SPORY O KAPITALIZM

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Start Klasycy o wolnym rynku i roli państwa w gospodarce Józef Milewski, "O kwestii socjalnej"

Józef Milewski, "O kwestii socjalnej"

Email

Mowa na wiecu katolickim we Lwowie 7 lipca 1896

Zaszczycony wezwaniem przez Komitet, urządzający II wiec katolicki w naszym kraju, abym w tym dostojnym zgromadzeniu przemówił o kwestii socjalnej, podjąłem się ostatecznie tego zadania, ale nie bez wahania i nie bez zastrzeżeń. Nie bez wahania, gdyż im bardziej doniosłe zagadnienie, im głębiej sięga ono podstaw bytu społeczeństwa, tym trudniej jest mówić o tym na uroczystym zebraniu, gdzie krótkość czasu i nieunikniony brak dyskusji wykluczają należyte, wnikające w całą istotę przedmiotu przedstawienie rzeczy; toteż zastrzec się muszę na wstępie, że w dzisiejszym przemówieniu nie mam bynajmniej ani możności, ani zamiaru wszechstronnego omówienia kwestii socjalnej, ale raczej wypadnie mi ograniczyć się do uwydatnienia zaledwie kilku jej rysów, podniesienia jednej jej strony.

A uczyniwszy to zastrzeżenie osobiste, wypada mi dalej zaznaczyć, że komitet wiecowy niewątpliwie słusznie uczynił, żądając, aby tak w sekcjach, jak na uroczystych zebraniach tego wiecu tematy z dziedziny kwestii socjalnej ważne zajęły miejsce; kwestia ta bowiem jak w innych społeczeństwach, tak i u nas, pomimo tak licznych różnic gospodarczych, jakie między nami a Zachodem istnieją, coraz to silniej się zaznacza; niejedno zjawisko ujemne dowodzi, że i u nas ogólne położenie społeczne, szczególnie położenie warstw słabszych, całej pracy zawisłej, nie takie jest, jakie by być powinno dla ich dobra i dobra kraju, a istnienie tych zjawisk wytwarza grunt, na którym niesumienni agitatorzy, łudząc mniej wykształconych i mniej szczęśliwych światem zwodniczych obiecanek i nadziei, sieją ziarno nienawiści do całego ustroju społecznego, podważając i to, co w tym ustroju najważniejsze, zasługujące najbardziej na szacunek, co dla każdego najświętsze być powinno.

I nie z obawy przed tą agitacją, nie w imię klasowego interesu warstw posiadających, ani też z rzekomej niechęci do warstw chcących lepsze warunki bytu uzyskać, ale w imię miłości kraju i miłości bliźniego trzeba nam myśleć i radzić nad poprawą doli warstw słabszych, poprawą bytu krajowej pracy, nad ogólną poprawą stosunków społecznych, trzeba nam stawić czoło przewrotowej agitacji, bo ona, wstrzymując i opóźniając normalny rozwój reform koniecznych, bardziej jeszcze jest zgubna dla tych, co agitacji unieść się dają, co są rzekomo obiektami jej troski, aniżeli dla tych, przeciw którym się zwraca.

A chcąc stawić czoło niebezpieczeństwom przez stosunki i przez agitację wytworzonym, nie dosyć będzie znać tylko objawy złego i te objawy uchylać, na to trzeba sięgnąć do źródła, tam zbadać jego istotę, jego przyczyny, tam je usuwać. Gdyby nam się powiodło, u źródła zbadawszy, ograniczyć ujemny wpływ przyczyn kwestii socjalnej, to wtedy, ale też tylko wtedy, pokolenie nasze spełni swe zadanie, wtedy jedynie zstąpić zdoła do grobu z przekonaniem, że jego epoka nie poszła na marne, jedynie wtedy będzie mieć prawo o sobie w dodatnim znaczeniu powiedzieć: non omnis moriar1.

