochód wyżej: na 10 do 12 miliardów. Suma przychodu gospodarki publicznej wynosi więc 50%, a w najlepszym wypadku 40% dochodu spo­łecznego.

Dochód społeczny oczywiście przechodzi znaczne wahania, żadne więc z tych obliczeń nie obowiązuje z roku na rok. Przyjmijmy, że w przecięciu przychody gospodarki publicznej wynoszą około 45% dochodu społecznego. Ta jego część jest na ogół gospodarczo jałowa. Ale gospodarka publiczna ma swoje ważne zadania – nie można jej skasować. Czy nie można jej jednak ograniczyć? Czy należy to uczynić? Rozpatrzmy po­szczególne pozycje dochodowe tej gospodarki.

Najważniejszą stanowią podatki. Stosunek wielkości podat­ków (państwowych i samorządowych) do dochodu netto roz­maicie bywa szacowany. Podaję poniżej trzy różne obliczenia.

Podatki wynoszą według p. Pawła Michalskiego 13,5% spo­łecznego dochodu, według p. Szawlewskiego 17% dochodu, według prof. Edw. Taylora 20% dochodu.

Ocena ciężaru podatków bywa także rozmaita. P. Paweł Michalski starał się bronić tezy, że podatki są w Polsce lżej­sze, aniżeli w innych krajach europejskich. To zdanie wydaje się dosyć odosobnione, prof. A. Krzyżanowski, Taylor i inni mają wprost przeciwne poglądy. W artykule „Dążności etaty­styczne w Polsce” starałem się uzasadnić moją opinię, zgodną z opinią pp. Krzyżanowskiego i Taylora.[3] Tutaj dodaję tylko, że jeśli wysokość podatków obliczyć na 20% dochodu, to – biorąc pod uwagę ubóstwo społeczeństwa polskiego – ich cię­żar należy uznać za absurdalnie wielki, a ich działanie na ży­cie gospodarcze, za destrukcję bogactwa kraju.

 

Wielu ekonomistów-praktyków jest zdania, że mimo, iż budżet państwowy jest zbyt wielki, jednakże w naszych warunkach zmniejszyć go nie można. Nie podzielam tego zdania. Dostrzegam oczywiście duże trudności polityczne. Niemniej sądzę, że należy zrobić wszystkie wysiłki, by te polityczne przeszkody usunąć i budżet państwowy obniżyć.

Inaczej i znacznie prościej wygląda sprawa budżetów samorządowych. Tutaj politycznych przeszkód być nie powinno. Należy je znacznie zmniejszyć. Przedstawiają one bądź co bądź 4,2% dochodu społecznego. Tempo zaś ich rozrostu jest zupełnie niewspółmierne z rozwojem życia gospodarczego Polski.

Wydatki miast wynosiły w r. 1924 — 233 miliony złotych, w r. 1928/29 – 766 milionów złotych. Nawet obliczywszy wydatki z r. 1924 według obecnego parytetu złotego (wyniosą one w dzi­siejszych złotych około 400 milionów) – dostrzegamy tu wzrost w ciągu trzech lat o 90% przeszło! Tempo zaiste amerykań­skie. Uzasadnia ono żądanie nie tylko zahamowania, ale i po­ważnej redukcji tych wybujałych, fantastycznych budżetów.

Znacznie trudniej jest przeprowadzić podobną akcję w za­kresie przymusowych świadczeń społecznych. Tu znowu poli­tyka ścieśnia poważnie możliwości.

Przyjmijmy jednak per maxime inconcessum, że z przy­chodów gospodarki publicznej niewiele tylko da się skreślić. Rozpatrzmy sam sposób prowadzenia tej gospodarki. Obok podatków poważną rolę w budżecie państwowym odgrywają „przedsiębiorstwa państwowe”.

Prof. T. Lulek w artykule „Przedsiębiorstwa państwowe”, opublikowanym w wydawnictwie Dziesięciolecie Polski Odro­dzonej[4] (str. 930 – 937), oblicza ich rozrost jak następuje: Wśród przedsiębiorstw państwowych spotykamy 37 pozycji „przedsiębiorstw wyodrębnionych”, 5 pozycji zajmują mono­pole, 11 pozycji przedsiębiorstwa nie wyodrębnione – 32 pozycje, przedsiębiorstwa, w których państwo ma udział. Daje nam to razem 82 pozycje. Wśród nich są takie kurioza, jak to, że prócz 6 oficjalnych drukarni państwowych sprawo­zdanie komisji budżetowej Sejmu o preliminarzu budżetowym na rok 1929/30 podaje jako odrębną pozycję „około 31 drukarń”. Nie pozbawiony pikanterii jest również fakt, że wśród przedsiębiorstw, w których własności państwo ma udział, dużą część stanowią takie przedsiębiorstwa, w których posiadanie wchodziły Banki państwowe przymusowo, nie mogąc wy­egzekwować swoich lekkomyślnie udzielonych kredytów. Wobec stosowanych metod polityki kredytowej i ciężkiego kryzysu można przyznać rację prof. Lulkowi, który nie bez ironii stwier­dza, że „dalszy przyrost udziałów Banku (Gospodarstwa Kra­jowego) jest zapewniony...” Prof. Lulek oblicza wartość tych przedsiębiorstw na sumę 20 do 22 miliardów złotych. Inni eko­nomiści (obrońcy polityki rządowej) szacują je na 12 do 15 miliardów. Różnica tkwi przede wszystkim w rozbieżności zdań o wartości naszych kolei żelaznych. Prof. Lulek ocenia je na ± 14 miliardów. P. Widomski podaje cyfrę 7 miliardów. Wziąwszy pod uwagę słabą amortyzację kolei, uzasadnione wydaje się przyjąć cyfrę 10 miliardów. Przy tej ocenie kolei, wartość ogółu przedsiębiorstw wynosiłaby około 18 miliardów złotych.

Jaka to część naszego narodowego majątku? Odpowiedź jest jeszcze trudniejsza, jak przy rozpatrywaniu dochodu spo­łecznego.

Szacunek majątku narodowego waha się między 80 a 120 miliardami złotych. Przedsiębiorstwa państwowe wynoszą więc 15 – 25% majątku narodowego. Przyjmijmy, że wynoszą 1/5 część majątku narodowego.

Na przedsiębiorstwach państwowych oparte mają być czę­ściowo przychody gospodarki publicznej. Jaka jest ich rentow­ność? Stwierdzić to jest niesłychanie trudno. Wiele z pośród tych przedsiębiorstw nadal nie posiada bilansów otwarcia. Nie wiadomo więc, czy, wliczając amortyzację, dają w ogóle dochód, czy deficyt. Niektóre z nich, jak np. kopalnia Brzeszcze, której bilans jest sporządzony, wykazywała w latach dobrej koniunktury zaledwie l,2% dochodu netto, mimo że korzysta z ca­łego szeregu nieznanych przedsiębiorstwom prywatnym przy­wilejów podatkowych i innych (np. przywilej sprzedaży całej produkcji węgla po wyższej cenie krajowej). Lasy państwowe dają podobno 1,2 do 1,5% dochodu.