Jaka jest istota kwestii socjalnej i gdzie jej źródło, o tym różni różnie się wyrażali; nam tu wystarczy zaznaczyć, że kwestia ta w ściślejszym znaczeniu jest wyrazem niezadawalającego położenia warstw pracujących, przede wszystkim pracy zawisłej, jest dalej wyrazem wynikających stąd usiłowań, aby dla tychże warstw inne, lepsze, trwalsze warunki bytu zapewnić, aniżeli to uczyniła liberalna organizacja gospodarstwa społecznego, jaka w ciągu XIX wieku zapanowała w ustawach i w życiu wszystkich społeczeństw europejskich.

W organizacji tej uznano dobry byt jednostki za cel, zaś zupełną wolność gospodarczą za jedynie właściwy środek i drogę do tego celu. Minione wieki przekazały cały szereg szczegółowych przepisów, obowiązujących ściśle pracę na roli czy przy warsztacie; niejeden z tych przepisów okazał się przestarzały już skutkiem postępów techniki przemysłowej, w jakie obfitował i koniec zeszłego wieku, i wiek obecny; niejeden z tych przepisów krępował wszelką śmielszą inicjatywę, był hamulcem postępu gospodarczego, zaporą dla silnych jednostek przed wzbiciem się w górę. Wszystkie te przepisy stały się przedmiotem ostrej krytyki, tym bardziej stanowczej, że równocześnie i w dziedzinie politycznej bezwzględna krytyka żądała reform stanowczych, przejścia do porządku dziennego nad historycznie wytworzonym ustrojem; dla tej krytyki przedstawiały się owe przepisy i statuty jako więzy gniotące, stojące na zawadzie tak dla dobrobytu, jak dla sprawiedliwości, w imię której bytu podług pracy żądano, a gdy ich niejednokrotnie broniono hasłami dobra społecznego, nie dziw, że zerwała się opozycja, idąca do walki w imię dobra każdej jednostki, w imię dobra człowieka, żądająca dla tej jednostki zupełnej wolności gospodarczej, żądająca uchylenia wszelkich dawnych przepisów, co wolność gospodarczą jednostki krępowały, co jej pracy, jej inicjatywie, jej postępowi stały na zawadzie.

Dziwną zaiste linią toczy się postęp ludzkości. Jakąkolwiek dziedzinę badamy, widzimy tam w ciągu wieków zboczenia, skrajności w jednym i drugim kierunku, tezę i antytezę, zmieniające się kolejno w panowaniu, dopóki z tej walki po pracy i życiu pokoleń synteza dalszego prawidłowego rozwoju zwycięsko się nie wyłoni. Tak i co do zasad organizacji gospodarczej widzimy w ciągu wieków w teorii umiejętnej, w życiu, w ustawach walkę dwóch sprzecznych stanowisk i poglądów zasadniczych, dotyczących mianowicie tego, czy jednostka, czy społeczeństwo mają być punktem wyjścia i celem organizacji gospodarczej, czy sferę praw jednostki podług potrzeb społeczeństwa, czy też sferę praw społeczeństwa podług interesów jednostki wyznaczyć należy. Jednostronny rozwój tej organizacji w tym czy owym kierunku, z wyłącznym uznaniem i stosowaniem jednej tylko zasady, jest w obu wypadkach zgubny dla społecznego rozwoju. Bo kto w imię dobra społecznego zechce odmówić jednostce wszelkich praw swobodnego rozrządzania, zdegraduje ją tylko do funkcji narzędzia, pozbawionego zupełnie swobody decyzji, skrępowanego w objawach wolnej woli, ten wytworzy martwotę życia, zastój, cofanie społeczeństwa, bo tylko silne indywidualności, a takie tylko swoboda wytwarza, są istotną dźwignią postępu społeczeństw. I religia nasza nie godzi się też na takie stanowisko, gdzie by człowiek, wyzuty z wszelkich celów osobistych, miał być tylko środkiem, narzędziem działania. Ale równie zgubne i równie sprzeczne z religią jest to, gdy jednostka tylko siebie za cel całego działania uważa, gdy bezwzględny egoizm pocznie toczyć i trawić uczucia społeczne, gdy ludzie zapomną o pietas, którą winno się i rodzinie, i bliźnim, i ojczyźnie. Wtedy niknie pokój życia, niknie uczciwość uczuć i poczucie obowiązków społecznych, walka o byt przybiera rozmiary i kształty wprost groźne dla społeczeństwa.

Kwestia społeczna XIX wieku jasno tego dowodzi, jak zgubna jest jednostronność organizacji. Indywidualizm był reakcją przeciw dawnej, zbyt krępującej jednostkę organizacji, ale reakcja ta, zrozumiała jako antyteza w dziejowym rozwoju, poszła w jednostronności swej za daleko i dlatego doprowadziła do pojawienia się kwestii socjalnej. Kwestia ta wynikła z organizacji gospodarczej naszego wieku, tej organizacji, której wolność jest podstawą i zasadą, która podług przypuszczeń, twierdzeń i nadziei pierwszych jej obrońców i zwolenników w teorii, a twórców w życiu, miała przynieść każdej jednostce w społeczeństwie największą sumę dobra i zadowolenia, miała przez to stać się w całym znaczeniu organizacją sprawiedliwą, zapewniającą każdemu rezultat w miarę jego wysiłków i umiejętności pracy. Każdemu dozwolono zarabiać, jak chce, pracować, ile chce, działać, gdzie chce, i myślano, że kto dorobi się, to dzięki własnej zasłudze, kto dobrego bytu nie znajdzie, to tylko przez własną winę.

Do optymistycznych tych twierdzeń i nadziei doszli pierwsi szermierze bezwzględnej wolności gospodarczej na podstawie hipotezy, że wszyscy ludzie równie silni stają do walki o byt, równie skutecznie umieją pracować, równie dobrze rozumieją swe gospodarcze interesy, wreszcie równie usilnie starają się o zysk i w gospodarczej pracy tylko o zysk własny dbają. Te hipotezy mają do dziś swe wielkie znaczenie metodyczne dla czystej teorii ekonomii, tam, gdzie uczonemu chodzi o zrozumienie istoty zjawisk ekonomicznych, o ich związek przyczynowy, gdzie chodzi o stwierdzenie prawidłowości i następstwa; tam one są uprawnione, tam są nawet konieczne – ale w życiu się one nie sprawdzają, a kto chce normy prawne stawiać dla życia, ten nie podług oderwanych hipotez, lecz podług prawdy życia te normy obmyśleć powinien. Ludzie są równi wobec Boga, równi wobec prawa, powinni się czuć równymi, bliźnimi wobec siebie, ale ludzie nie przychodzą na świat równo wyposażeni w fizyczne, materialne, moralne zasoby, nierówno silni stają do walki o byt. I dlatego też nie spełniły się i spełnić nie mogły różowe nadzieje, jakie przez długie lat dziesiątki z liberalną organizacją gospodarczą wiązano. A nadziejami tymi długo się łudzono. Jeszcze przed 40 laty pisano w Paryżu w poważnym wydawnictwie ekonomicznym, że mówienie o socjalizmie jest równe mowie pogrzebowej, jeszcze przed trzydziestu i coś laty świetny pisarz w Berlinie ogłosił rozprawę „o tak zwanej kwestii robotniczej”, uważając, że nie ma nad czym myśleć i radzić, bo wolność gospodarcza jest zrealizowana, a ona jest jedynym i jedynie uprawnionym lekarstwem na wszystkie gospodarcze cierpienia; latami całymi, o ile przyznawano nawet istnienie zła, to tłumaczono to stanem przejściowym, zbyt krótkim jeszcze trwaniem wolności gospodarczej, nieposunięciem jej konsekwencji do ostatnich granic; u nas jeszcze przed kilkunastu laty łudzono się mylnie, że dla zaognienia kwestii socjalnej, tej walki kapitału z pracą, nie ma pola, nie ma warunków, bo my kapitału, a zwłaszcza fabryk nie mamy, przy czym przeoczono, że to kwestia bytu, nie fabryk, ale właśnie ludzi, pracy, pracy zawisłej, zależnej w swym bycie od znalezienia zatrudnienia w cudzym gospodarstwie; przeoczono, że byt tej pracy pod wpływem ogólnych gospodarczych stosunków kraju, pod wpływem obcej konkurencji, panoszącej się skutkiem panowania ultraliberalnej polityki i organizacji ekonomicznej, jest twardy na dziś, jutra niepewny. Wszystkie te optymizmy, to zaprzeczanie istnieniu kwestii socjalnej należą też do przeszłości, tak jak do przeszłości należy w nauce stanowisko bezwzględnej wolności gospodarczej, naiwnej wiary w dostateczność owej jałowej zasady laissez-faire.