Wobec niemożności ścisłego ustalenia dochodowości ogółu przedsiębiorstw prof. Lulek posługuje się zestawieniem nadwy­żek kasowych, jakie wpłynęły z przedsiębiorstw do skarbu w latach 1924 – 1928/9. Z zestawienia tego wynikałoby, że w tym: czasie, po zliczeniu wpływów i dopłat, skarb uzyskał nadwyżkę 7 milionów złotych![5] Znane są trudności ustalenia rzeczywi­stych cyfr wpływów i dopłat, które niejednokrotnie kryją się pod zamaskowanymi pozycjami. Gdyby jednak nawet uznać obliczenia prof. Lulka za zbyt pesymistyczne i oprzeć się na oficjalnych cyfrach zamknięć budżetowych, to i tak trzeba stwier­dzić, że wyniki są fatalne. Według Rocznika Statystycznego są one następujące (w milionach złotych):

rok                wpłaty do skarbu        dopłaty ze skarbu       nadwyżki

1925...................... 68                                 46                             22

1926/7.................. 151                                   11                           140

1927/8................ 200                                 40                           160

1928/9................. 104                                  20                             84

1929/30............... 101                                  30                             80

Jeżeli przedsiębiorstwa państwowe przedstawiają 1/5 ma­jątku narodowego, to ich dochód netto powinien wynosić 1/5 dochodu narodowego. Skoro ten dochód obliczają pesymiści na 9 – 10 miliardów, a rządowi optymiści na 12 miliardów złotych to przedsiębiorstwa państwowe winny dawać rocznie w postaci zysków netto i płac przeciętnie 2 – 2½ miliardów złotych. Płace wynoszą w przedsiębiorstwach państwowych około 1 miliarda zł. O sumę więc l – l½ miliarda zł zmniejsza się dochód społeczny Polski dlatego, że przedsiębiorstwa te nie są prowadzone tak, jak kierowałby nimi przedsiębiorca prywatny, tj. z myślą o maksymalnym zysku. Niesłuszne byłoby przypuszczenie, że na zyskach przedsiębiorstw państwowych traciłby przedsiębiorca prywatny lub konsument, bo ściśle o tę samą sumę można by zmniejszyć obciążenie podatkowe gospodarki prywatnej.

Ciężkie funkcjonowanie maszyny państwowej, względy polityczno-społeczne, wypaczają gospodarczą kalkulację w przedsiębiorstwach państwowych. Ponadto zaś obciąża je tendencja przesadnych inwestycji. Mylny, naiwno-techniczny punkt widze­nia sprawia, że za pożyteczne dla kraju uważa się postawienie nowej fabryki, zainstalowanie najdoskonalszych, kosztownych maszyn, ale nie wyciągnięcie zysku. Przybywają nam wciąż nowe mury, kominy, budynki, rzeczy niewątpliwie godziwe, uży­teczne, potrzebne, ale nierentowne. Niektórzy ekonomiści wyo­brażają sobie, że to – przy ogólnej dekapitalizacji w Polsce – jest jedyną formą zbierania oszczędności społecznych, że tak narasta kapitał. Nie. To nie jest kapitalizacja. Wybudowanie fabryki, która nie daje przeciętnej stopy zysku, nie jest kapi­talizacją. Ileż zaś jest przypadków, że jej rentowność równa się zeru! Wówczas przybywają koszta utrzymania i amortyza­cji. Czyż trzeba wymieniać te nowe przedsiębiorstwa, które pracują deficytowo?

W najlepszym wypadku „inwestycje” państwowe są tezauryzacją, tworzeniem kapitałów martwych, drzemiących. Skoro zaś dokonuje się ich z rozdętych ciężarów podatkowych, to stwarza się kapitał martwy z pieniędzy, które, pozostając w obrocie, stwarzałyby kapitał lokowany rentownie, a więc produkcyjnie. Musimy zaś pamiętać, że żadne względy nie mogą ekonomiście przysłonić zasady zdążania do maksymalnego dochodu netto.

W wyższym stopniu jeszcze dotyczy ta krytyka gospodarki samorządowej.[6] Cieszą nasze oko nowe, rosnące, jak grzyby po deszczu, okazałe ratusze, szkoły, szpitale. Pamiętajmy, że im częś­ciowo zawdzięczamy chroniczny kryzys gospodarki prywatnej.

Nie chcę dyskutować zasady przymusowych świadczeń społecznych. Chodzi o jej wykonanie. W r. 1927/8 dochody instytucji ubezpieczeń wynosiły 408 milionów. Świadczenia ze strony instytucji dla ich członków równają się sumie 247 milionów. Znaczy to, że 160 milionów poszło na inne cele. Są nimi: droga administracja, budynki i urządzenia. I znowu na­suwa się poważna wątpliwość, czy ta suma, wynosząca 40%, użyta była właściwie. Przy obniżeniu kosztów administracyj­nych i zahamowaniu rozmachu inwestycyjnego można by za­pewne utrzymać świadczenia w tej samej wysokości, zmniej­szając ciężary o 20 – 25%. Dałoby to około 100 milionów, które pozostałyby w rękach gospodarki prywatne i mogłyby praco­wać produktywnie.

Najważniejszy oczywiście problem to przedsiębiorstwa pań­stwowe. Ich trzymanie w ręku państwa przy dotychczasowych metodach gospodarki szkodzi nie tylko gospodarce społecznej, ale nawet gospodarce skarbowej. Powie ktoś, że suma l½ miliarda, którą rzuciłem jako granicę, do jakiej powinna dojść rentowność przedsiębiorstw państwowych, jest zbyt wysoka. Nie będę się przy niej upierał. Niełatwo by zapewne było pod­ciągnąć do pełnej rentowności koleje i lasy państwowe, które stanowią gros majątku państwa. Przypuśćmy, że skomercjali­zowane (faktycznie, nie zaś tylko na papierze), sprzedane lub wydzierżawione dadzą, te przedsiębiorstwa tylko 800 milionów dochodu rocznie. Ale wówczas można rozciągnąć na nie opodatkowanie. Przy 20%, które płaci przedsiębiorstwo pry­watne, skarb uzyskiwałby prócz renty dzierżawnej ponad 150 milionów złotych. Dziś zaś taka cyfra jako globalny dochód z przedsiębiorstw leży w sferze nieziszczalnych marzeń. Takie rozszerzenie podstawy podatkowej na przed­siębiorstwa prowadzone dziś przez państwo, pozwoliłoby wy­datnie zmniejszyć obciążenie gospodarki prywatnej.

Streszczam się. Stoję na stanowisku, że obecny ciężar go­spodarki publicznej jest nie do udźwignięcia. Należy go zmniej­szyć. W jakich granicach? Ustalanie tu cyfr ścisłych byłoby naiwnością. Trzeba jednak szacunkowo je postawić.

Wydaje mi się, że wydatki państwa mogą być zmniej­szone o ± 500 milionów. Wydatki samorządów muszą być obniżone o 200 – 250 milionów złotych. Na świadczeniach spo­łecznych można zaoszczędzić około 100 milionów. Daje to ra­zem 800 – 850 milionów, które powinny pozostać w gospodarce prywatnej. Jestem dalej przekonany, że przebudowując pod­stawy gospodarki państwowej – przez uzdrowienie przed­siębiorstw państwowych można z tego źródła uzyskać dla budżetu w formie 1) renty dzierżawnej, 2) opodatkowania, około l miliarda. O taką samą sumę można by wówczas obniżyć po­datki. Zmniejszenie wydatków państwa, wyzyskanie przedsię­biorstw oraz oszczędności na gospodarce samorządowej i ubez­pieczeniowej dawałyby zatem sumę 1,8 miliarda złotych.

Dochody gospodarki publicznej obliczyłem na 4,8 miliarda. Przy wymienionych przesunięciach jej rozmiary byłyby następujące:

Państwo                                 2,5 miliarda złotych

Samorządy                            1,1 miliarda złotych

Ubezpieczenie                       0,5 miliarda złotych

Razem                       4,1 miliarda złotych

 

Natomiast obciążenie gospodarki prywatnej zmniejszyłoby się w ten sposób do 3 miliardów przy zastosowaniu zasad libera­lizmu gospodarczego. W ten sposób zbliżylibyśmy się do roz­miarów obciążeń z czasów przedwojennych. Wobec naszych warunków ogólno-gospodarczych wydaje mi się to koniecznością.

Takie ograniczenie gospodarki publicznej dałoby ogromny rozmach prywatnej przedsiębiorczości, umożliwiłoby kapitali­zację i pchnęłoby społeczeństwo na drogę rozkwitu gospodar­czego.