A jeżeli nie spełniły się owe nadzieje i przypuszczenia pierwszych twórców i obrońców liberalnego kierunku w ekonomii, jeżeli zamiast spodziewanego i obiecanego raju na ziemi kwestia socjalna wystąpiła w całej swej grozie, to złożyły się na to różne powody natury materialnej, technicznej, jak i natury moralnej, a między nimi także owa wspomniana już teoria egoizmu. Stosunki i teorie uchyliły nadzieje. Wolność gospodarcza stworzyła bezwzględną wolność konkurencji, wolność użycia wszystkich swych sił, wszystkich zabiegów i przebiegłości w walce o byt. Hipoteza równych sił nie sprawdziła się w życiu, owszem, społeczeństwo dzielić się poczęło coraz więcej na dwa wrogie, przeciwne sobie obozy, obóz kapitału i obóz pracy; posiadanie kapitału stało się warunkiem samodzielnej produkcji, praca znalazła się od razu w gorszym położeniu, okazała się mniej silna, bo dla niej warunkiem bytu jest znalezienie zatrudnienia i zarobku u kapitału, ona jest zależna w swym dobrobycie i swym bycie od popytu ze strony kapitału, od warunków, jakie kapitał jej postawi. A przypominając tu choć jednym słowem ów rewolucyjny zupełnie wpływ, jaki maszyny i nowe środki komunikacji miały dla całej produkcji i ogólnych warunków zbytu i bytu, przypominając tylko całą ową doniosłą kwestię krajowego, a zwłaszcza międzynarodowego współzawodnictwa między kapitałami, ową zaciętą walkę konkurencyjną o utrzymanie się na targu, która zmuszała do obniżki kosztów produkcji nawet i przede wszystkim kosztem zarobku robotnika, która uszczuplała – zniżką zarobku i nieregularnością zatrudnienia – udział pracy w rezultatach produkcji, trzeba podnieść z naciskiem, że niestety owa hipoteza wyłącznej troski o byt, wyłącznej gonitwy za zyskiem, owa hipoteza egoizmu pod wpływem materialistycznych wyobrażeń przestała być teorią abstrakcyjnej ekonomii, stała się brutalną, cyniczną nieraz praktyką życia. Bezwzględność w walce o byt, chciwość nieuznająca zapory ani w religii, ani w obyczaju, ani w uczciwości, unikająca tylko kolizji z kodeksem karnym, brutalność w używaniu materialnej przewagi poczęły zuchwale podnosić głowę, niszcząc moralny dorobek i materialny dobrobyt społeczeństw, gromadząc szybko mienie często w ręku tych, co nie zawahali się per fas et nefas2, lichwą, krzywdą, oszustwem wydzierać innym ich mienie i ich zarobek. Niestety niejedna z wielkich fortun, które tak szybko powstały w XIX wieku, takie miała źródła, taką genezę. Ta bezwzględność i niesumienność nie zatrzymały się przed umową roboczą, owszem, przeróżne ankiety wykazały całe szeregi haniebnych nadużyć, prostych oszustw, nikczemnego wyzysku, a tylko podstępna stylizacja i podstępne wykonywanie chroniło te praktyki od kolizji z prokuratorem, ale ta podstępność daje tym smutniejsze świadectwo, że działano źle z całym zamiarem, z całą świadomością złego. Naturalnie, że byłoby przesadne, fałszywe, niezgodne z prawdą życia twierdzić czy przypuszczać, że wszędzie i we wszystkich stosunkach działy się takie nadużycia, że wszyscy przedsiębiorcy byli tacy źli, czy nawet wielu z nich; ale to pewne, że jeden fakt rażącej krzywdy zagłuszy wieść o licznych faktach uczciwych, jedna niesprawiedliwość więcej zaboli i rozgoryczy, niż szeregi szlachetnych uczynków, sumiennej obowiązkowości dobrego stworzą. Ta zła wieść idzie i zatruwa stosunki – tak było z pańszczyzną, tak z fabrykami: każde nadużycie spamiętano, każde wszystkim pisano na rachunek, w każdym tkwi niebezpieczeństwo, że swym brudnym zyskiem stanie się ono pokusą do naśladowania dla tych, co więcej z brzękiem złota niż z głosem sumienia liczyć się przywykli. I dlatego społeczeństwo nie może oszczędzać i tolerować wybryków jednostek, winno je karcić i karać natychmiast, winno je stawiać pod pręgierz opinii i nagany publicznej. Tu słabość jest zgubna, bo dozwala złu się krzewić. Społeczeństwa europejskie spóźniły się z prewencyjną i represyjną akcją, długie lat dziesiątki grzeszny wyzysk się panoszył, pustosząc moralne i materialne stosunki. O ile ustawy stawiały jeszcze zapory dla ultraegoistycznego działania, o tyle zażądano reformy tych ustaw, cywilnych i karnych, np. uchylenia ustawy o lichwie, a żądano i tych reform jeszcze w imię rzekomo wyłącznie zbawczej zasady wolności gospodarczej. Tylko że już tę wolność opierano nie na teorii prawa każdej jednostki, jak ją motywowali Grotius3 i pierwsi liberalni ekonomiści, lecz raczej na teorii siły, w hobbesowskim4 kierunku, w owym kierunku, co głosił, że homo homini lupus, co żądał wolności w interesie silnych, aby oni w bezwzględnej walce o byt żadnej nie znaleźli zapory, w owym kierunku, co nie zawahał się słabym odmówić miejsca przy stole tego żywota. I bez przesady, z pełnym uprawnieniem można było o ludziach, którzy najdalej poszli w tym kierunku, w teoriach głoszonych i w czynach dokonanych, powiedzieć, że z ich czynów, z ich życia, z ich słów wynika hasło: „sam sobie pomagaj, człowiecze, a jeżeli pomóc sobie nie zdołasz, to giń i bądź pognojem dla innych, co po tobie nastąpią”.