 

*

 

Nasz antyliberalizm gospodarczy wyraża się, prócz eta­tyzmu, w interwencjonizmie, tj. w naginaniu życia go­spodarczego do sztucznych, niezgodnych z naturalnym rozwo­jem celów. Życie ekonomiczne w Polsce uciskane jest jak gdyby gorsetem interwencji, który skrzywia kręgosłup gospodarczego organizmu.

Skrzywienie to idzie w dwóch kierunkach. Socjalny, a nie ekonomiczny kąt widzenia naszego ustawodawstwa podatkowego uprzywilejowuje, w sposób nieznany gdzie indziej, małe warsztaty produkcji w stosunku do dużych. Wielokrotnie już stwierdzono, że konstrukcja naszego podatku obrotowego, wielkość progresji i stosowanie jej nawet w takich dziedzinach, gdzie teoria jedno­głośnie ją potępia, działają w tym właśnie kierunku. Nie będę się nad tą sprawą zatrzymywał. Wskażę tylko, że hamowanie rozwoju dużych przedsiębiorstw w przemyśle i handlu skazuje nas na dotkliwe zwolnienie tempa rozwoju. Kraj grajzlerni nie może konkurować z krajami, gdzie koncentracja techniczna i ekonomiczna zwielokrotnia wydajność pracy i kapitału. Do tego samego prowadzi reforma agrarna, wraz z ustawodaw­stwem podatkowym w stosunku do rolnictwa. Ekonomicz­nie nie można dyskutować sprawy, że z punktu widzenia dochodu netto małe przedsiębiorstwa są gorsze. Jest to oczywi­stością. Te jednak właśnie uprzywilejowuje się kosztem bar­dziej wydajnych – dużych.

Drugie chorobliwe skrzywienie wprowadza nacisk naszej polityki celnej. Przebudowuje ona gospodarkę polską. W jakim kierunku? Bardzo niedokładnie i z grubsza można określić ten kierunek jako sztuczne uprzemysławianie. Jest to niedokładne określenie, dlatego, że cła utrzymują lub stwarzają jedne ga­łęzie przemysłu, podcinając zarazem inne.

Cło jest par excellence przykładem środka, który pozwala zdobywać rentowność kosztem innych. Tym samym zaś zmniejsza rentowność ogólną społeczeństwa. Jest antyproduktywne. Wiem, że potępienie ceł może wywołać teoretyczną dyskusję. Zapewne; jest to sprawa teoretycznie sporna. Ale w jakich granicach? Są pewne, krańcowe przypadki, kiedy cło może powiększyć ogół dochodu netto kraju, a więc jego bo­gactwo. Teoretycznie można taki przypadek skonstruować. Ale z cłami jest jak z trucizną, która zadawana w miligramach może uzdrowić pacjenta. My zaś, w praktycznej polityce gospo­darczej mamy wagę notującą różnice kilogramów. Posługując się tą wagą, chcemy zadawać choremu strychninę lub arszenik!

Teoretyk ochrony celnej, Ryszard Schüller, słusznie podnosi, że cła mogą być stosowane z mniejszą szkodą tam, gdzie rozpiętość między kosztami produkcji poszczególnych warsztatów jest mniejsza. Odwrotnie zaś – tam, gdzie różnice w kosztach produkcji różnych warsztatów są duże, cło działa tym szkodliwiej. Skutkiem ochrony celnej staje się wówczas istnienie niedołężnych, lichych warsztatów produkcji, a zarazem pojawienie się ogromnych rent różniczkowych warsztatów o niższych kosztach. Te renty wyciągane są z kieszeni konsu­mentów lub z innych działów produkcji. Stoją one w sprzecz­ności z zasadą wyrównywania się zysków, która daje maksy­malny możliwy dochód netto. Różnice w kosztach produkcji poszczególnych warsztatów są przy naszym zacofaniu technicznym, braku komunikacji, różnorodności warunków trzech dziel­nic, ogromne. Tym szkodliwsze jest działanie ceł.

Niektórzy teoretycy starali się dowieść, że cła nie obcią­żają kraju, który stosuje politykę protekcyjną, ich ciężar bo­wiem przerzucany jest na zagranicznego producenta. On je płaci. Pomijam fakt, że może tak być, ale nie zawsze tak bywa. Cło jest rodzajem podatku i zasady przerzucania cła wynikają z teorii przerzucania podatków. Nawet jednak wówczas, gdy przerzucenie następuje, stwierdzenie tego faktu nie może być uważane za argument przemawiający na korzyść ceł. Jeżeli bowiem cło będzie przerzucone na producenta, to znaczy to, iż towar zagraniczny przyjdzie do nas po cenie nie podwyż­szonej. Jego cena będzie ta sama, co przy wolnym handlu. W takim razie cło jest bezskuteczne. Jeśli zaś przerzucenie nie następuje lub wystąpi (co będzie wypadkiem najczęstszym) tylko częściowo, to podwyżkę ceny zapłaci konsument krajowy.

Tak więc: cokolwiek można by powiedzieć w obronie ceł w poszczególnych wypadkach, nie obala to ogólnej zasady, że skutkiem cła jest „une destruction de richesses” – jak mówi Pareto, a co wyraża obrazowo Mises, pisząc, że wskutek ceł zboże rośnie na gorszej glebie, aniżeli ta, na której rosłoby bez ceł, a wytwory przemysłowe produkowane są w gorszych, mniej sprawnie działających warsztatach. Dla wydobycia więc tej samej ilości dóbr zużywa się więcej pracy i kapitału.

Ale ci nawet, którzy zgadzają się, iż cła w zasadzie są szkodliwe, bronią stosowania ceł sporadycznie na określony czas. Wysuwają oni mianowicie cła tzw. wychowawcze. Na stosowanie tych ceł w okresie ząbkowania tej czy innej gałęzi wytwórczości zgodzi się i liberał. Pod jednym jednako­woż warunkiem: że stosuje się je tylko na czas krótki, do tych tylko działów produkcji, które obiecują z dużym prawdopodo­bieństwem, że z chwilą nabrania sił potrafią walczyć konku­rencyjnie bez ochrony celnej. Przedstawiciele każdej gałęzi produkcji obiecują zrzec się ochrony po pewnym czasie. Pareto mówi o tych obietnicach sceptycznie: „On ne peut nier a priori, qu’il en puisse être ainsi, mais on n’en connaît pas d’exemple”.

Mutatis mutandis to samo można powiedzieć o żądaniach ochrony celnej w trzech wypadkach: złej koniunktury, dum­pingu zagranicznego, oraz obcej ochrony celnej. Jeśli każde z tych zjawisk ma istotnie charakter przejściowy i krótkotrwały, to cła mogą być bez większej szkody zastosowane. Gdy się jednak zanosi na zaciągnięcie się złej koniunktury na długi czas, na chroniczny charakter, czy to dumpingu, czy obcej ochrony celnej, to stokroć lepsze jest dla życia gospodarczego kraju inne wyjście. Zamiast upierać się przy produkcji, której szanse konkurencyjne na długi czas są poderwane, należy prze­rzucić pracę i kapitały do innych dziedzin wytwórczości, dla któ­rych zła koniunktura w jednym dziale (a więc zniżka cen w tej gałęzi) stwarza szczególnie korzystne warunki. To samo odnosi się do dumpingu i obcej ochrony celnej.

Ale, powie ktoś, liberalizm w polityce handlu zagranicznego zamyka w ogóle drogę do rozwoju takich, czy innych gałęzi ży­cia gospodarczego. Tak jest, zamyka drogę do rozwoju gałęzi niezdrowych i niewłaściwych. Inne, zdrowe rozwiną się tym bujniej w razie zastosowania liberalizmu. Najlepszym przy­kładem może tu być rozwój gospodarczy w obrębie jednego państwa. Państwo współczesne jest obszarem wolnego handlu. Nie ma murów celnych między jego dzielnicami. Czyż jednak mimo to nie powstają bezustannie obok starych nowe fabryki na terytorium np. Polski? Czy nie rozwijają się nowe gałęzie przemysłu?