Takie wyniki prowokują do protestu i do opozycji. I nie zabrakło protestu. Podniosła go wiara, podniosła nauka, podniosła praca. Nasza wiara święta kazała nam kochać bliźniego, uznała za grzech wołający o pomstę do Boga zatrzymanie zapłaty sługom i robotnikom – i naukę tę głosi od dziewiętnastu wieków, nie czekała z nią na kwestię socjalną naszych czasów, tak samo jak uczyła nas uczynków miłosiernych co do duszy i ciała. Nam godzić się przeto nie wolno na teorię i politykę, co słabszych skazują na ucisk i zagładę, co ignorują poszanowanie praw bliźniego, poszanowanie innych nie tylko względów niż zysk pieniężny, co tylko silnym i bezwzględnym w rozszalałej walce o byt walne rokują zwycięstwo. A papież Leon XIII5 swą słynną encykliką Rerum novarum nałożył na nas obowiązek sumiennego zajęcia się kwestią socjalną, postawił sprawiedliwą reformę socjalną na porządku dziennym katolickiej myśli i katolickiego czynu.

Nauka musiała zaprotestować przeciwko fałszywemu stosowaniu hipotezy o równości walczących sił, zaprotestować przeciwko przemianie naukowej hipotezy egoizmu w brudną i brutalną maksymę życia. Nauka też zażądała zrównania szans pracy i kapitału w walce o byt przez stworzenie ochronnego ustawodawstwa dla pracy; nauka dalej, uznając całą doniosłość i zasługę liberalnych reform ekonomicznych, o ile one faktycznymi stosunkami były uzasadnione, uznając słuszność uchylenia dawnej, przestarzałej organizacji gospodarczego życia, musiała z drugiej strony zaznaczyć, że wśród nagich ruin dawnej organizacji, pod gołym niebem bezwzględnej wolności, wśród zimnych prądów egoizmu, przy zupełnym zatomizowaniu społeczeństwa nie można osiągnąć trwałego i pomyślnego rozwoju. Nauka uznała istnienie kwestii socjalnej pomimo i skutkiem wolności gospodarczej, a utrzymując tę wolność w zasadzie, wystąpiła z postulatem reorganizacji wszędzie tam, gdzie sama wolność okazała się niedostateczna; wystąpiła z całym szeregiem żądań reformy w polityce skarbowej, rolniczej, przemysłowej, kredytowej, handlowej, socjalnej, w ustawach i administracji, aby powstrzymać i karcić nieuczciwość, aby uchylić jednostronną przewagę kapitału, aby pracy dobre i trwałe warunki bytu zapewnić.

Praca wreszcie, której mówiono tyle o wolności, o równouprawnieniu, tyle o jej prawach, a nic o obowiązkach, przygnieciona w owych krajach, gdzie postęp techniczny i zmaterializowanie społeczeństwa najszybciej się rozwinęły, straszną i bezwzględną przewagą kapitału, podupadając – skutkiem biedy, nadmiaru pracy, nieregularności zarobku – fizycznie, moralnie, gospodarczo, poczęła wierzyć podszeptom agitatorów, że przy danej organizacji społecznej na lepsze jutro, na znośniejsze warunki bytu liczyć nie może, poczęła wierzyć, że na nic jej sławiona wolność, gdy ma przymus pracy na chleb, i to pracy zawisłej, na nic rzekomo równe prawo, gdy tylko siła zwycięża, gdy ta przewaga siły kapitału tak bezwzględnie dała jej się we znaki, gdy między życiem twardym i jutra niepewnym a prawami wolności, równości tak wielka istnieje sprzeczność, tak wielka różnica. A jak przed stu laty liberalny indywidualizm zażądał uchylenia całej dawnej różniczkującej organizacji gospodarczej, tak w naszych czasach skrajny socjalizm nie chce reform częściowych, które by zdolne były stopniowo zło umniejszać, on podważa i potępia całą dzisiejszą organizację, reformą się nie zadowala, zdąża do przewrotu, żąda rewolucji. Jest to więc atak i na wszystko dobre, i na wszystko rozumne, co jest istotną częścią współczesnej organizacji gospodarczej. A teoria egoizmu, co praktyką swą tak wielce przyczyniła się do pogorszenia faktycznych stosunków, jest wygodną sojuszniczką skrajnej agitacji. Do niej apelując, uczą masy, aby pamiętały tylko na swój materialny interes, tylko ten interes klasowy szanowały; na nią się powołując, rzucają pesymistyczne hasła, że w danych stosunkach praca na lepsze jutro liczyć nie może, bo kapitał, jako silniejszy, każdy postęp, każdą częściową reformę rzekomo zdoła obejść i egoistycznie wyzyska na swą wyłączną korzyść.

Ale gdy tak wiara, nauka i praca wykazują złe skutki bezwzględnego egoizmu, nie braknie równocześnie nieraz ze strony tzw. praktycznych ludzi głosu rzekomej obawy czy przestrogi, że kto zechce egoizm ograniczyć i przytępić, ten tym samym stępi i osłabi najdzielniejszy bodziec gospodarczej pracy, a wiedziony szlachetną chęcią poprawy społecznych stosunków, niebacznie je pogorszy, bo osłabiając bodziec pracy, zmniejszy produkcję dóbr, uszczupli stąd podstawę rozdziału dochodów, powstrzyma dobrobyt, pogorszy dolę społeczeństwa i kraju. – Mylne to przestrogi czy obawy. Nie egoizm, nie chciwość są czynnikami dobrobytu, nie one wzbogacą społeczeństwo.