Wyobraźmy sobie, dla kontrastu, Polskę z cłami dzielnicowymi. Jakie byłyby jej skutki? Gdyby Zagłębie Dąbrowskie oddzielone było cłem od Górnego Śląska, to wykopano by w Polsce niewątpliwie więcej węgla brunatnego, ale mniej wę­gla czarnego. Gdyby Kujawy oddzielić cłem na buraki od piaszczystego Podlasia, to hodowano by więcej buraków na gorszej ziemi (na Podlasiu), ale mniej na lepszej (na Kujawach). Pewne obszary ziemi buraczanej na Kujawach zajęto by pod uprawę kartofli, mimo że gleby kujawskie mniej się do tego nadają. Odwrotnie kartoflane gleby piaszczystych dzielnic Polski pro­dukowałyby mniej tego ziemiopłodu.

W ostatecznym wyniku przy tym samym nakładzie pracy i kapitału mielibyśmy w Polsce, licząc ogólnie, mniej węgla,. mniej buraków i mniej kartofli. Polska jako całość straciłaby na tym. Ale – skoro przenosimy analogię na stosunki między­narodowe – bardziej interesuje nas pytanie, czy zyskałaby na cłach którakolwiek z dzielnic Polski? Czy Polesie wzbogaci się, gdy je odetniemy od dowozu wytworów przemysłowych z Za­chodu Polski? Czy wzbogaci się Górny Śląsk, gdy przez cła zbożowe zmusimy jego mieszkańców do rozszerzenia pracy rolniczej (a eo ipso zmniejszenia produkcji przemysłowej)? Czy dochód netto którejkolwiek z tych dzielnic może się powiększyć dlatego, że pracę i kapitał stosować będą tam, gdzie daje mniejsze rezultaty? Oczywiście nie! Dochód netto będzie dotkliwie zmniejszony. Tak samo zmniejsza się dochód netto poszczególnych krajów dzięki międzynarodowej ochronie celnej.

Dlatego to cła musi uważać za szkodliwe nie tylko ekono­mista, który ocenia je pod kątem widzenia międzynarodowym, ale także i rozumiejący procesy gospodarcze nacjonalista. Po­lityka ekonomiczna jest i pozostanie na długo narzędziem racji stanu, to znaczy nacjonalizmu. Kto głosi inne poglądy, ten sam w nie nie wierzy, lub nie orientuje się w rzeczywistości.

Nie wynika stąd jednak, by nacjonalizm miał stosować fałszywe środki do swoich celów. Kto chce wzbogacić kraj, nie może do tego dążyć na drodze ochrony celnej.

Żaden argument teoretyczny przeciw zasadzie wolnego handlu nie da się obronić. Ale po porzuceniu tamtych wyta­czają protekcjoniści argument historyczny, który właściwie ar­gumentem w ogóle nie jest.

Powiadają, że liberalizm w handlu międzynarodowym to rzecz przeszłości. Cały świat wszedł w epokę protekcjonizmu, Niemcy, Stany Zjednoczone stosują wysokie cła. Budzą się tendencje protekcjonistyczne nawet w twierdzy liberalizmu – w Anglii. My zatem musimy także płynąć za prądem. Ze zna­czeniem istotnym tego argumentu rozprawiłem się już wyżej, wykazując, że cła w kraju, z którym się handluje, nie są żad­nym powodem do wprowadzania ceł u nas.

Argument „mody” jest oczywiście tylko śmieszny. Nikt zaś nie zdoła wykazać, że współczesny prąd protekcjonizmu opiera się na jakichś głębszych motywach teoretycznych. To nie ekonomiści zmienili zdanie. To tylko wzięły w poszczegól­nych krajach przewagę grupy i klasy, w których interesie go­spodarczym jest wprowadzenie ceł. Niezdolne do walki o byt na gruncie ekonomicznego fair play, starają się one utrzymy­wać nagromadzone bogactwa, lub zdobywać nowe przy pomocy siły politycznej i środków politycznych. Cło staje się w ich ręku dogodnym środkiem wyzyskiwania innych grup ludności.

A zresztą, protekcjonizm budzi się w Anglii? Tak. Ale przy poziomie ceł wynoszącym 10% wartości towarów. Zbliżmy się choćby do 15% w Polsce, a gotów jestem przyjąć dyskusję o protekcjonizmie, co więcej, z góry akceptować cła w niejednym punkcie. Ochrona celna jednakowoż w tej postaci, w jakiej w Polsce występuje, nie nadaje się w ogóle do dyskusji. Jakżeż bowiem wygląda ta strona polityki ekonomicznej w Polsce? W jakim stopniu uszczuplają cła dochód netto społeczeństwa? Mamy ochronę celną jedną z najwyższych w Europie, rywali­zując tylko z Hiszpanią i Węgrami. Wyższą ochronę stosuje Rosja Sowiecka. Poza Europą, równa się mniej więcej z naszą ochroną celną poziom ceł w Stanach Zjednoczonych i w Bra­zylii (ci mogą sobie na ten luksus pozwolić). Wszystkie inne państwa cywilizowanego świata mają mury celne niższe, aniżeli Polska.

Jakaż jest wysokość naszej ochrony? Tu znów, jak i w tylu innych punktach, różnią się między sobą obliczenia. Najczęściej szacuje się wysokość naszych ceł w przecięciu na 26% ad ualorem. Ale Austriacka Izba Handlowa oblicza je na 43%, a p. Stefan Konopski na 37% wartości towarów. Jeżeli nawet przyjmiemy najniższe oszacowanie, to i tak przekraczamy dla naszej przeciętnej maksymalną stawkę, jaką uważa nauka za dopuszczalną w wyjątkowych wypadkach, tj. 25% warto­ści towaru. Wbrew wszelkim wskazaniom teorii stosujemy cła wywozowe i tranzytowe, które są bronią zarzuconą przez naukę od lat stu. Stosujemy zakazy i kontyngenty wywozu i przy­wozu. Nasz handel zagraniczny dławi się w zawikłanej, gęstej i wciąż zmienianej sieci przepisów.

Jakaż jest (pomijając bezpośredni interes poszczególnych grup gospodarczych) podstawa ideologiczna tej polityki?

Jest nią wiara, czy raczej zabobon, że cła podnoszą pro­dukcję, oraz że cła pomogą nam zwalczyć klęskę bezrobocia, związaną z „nadmiarem ludności”.[7] Wiara ta jest szeroko roz­powszechniona. Broniłem jej przed laty, dyskutując w Krako­wie z Gustawem Casslem. Cassel szeroko otworzył oczy, roz­łożył ręce i zapytał: „Jakież to Pan ma dane na to, że przy cłach wyżywi Pan na danym terytorium więcej ludności, ani­żeli przy wolnym handlu? Dobra gospodarcze i bogactwo wy­twarza się pracą i oszczędnością – innego sposobu nie ma. Cłami chleba wytworzyć nie można”. Co więcej, cła zmniejszają ilość dóbr, bo nie pozwalają, wyzyskać pracy i oszczędności w sposób najwydatniejszy i najoszczędniejszy.

Tu właśnie odbija się najszkodliwiej polityka wiązania sprzecznych celów, czyli polityka kompromisu.

Na czym ona polega? Na wynagradzaniu szkód, które przynoszą cła, zastosowane do jednych działów produkcji – stosowaniem ceł w innych gałęziach wytwórczości.