Dobrobyt społeczeństwa to ważna rzecz; bo choć nie jest on celem, to jest podstawą społecznego bytu, on warunkiem i czynnikiem rozwoju ludzi, rodzin, kraju, stąd obowiązkiem każdego społeczeństwa jest uchylać to, co by rozwój dobrobytu wstrzymywało, wytworzyć faktyczne i prawne warunki, które by się stały czynnikami wzrostu i trwałości dobrobytu. Dobrobyt społeczeństwa na tym polega, aby produkcja kraju była znaczna i trwała, aby udział warstw pracujących w rezultatach tej produkcji był znaczny – kilku bogatych nie robi kraju bogatym – aby ten udział był przez rzetelną pracę trwale zapewniony, żeby dla szerokich kół ludu istniała możność kapitalizacji, uzbierane oszczędności stanowiły czynnik trwałej poprawy doli, a nie bywały zużywane periodycznie na pokrycie bieżących potrzeb w epoce niedostatecznego czy nieregularnego zarobku. Dobrobyt wzrasta, gdy potężnieją czynniki, na których on polega.

A czy egoizm, panując w umysłach i czynach, ułatwia wzmożenie tych czynników? Bynajmniej. Bezwzględny egoizm każe dbać tylko o własny interes, bezwzględna wolna konkurencja, której się on domagał i którą otrzymał był na czas pewien, ułatwiła silnym zwycięstwo nad słabymi, doprowadziła do koncentracji mienia w rękach niewielu, i to nie najlepszych, lecz tylko tzw. najsprytniejszych, a to oznacza zawsze jedynie wzbogacenie jednostek, nie wzbogacenie społeczeństwa. I u nas, za czasów dawnej Rzeczypospolitej, czy dziś, byłoby lepiej, gdyby każdy przy swych wydatkach, mianowicie osobistych, o tym pamiętał, by je czynić w kraju, by dać zarobek krajowej pracy, by zwiększyć zbyt krajowej produkcji, ją przez to wzmocnić i rozwinąć, a żeby nie było tak, że wielu, pod wpływem bezmyślnego egoizmu dla mody, czy dla zysku, obce przenosi wytwory i stąd tym swym egoizmem uboży kraj, jest hamulcem rozwoju produkcji i dobrobytu w kraju. Ale egoista też nie dba o to, jemu przecież tylko chodzi o siebie, a ta ciasnota interesu wytwarza ciasnotę myśli i uczucia. Egoista, chciwy, nie o tym myśli, jak zapobiegliwą pracą sumę dóbr powiększyć – to by było dorobkiem indywidualnym i społecznym – ale tylko, jak drugiemu dać najmniej, jak mu najwięcej odebrać, jak własne mienie kosztem drugiego powiększyć. Gdy jednak jeden drugiemu odbierze, to w tym nie ma korzyści społecznej; ta przemiana może – wyjątkowo – być obojętna dla społeczeństwa, przeważnie jest zgubna, szkodliwa dla społecznego dobrobytu, bo – jak wspomniano wyżej – ten, co zwycięża, jest silniejszy, ona więc zwykle osłabia ekonomicznie przede wszystkim średnie i niższe warstwy narodu, a przez to podcina społeczny dobrobyt.

Les bonnes affaires c’est l’argent des autres6, powiedziano raz cynicznie, a słowa te dobrą ilustracją, że egoizm nie jest dźwignią dobrobytu społecznego. Może go bronić ten, co dba tylko o własny interes, nie ten, kto pragnie dobrobytu kraju. Niech nas przeto nie łudzą i nie zwodzą obrońcy egoizmu argumentami rzekomego dobra społecznego. Kto zwalcza egoizm, kto żąda, aby troska o byt własny uszanowała granice etyki, uszanowała obowiązki wobec bliźnich i kraju, ten nie wstrzymuje gospodarczego rozwoju, owszem, ten właśnie staje na straży zdrowia ekonomicznych stosunków.