Polska ma wysoką ochronę celną produkcji przemysłowej. Od czasu kryzysu rolniczego zaczęto się domagać ceł na pro­dukty rolne. Samo to żądanie jest zwrócone w mylnym kie­runku (rolnicy powinni się domagać obniżki ceł przemysłowych). Tak rozumują nie tylko zainteresowane koła gospodarcze, ale i rządowe. Klasycznym przykładem sposobu myślenia naszych sfer oficjalnych są tzw. „Motywy do stanowiska zajętego przez Ministerstwo Rolnictwa w sprawie polityki zbożowej i polityki pasz” z początku roku gospodarczego 1929/30. Mini­sterstwo rolnictwa przechodzi po kolei różne gatunki zboża i formułuje następujące postulaty: dla pszenicy – skora już są cła — domaga się tylko wolnego wywozu; dla jęcz­mienia cła są konieczne, „bowiem przy stosowaniu ochrony celnej do innych zbóż oraz bezcłowym przywozie jęczmienia łatwo mógłby się załamać stosunek opłacalności jęczmienia, co groziłoby umniejszeniem uprawy tego zboża. Jak dotychczas konkurencja zagranicy nie jest groźna, jednak przezorność na­kazuje zastosowanie ochrony celnej również i w stosunku da tego zboża. Jest ono niezbędnym elementem całości systemu celnego w stosunku do zbóż”.

Podobnie, zdaniem Ministerstwa rolnictwa, przedstawia się sprawa owsa: „Za wprowadzeniem cła przywozowego od owsa przemawia również motyw równorzędnego traktowania pro­dukcji zbożowej. Istnieją w Polsce cła przywozowe na pszenicę i żyto. Analogiczną ochronę celną należy zastosować do owsa, bowiem pozbawienie owsa tej ochrony może spowodować nie­opłacalność jego uprawy i nadmierny przywóz owsa z zagra­nicy”.

Taką samą opiekę roztacza Ministerstwo nad kukurydzą. Wprawdzie bowiem uprawa kukurydzy zajmuje tylko 0,5% gruntów uprawnych, ale zdaniem Ministerstwa „produkcja kukurydzy w Polsce nie jest dostatecznie rozwinięta (!), wymaga bowiem długiego okresu wegetacji i znacznych ilości ciepła”.[8]

Nie będę polemizował z opinią, czy produkcja kukurydzy jest „dostatecznie” rozwiniętą, skoro już raz stwierdziłem, że dostatecznie rozwinięta jest każda produkcja, która jest bez ceł rentowna. Nie będę też podejmował dyskusji, że dlatego trzeba ochraniać kukurydzę, że jej uprawa zajmuje dużo rąk roboczych. Tę kwestię rozpatrzę gdzie indziej. Ministerstwo rol­nictwa znalazło jeden poważniejszy argument, ten, że dowóz ku­kurydzy, która może w konsumpcji zastępować inne zboża, grozi konkurencją tym zbożom; to też konkluduje: „Jak widać z po­wyższego, cło przywozowe od kukurydzy stanowi nieodzowne ogniwo w łańcuchu zbożowej ochrony celnej”.

Ta sama argumentacja służy do uzasadnienia ceł na prze­twory zbożowe. „Cło na mąkę żytnią musi być podniesione, bowiem taryfa celna nie może być tak skonstruowana, aby mąka opłacała cło niższe, aniżeli żyto”.

Tak więc Ministerstwo rolnictwa rozciągnęło swój „łańcuch” ochrony celnej na wszystkie działy produkcji zbożowej. W swoim zakresie pozornie miało rację. Tylko nie mieli racji ci kierow­nicy naszej gospodarki, którym się zdawało, że ten łańcuch raz puszczony, w ruch może się zatrzymać. Bo myli się każdy, kto przypuszcza, że podwyżka ceł nie przynosi z kolei krzywdy przemysłowi. Cła na zboże, to bowiem z jednej strony zwyżka cen pożywienia, więc zwyżka płac robotniczych, z drugiej zaś strony – to zmniejszenie popytu na produkty przemysłowe. Dlatego Ministerstwo przemysłu, jeżeli już godzi się na zwyżki ceł płodów rolnych, to brnąc dalej w protekcjonizm, powinno zastosować i do działów pozostających pod jego opieką rozu­mowanie Ministerstwa rolnictwa. Powinno powiedzieć tak: „przy podniesieniu ochrony celnej na zboża, a utrzymaniu daw­nego poziomu ceł na produkty przemysłowe, łatwo mógłby się załamać stosunek opłacalności wytworów przemysłu, co grozi­łoby zmniejszeniem produkcji przemysłowej”. To byłoby kon­sekwentne i byłoby zarazem doprowadzeniem ideologii pro­tekcji do zupełnego absurdu.

Jeżeli bowiem minister rolnictwa, kompromisowo usposo­biony, przyjmie to rozumowanie, to eo ipso anuluje dobrodziej­stwa dotychczasowej podwyżki ceł na produkty rolnictwa i cała operacja zacząć się powinna da capo. Ministerstwo rolnictwa raz jeszcze wprowadzi zwyżkę ceł rolniczych, a Ministerstwo przemysłu zażąda znowu zwyżki ceł przemysłowych. „Łańcuch ochrony celnej” zamienił się w błędne koło.

Ta wyimaginowana licytacja dwóch urzędów nie jest tak odległa od życia, jakby się to mogło wydawać. Oto fakt auten­tyczny: dla poparcia przemysłu chemicznego wprowadzono w Polsce cła na barwiki, używane do barwienia przędzy. Przę­dza barwiona była wolna od cła. Farbowanie było tańsze za­granicą. Tkalnie zaczęły sprowadzać, zamiast niefarbowanej przędzy, przędzę barwioną. Farbiarnie postanowiły domagać się od rządu cła na przędzę barwioną. Delegacja wyjechała do War­szawy – nie wiem z jakim skutkiem. Jeżeli skutek był po­myślny, to co za wskazanie wynika zeń dla tkalni? Zażądają one oczywiście podwyżki ceł na tkaniny, dawny bowiem po­ziom ceł nie uchroni ich od konkurencji zagranicznej. Błędne koło puszczono w ruch. Czy nie ma z niego wyjścia?

Wyjście jest proste, jasne, bliskie, ale w jednym tylko kierunku. Trzeba całe koło zahamować i cofnąć wstecz. Trzeba zrozumieć rzecz oczywistą, że cło, uprzywilejowując jedną gałąź produkcji, szkodzi tym samem drugiej w wyższym stopniu. Nie­którzy przedsiębiorcy zdają sobie z tego sprawę. Papiernie skarżą się, że cierpią na cłach, nakładanych na import, po­trzebnych im surowców.[9]

Warszawski fabrykant budzików sprzeda je po 50 złotych. W Niemczech wyrabiają takie same w cenie 30 złotych. Dla­czego ta różnica? Z dwóch powodów: najpierw bo cła na czę­ści składowe budzika podnoszą koszta produkcji i po drugie: bo budzika, którego koszt produkcji jest tak duży, nie można eksportować. Nie wytrzyma on na zagranicznym rynku kon­kurencji z tańszą produkcją niemiecką. Fabryczka jest więc skazana tylko na małochłonny rynek polski. Stąd nie może przejść do produkcji masowej i obniżyć swoich kosztów gene­ralnych.

Tu jest właśnie punctum saliens. Ten punkt widzenia po­winni przemyśleć do końca i przyjąć kierownicy naszego życia gospodarczego. Nasze „sfery gospodarcze” powinny również zrozumieć, że nawet patrząc tylko na bezpośredni swój interes, podnieść mogą rentowność swoich warsztatów pewniej i trwa­łej, gdy się będą domagać zniżki ceł swoich kontrahentów, aniżeli domagając się zwyżki ceł na swoje wytwory. Rolnicy nie powinni domagać się zwyżki ceł rolniczych, ale obniżki ceł na wyroby przemysłu. Zarobią na tym podwójnie: będą mieli tańsze maszyny, narzędzia, nawozy – to pierwsze, i rozszerzą swój rynek zbytu, bo konsument ich produktów kupi więcej jaj, masła, słoniny – jeśli będzie mniej płacił za ubranie, ka­pelusz, buty, herbatę czy książkę.

W Polsce stosujemy ochronę celną wszystkich gałęzi pro­dukcji. Jest to tzw. „Solidarzollschutz”, który wymyślił Bismarck w roku 1878, łudząc się, że pogodzi w ten sposób „sprzeczne” interesy różnych grup ludności. Z punktu widze­nia taktyki politycznej miał zapewne rację, skoro dotychczas ludzkość daje się mamić tym widziadłem. Dla ekonomisty jed­nak ta koncepcja jest tylko dowodem, że geniusz polityczny nie może zastąpić braku ekonomicznego „przeszkolenia”.

Ochrona celna jednostronna, chroniąca tylko ten lub ów dział produkcji, prowadzi do celu gospodarczo błędnego, bo zmniejsza dochód społeczny. Ale ten cel (który może być ważny z innych względów) pozwala przynajmniej osiągnąć. Przy po­mocy jednostronnych ceł można w określonym kierunku prze­budować życie gospodarcze, przesunąć pracę i kapitały z jednej gałęzi produkcji do drugiej. Można np. rozszerzyć produkcję przemysłową, ograniczając zarazem rolniczą, lub odwrotnie. Wprowadzenie natomiast ceł na wszystkie produkty nie pro­wadzi do żadnego celu.[10] Jego wynikiem jest tylko i wyłącznie zmniejszenie bogactwa kraju.

Że tak jest istotnie, wynika z najprostszego rachunku. Wprowadzenie ceł jest podniesieniem ceny towaru oclonego. Jeżeli wprowadzimy cła na wszystkie towary, to wszystkie ceny muszą wzrosnąć. Przy tej samej co uprzednio ilości pie­niądza może to nastąpić tylko dzięki zmniejszeniu się ilości towarów. Wytłumaczeniem zaś, dlaczego ilość towarów się zmniejsza po wprowadzeniu ceł, jest stwierdzenie faktu, że praca i kapitał pracują pod wpływem ceł w dziedzinach, gdzie ich wydajność jest mniejsza, a przepływają tam z działów, w których wydajność ich jest większa, ale których rentowność została przez cła poderwana. Przy „solidarnej ochronie celnej” nikt na tym nie zyskuje. Przeciwnie, wszyscy tracą. Jeżeli bo­wiem drożeją produkty a, b, c, d, toć oczywiście to, co kon­sument nadpłaci na a, musi odjąć od zakupu b, c, czy d. Zmniejszeniu produkcji odpowiada więc dotkliwe ścieśnienie rynku wewnętrznego.

Jakież są rozmiary ciężaru celnego w Polsce? Suma opła­canych rocznie ceł przekracza cyfrę 400 milionów. To jest wielkość obciążenia, jaką płaci obywatel polski, dopłacając na każdym towarze zagranicznym sumę równą cłu. Ale to nie jest cała strata, jaką ponosi gospodarka społeczna dzięki naszej po­lityce celnej. Bo jeżeli przyjmiemy, że ta nadwyżka ceny towaru zagranicznego równa się w przecięciu 25% jego ceny, to tyleż tj. 25% dopłaca konsument na każdym towarze, na który rozciągnięto cło, wyrobionym w kraju. Prawda – zarabiają na tym krajowi producenci towarów oclonych. Ale zarabiają ko­sztem innych współobywateli. Gdyby cła znieść, straciliby nie w całości, ale częściowo, te zarobki wyciągane z kieszeni swoich odbiorców. Zarobiliby na tym odbiorcy. Czy to byłoby tylko zrównoważenie straty producentów? Czy tylko przesunięcie z kieszeni do kieszeni? Nie! Bo prócz zysku, płynącego z po­tanienia nabywanych towarów, mogliby ci odbiorcy rozszerzyć swoją produkcję w innych działach. Produkcję rzeczywiście zdolną do konkurencji z zagranicą. Produkcję rentowną na­prawdę, której rentowność nie płynie z kieszeni odbiorcy, ale z właściwego, wydajnego zastosowania pracy i kapitału. Po­większyłby się przywóz towarów zagranicznych. Tak. Ale ten przywóz może się powiększyć tylko wówczas, jeżeli podniesie się eksport produktów polskich, tych mianowicie, w zakresie wytwarzania których Polska ma bezwzględną lub względną (w znaczeniu Ricarda) przewagę.

Nastąpią dwa skutki: 1) gospodarka w Polsce wyspecjali­zuje się, 2) produkcja wzrośnie. To wszystko wyrazi się w zwyżce dochodu netto.

Wyobraźmy sobie odwrotną politykę. Cła podnosi się do 50% wartości towarów importowanych. Przywóz się zmniejszy. Zmniejszy się oczywiście i wywóz, bo nasi dotychczasowi do­stawcy zagraniczni, nie mając możności eksportowania do Pol­ski, nie będą w możności kupować nasze towary. Jak prze­kształci, się produkcja w Polsce? Powstaną nowe warsztaty pracy, które przy cłach 25% nie mogły się kalkulować. Ale zarazem zmniejszyć się musi produkcja warsztatów dotychcza­sowych. Powstaną warsztaty, które produkować będą towary, zużywając więcej godzin pracy i kapitału, aniżeli te sumy pracy i kapitału, jakie trzeba było poświęcić dotychczas, by towar z za­granicy kupić. Ograniczą zaś swoją produkcję te działy produkcji, które nie mogły wprawdzie konkurować z zagranicą bez ceł, ale wytrzymywały konkurencję już przy cłach 25%. Nastąpi wybitne pogorszenie strukturalne produkcji, to znaczy, że ta sama ilość pracy i kapitału da nam mniej dóbr i mniej dochodu netto.

Każdy, kto zda sobie sprawę z tych konsekwencji: 1) znie­sienia ceł, 2) podwojenia ceł, musi wydać wyrok potępiający na naszą politykę celną.

Urzeczywistnienie w tym punkcie polityki liberalnej napo­tyka oczywiście na duże przeszkody praktyczne. Wszyscy w Polsce domagają się ceł. Sfery gospodarcze, w źle zrozumia­nym i na krótką metę obliczonym interesie własnym, sfery oficjalne, ze względów źle zrozumianego interesu narodowego.

P. Andrzej Wierzbicki w dyskusjach o etatyzmie u ks. Ja­nusza Radziwiłła przytaczał szereg dowodów sprawności na­szego przemysłu i dzielności jego organizatorów. Przemysł pol­ski, zdaniem p. Wierzbickiego a) wykorzystał inflację i rozbu­dował się dzięki niej, b) wykorzystał wynikłą z inflacji premię celną i zdobył nowe rynki, c) wykorzystał wojnę celną z Niem­cami, stwarzając nowe gałęzie produkcji.

Nie wątpiłem nigdy o przedsiębiorczości i zdolnościach twórczych naszych wodzów przemysłu. Argumenty p. Wierzbi­ckiego są przekonywujące. Skoro zaś tak jest, to może by tak zgodziły się sfery reprezentujące nasz przemysł na zniżkę ceł? Nie wydaje mi się, bym dostał na to pytanie przychylną i uprzejmą odpowiedź.

Konieczność zniżki ceł poruszyłem rok temu w odczycie pt. „Przemysł a rolnictwo”, jaki miałem w Łodzi. Punkt ten został surowo skrytykowany w recenzjach z mojego odczytu. Uznano za niewczesny pomysł samo wymówienie tego brzyd­kiego słowa.

A jednak nie apelowałem, ani nie apeluję do ofiar, do patriotyzmu przemysłowców. Apeluję tylko do zrozumienia, że albo cła nie podnoszą cen – to są bezskuteczne, albo je pod­noszą, a w takim razie konsument, który zapłaci drożej za ubranie i kapelusz i buty i pług i nawóz sztuczny, musi każ­dego z tych produktów kupić mniej.

Żaden przemysłowiec zatem nie może być zainteresowany w ochronie celnej przemysłu jako całości. Oclenie wyłącznie produktów jego gałęzi mogłoby mu (na krótszą metę) przyno­sić korzyści, ale jasne jest, że rezultatem żądania podwyższe­nia czy utrzymania ochrony celnej gałęzi A będą żądania utrzymania ochrony gałęzi B, C, D, N. To zaś wszystkie korzyści – raz jeszcze powtarzam – anuluje.

Będę zapewne okrzyczany jako przeciwnik przemysłu, a zwolennik programu Polski agrarnej. Nie. Nie jestem zwo­lennikiem takiego programu. To rozróżnianie w ogóle dla mnie nie istnieje. Jestem zwolennikiem każdej produkcji, która ma naturalne warunki opłacalności. Nikt chyba nie zaryzykuje absurdalnego twierdzenia, że właśnie jedyna Polska nie ma warunków do bezwzględnej lub względnej przewagi w żad­nej gałęzi produkcji.

Nie jestem przeciwnikiem uprzemysłowienia Polski. Jestem natomiast zdecydowanym przeciwnikiem sztucznego uprze­mysławiania Polski, bo prowadzi ono do zubożenia społeczeństwa.

Węgiel i oparty na nim przemysł chemiczny, produkcja narzędzi rolniczych, produkcja niższych sort włókienniczych, produkcja wszystkich towarów, w których wytwarzaniu praca ludzka gra dużą rolę – ma w Polsce wybitnie korzystne wa­runki i ma widoki wielkiego rozwoju. Chwilowo hamuje ten rozwój ciężar świadczeń publicznych i ochrona celna innych chorowitych gałęzi.

Polska jest „jedną wielką kasą chorych”, jak słusznie po­wiedział p. St. Wyrobisz.[11] Z tym trzeba zerwać. Przemysł musi się przebudować. Gałęzie, hodowane w warunkach cieplarnia­nych, powinny się zlikwidować. Wówczas, z nadwyżką, opłaci to rozwój gałęzi zdrowych. Rozwinie się przemysł i rozkwitnie rolnictwo. Samo życie wskaże kierunki rozwoju i proporcje, w których poszczególne działy będą się mogły rozwinąć.

Dopiero taka naturalna struktura produkcji podniesie do­chód netto społeczeństwa, umożliwi kapitalizację i usunie bez­robocie. Taka struktura rozwinie się jednak dopiero z chwilą przejścia do wolnego handlu. Uważam przejście do liberalizmu w tej dziedzinie, za zasadniczy i nie cierpiący zwłoki postulat.

Nie wynika stąd, bym doradzał zmieniać nastawienie na­szej polityki w sposób rewolucyjny. Pamiętam o losie Turgot’a, którego kryzys, jaki wynikł po jego liberalnych zarządzeniach, naraził na klęskę polityczną i nienawiść współczesnych. Pierw­szą zasadą wprowadzenia liberalizmu w Polsce musi być oględna i ostrożna stopniowość.

 

*

 

Tutaj dopiero dochodzę do odpowiedzi na pytanie: jak wprowadzić liberalizm?

Mamy na szczęście w Polsce konkretny przykład przejścia do względnego liberalizmu w dziedzinie, która w swoim czasie uległa najdalej idącej reglamentacji. Myślę o ochronie lokato­rów. Wydawała się ona niegdyś węzłem gordyjskim. Zdawało się wielu, że zezwolenie na zwyżkę czynszów doprowadzi do katastrofy. Tysiące rodzin znajdzie się na bruku. Skąd bowiem znajdą pieniądze na opłacanie podwyższonych czynszów, które uprzednio w praktyce spadły do zera? Wszak mówiono: urzęd­nicy, robotnicy itd. wydają co do grosza swoje nędzne do­chody na pożywienie, opał, ubranie.

Ten sam charakter, ale znacznie ostrzejszą formę, dzięki zaciągnięciu się ochrony na dłuższy termin, miała sprawa ta w Austrii. Wyjście, które znaleziono w Polsce, okazało się wcale szczęśliwe. Dochody lokatorów, ich repartycja na inne potrzeby dostosowała się automatycznie do stopniowej zwyżki czynszu. Można twierdzić na pewno, że dzięki temu jesteśmy dziś w lepszym położeniu pod względem sprawy mieszkanio­wej, aniżeli bylibyśmy, gdybyśmy na tę drogę nie weszli, mimo, że nie urzeczywistniliśmy jeszcze w pełni liberalizmu w tej dziedzinie.

Tę samą metodę należy zastosować do innych dziedzin ży­cia gospodarczego. Reglamentację, interwencję, etatyzm należy usuwać stopniowo, ale bez wahań i bez cofania się w tej akcji.

Niekonsekwencje naszej dotychczasowej polityki były bez­pośrednio niesłychanie szkodliwe, bo prowadziły do sprzecz­ności, do rozwoju skrzywionego, do anormalności. Ale te nie­konsekwencje właśnie, ułatwiają nam wyjście ze ślepej ulicy etatyzmu. Możemy bowiem postępować drogą ekwiwalentów.

Przejrzyjmy raz jeszcze punkty, które domagają się na­prawy, zanim uskutecznimy maksymalny program, już przy realizacji jego stadiów wstępnych.

1. Można utrzymać dotychczasowe dochody państwa, a zmniejszyć ciężar podatków, pod warunkiem równoczesnego skomercjalizowania faktycznego, sprzedaży lub wydzierżawienia większości przedsiębiorstw państwowych. To bowiem pozwoli nam rozszerzyć podstawę podatkową.

  1. Można zmniejszyć stopę obciążeń na cele świadczeń społecznych, jeżeli potrafimy bardziej bezpośrednio je wyko­rzystywać.
  2. Można obniżyć cła przemysłowe, przy równoczesnym obniżeniu ceł na ziemiopłody.
  3. Obniżka ceł, które są dotkliwe dla ludności uboższej, po­zwoli zarazem przenieść część ciężaru podatkowego na szerokie masy, dotychczas niemal nieopodatkowane.
  4. Większa obniżka ceł przemysłowych może być zrówno­ważona przeniesieniem części ciężaru podatkowego z przemy­słu na rolnictwo.

Czytelnikowi może się nasunąć raz jeszcze wątpliwość, czy te wszystkie zmiany nie będą bezowocne. Twierdzę, że nie będą bezowocne. Na każdym takim przesunięciu osiągamy korzyść całego społeczeństwa. Zespół tych zmian podniesie niewątpliwie znacznie nasz dochód netto.

Podawałem poprzednio szereg przykładów błędnego koła i rosnącej jak lawina ingerencji państwowej. Była ona zawsze zmniejszaniem dochodu społecznego. Wynikała zaś ze sprzecz­ności założeń. Dwa założenia były u podstawy tej fałszywej polityki: 1) uznanie zasady opłacalności (rentowności), 2) sztuczne pielęgnowanie rentowności.

Sprzeczność oczywista polega tu na tym, że produkcja na­prawdę rentowna sztucznej pielęgnacji nie potrzebuje. Sztuczna zaś pielęgnacja rentowności jednego warsztatu, jest tym samem zmniejszaniem rentowności drugiego. Dlatego to bezustannie w naszej polityce wykonujemy jeden krok naprzód i dwa w tył. Cła na przemysł powodują wprowadzenie ceł na ziemiopłody. Ale ich wprowadzenie cofa nas do punktu wyjścia.

Nie wolno prześlepić, że do tego punktu wyjścia (tj. daw­nego stosunku opłacalności przemysłu i rolnictwa) wracamy na innym, niższym poziomie. Wracamy: zacieśniając bezustannie podstawę podatkową, zmniejszając rynek zbytu dla produkcji, ścieśniając rynek pracy, ograniczając handel zagra­niczny itd. itd.

Każde lekarstwo wywołuje pewne niekorzystne reakcje, Można te reakcje zneutralizować, stosując antidotum.

Wyobraźmy sobie jednak lekarza, który dla pobudzenia akcji serca zaordynuje choremu kofeinę, dla przeciwdziałania jednak bezsenności (jako skutku kofeiny) wstrzyknie pacjen­towi morfinę. By zaś pacjent nie stał się morfinistą, zastosuje mu – skuteczną podobno w takich wypadkach – „karę cielesną”. Pacjent dostał lekarstwo na wszystkie dolegliwości. Powi­nien być zdrowy na serce, dobrze sypiać i nie zostać morfinistą. Zapewne tak będzie, jeżeli tymczasem ducha nie wyzionie. Oto jest obraz błędnego koła, w jakie nas wciągnęła fał­szywa w założeniu polityka ekonomiczna. Trzeba zdać sobie sprawę, że jest z tego błędnego koła, z tego labiryntu, z tej sieci nonsensów wyjście. Trzeba zarazem pamiętać, że to wyj­ście prowadzi tylko w jednym kierunku. Kierunek ten wska­kuje busola ekonomisty: jest nim możliwe zwiększenie dochodu netto społeczeństwa.

Ktokolwiek o tym celu zapomni i będzie dążył do wysta­wienia jeszcze jednej fabryki, jeszcze nowych domów mieszkal­nych, poprawienia losu warstwy pracującej, albo ulżenia rol­nictwu, albo pomożenia przemysłowi, wbrew tej zasadzie i ko­sztem dochodu netto, ten musi zaplątać się z powrotem w sieci etatyzmu i interwencji. A wówczas nie osiągnie żadnego ze swoich celów: nie będzie w Polsce domów mieszkalnych, fabryk, dobrobytu warstwy robotniczej, pomyślnego prosperowania rolnictwa, rozkwitu przemysłu, jeśli nie będzie dochodów i kapi­talizacji.

Gwarantuje je liberalizm gospodarczy, ale tylko liberalizm. Postulat liberalizmu wynika, z logiczną koniecznością, z uzna­nia zasady maximum dochodu netto za cel polityki ekono­micznej.

Dlatego każdy, kto chce walczyć z liberalizmem, musi zbić wpierw tę zasadę. Każda krytyka, która zasadę dochodu netto przyjmuje, a wysuwa ekonomiczne zastrzeżenia przeciw wprowadzeniu liberalizmu, jest godnym pożałowania nieporozu­mieniem. Ci zaś, którzy twierdzą, że z takich czy innych wzglę­dów polityka gospodarcza Polski nie może być zmieniona, po­noszą odpowiedzialność za jej nędzę, za niski poziom kultury i za pozostawanie coraz bardziej w tyle nie tylko w wyścigu pracy, ale i w wyścigu żelaza i w wyścigu krwi.

 

Adam Heydel (1893-1941), urodził się 6 XII 1899 r. w Gardzienicach k. Radomska. Studia prawnicze na Uniwersytecie Jagiellońskim zakończył doktoratem w 1922 r. Równolegle ze studiami, w latach 1919-21 pracował w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, a następnie poświęcił się karierze uniwersyteckiej, uzyskując w r. 1925 habilitację z ekonomii politycznej. Od 1927 r. wykładał na UJ ekonomię, a w 1929 r. został profesorem nadzwyczajnym. Prowadził również zajęcia w uniwersyteckiej Szkole Nauk Politycznych oraz w krakowskim Wyższym Studium Handlowym. Był zdecydowanym zwolennikiem liberalizmu ekonomicznego, natomiast politycznie związał się z umiarkowanym skrzydłem obozu narodowego. Ostro krytykował dominujący w polityce gospodarczej międzywojennej Polski etatyzm i interwencjonizm. W latach 1930-31 prezesował Klubowi Narodowemu w Krakowie. Za ostrą krytykę polityki władz sanacyjnych został w 1933 r. usunięty z katedry, na którą powrócił w 1937 r. Od 1934 r. był dyrektorem Instytutu Ekonomicznego PAU. W listopadzie 1939 r. został wraz z grupą profesorów UJ aresztowany przez Niemców i przez kilka miesięcy przebywał w obozie w Sachsenhausen. Zwolniono go w lutym 1940 r., ale w styczniu roku następnego ponownie uwięziono i skierowano do obozu w Oświęcimiu, gdzie zmarł 14 III 1941 r. Główne prace: Podstawowe zagadnienia ekonomii, 1925; Kapitalizm i socjalizm wobec etyki, 1927; Czy i jak wprowadzić liberalizm ekonomiczny?, 1931; Pojęcie produktywności, 1934; Teoria dochodu społecznego, 1935.

 


[1] Broszura ta powstała z odczytu w Tow. Ekonomistów w Warszawie w kwietniu 1930. Nie uwzględniam w niej problemów chwili, wynikłych z zaostrzającego się kryzysu.

[2] Rozumiem pod nią gospodarkę związków przymusowych.

[3] Streszczam to moje rozumowanie. Według p. P. Michalskiego podatki zabierają w Polsce 13,5% dochodu społ., we Francji 23,1%, w Anglii 21,3%, w Niemczech 26,6%. Polak przeciętnej zamożności wydaje ze swego budżetu

%         Anglik zaś %

na pożywienie......... 54,2............ 30,3

na mieszkanie......... 24,2............ 14,5

na odzież................... 9,2............ 14,3

na opał i światło........ 6,2.............. 3,1

na inne wydatki....... 10,2............ 36,8

Anglik więc, opłacając podatek z pozycji „wydatki inne”, zachowuje jeszcze około 15% z tej pozycji na wydatki kulturalne, luksusowe i kapitaliza­cję. Polakowi natomiast podatki zabierają całą tę pozycję i część pozycji wydatków niezbędnych. Obniżają w ten sposób konsumpcję poniżej kultural­nego minimum egzystencji i uniemożliwiają kapitalizację.

[4] Kraków 1928, wydawnictwo Ilustrowanego Kuriera Codziennego.

[5] Trzeba pamiętać, że według prof. Lulka suma dopłat ze skarbu nie obejmuje wydatków inwestycyjnych skarbu na przedsiębiorstwa niewyodrębnione, ani wydatków na pokrycie ich niedoborów, ani wydatków na wy­posażenie banków państwowych w potrzebne kapitały zakładowe, ani wreszcie wydatków na nabycie udziałów w przedsiębiorstwach prywatnych. Zdaniem prof. Lulka, wydatki te przekraczają sumę 500 miliona złotych: „Przedsiębior­stwa niemonopolowe, wzięte jako jedna całość, nie były więc dotych­czas dla skarbu źródłem dochodów, lecz dawały jedynie sposobność do lokowania pieniędzy podatkowych i pożyczkowych”. (op. cit.).

[6] Pomijam budowę szos.

[7] Teoretyczny artykuł p. Ivanki w czasopiśmie Droga, broniący tego zapatrywania, omawiam w Ruchu Prawniczym i Ekonomicznym.

[8] Nawiasem mówiąc, w ten sam sposób można by bronić tezy, że produkcja pomarańcz nie jest w Polsce „dostatecznie” rozwinięta.

[9] Porównaj Heydel: Refleksje o Wysławię poznańskiej.

[10] Porównaj Zweig: O programie gospodarczym Polski, str. 43—45.

[11] „Liberalizm czy etatyzm?” Wydawnictwa Tow. Ekonom. w Krakowie zeszyt XXXIII.

 

 


Start Klasycy o wolnym rynku i roli państwa w gospodarce Adam Heydel "Czy i jak wprowadzać liberalizm ekonomiczny?"