Najlżejszy zarobek, najstosowniejsze pole dla wyzysku, pole popisu dla egoizmu, przedstawia spekulacja giełdowa, ale ta spekulacja nie jest dźwignią, lecz ruiną dobrobytu. Wzbogaca ona na czas pewien – bez pracy i bez zasługi – nieliczne jednostki, ale wzbogaca kosztem zrujnowanych tysięcy. I nie dźwignie się, lecz podupadnie dobrobyt narodu tam, gdzie wolne kapitały przede wszystkim na spekulację giełdową idą, zamiast żeby idąc w przemysł, w górnictwo, na rolę, dźwignęły produkcję, dały korzystny zarobek narodowej pracy. I nie dźwigną się, lecz podupadną jednostki, rodziny, co gorączkową chęcią zysku gnane, mienie swe na spekulację oddają, niepomne słów Franklina, że trucicielem jest ten, kto wam powie, że inna droga, a nie praca i oszczędność, wiodą do dobrobytu.

Dogmat egoizmu dalej jeszcze sięgnął swym zgubnym wpływem. On za uzasadnione uznaje tylko działanie zmierzające do materialnej korzyści, do zysku lub użycia. A kto pójdzie za tym hasłem, ten umarł dla społeczeństwa, dla bliźnich, ten nie weźmie się nigdy do obywatelskiej pracy, bo to dlań nie warto; gorączkowa chęć zysku, materialne – wyuzdane nieraz – używanie, lenistwo w służbie publicznej wypełnią dni jego żywota. A dla zdrowia stosunków społecznych potrzeba wiele obywatelskiej pracy, nie tylko owej rozgłośnej w ciałach ustawodawczych, ale więcej jeszcze owej cichej, lokalnej, niedającej nic prócz poczucia sumiennego spełnienia obowiązków. A fizjokraci7 właśnie w tej obywatelskiej służbie widzieli legitymację i obronę wielkich majątków. I od tej powinności służby, dla której każdy tyle ma pola w stowarzyszeniach, w gminie, powiecie, kraju, nie zwalnia jałmużna czy składka choćby najhojniejsza, tu trzeba dać siebie, swą pracę, swą myśl, swe uczucie. „Kochaj i służ” – wyryto na nagrobku lorda Shaftesbury8, jednego z najpierwszych i najgorliwszych szermierzy reformy socjalnej w Anglii; te dwa słowa były dewizą jego życia, tak pełnego zasług, te dwa słowa to cały program obywatelskiej pracy. Smutny stan społeczeństwa, w którym pod wpływem egoizmu zanika poczucie obowiązku darmowej służby obywatelskiej, w którym w instytucjach przeznaczonych dla ogółu, czy dla warstw słabszych, przeważnie tylko te słabe warstwy czynny brałyby udział.

Na którąkolwiek dziedzinę życia, gospodarczą, moralną czy społeczną, rzuciliśmy okiem, tam wszędzie okazał się egoizm zgubnym, niedostatecznym. Ani nie powinien, ani nie może być on dewizą ani drogowskazem życia. Toteż wystąpić trzeba przeciw niemu, trzeba wytworzyć świadomość, że interes osobisty nie jest wyższy niż interes społeczeństwa, że prócz granic, jakie kodeks karny stawia, winny być znane i uszanowane granice religią, uczciwością, dobrym zwyczajem i obyczajem oraz uprawnionym interesem bliźniego wskazane.

Nie sam egoizm jednakże stał się przyczyną pojawienia się kwestii socjalnej. On ją zaostrzył, lecz jej nie wywołał. Niedostateczne byłoby przeto ograniczanie się tylko do akcji moralnej przytępiania egoizmu, krzewienia także w gospodarczym działaniu poczucia obowiązków altruistycznych. Aby złagodzić kwestię socjalną, potrzeba akcji szerokiej. Dla wykorzenienia lichwy, niszczącej głównie dobrobyt warstw słabszych, nie dosyć jest głosić i stwierdzać występność lichwy – tego głosu i tak wszyscy nie usłuchają; na to trzeba założyć instytucje pozytywne, co zdrowego kredytu potrzebującemu udzielą, potrzeba dobrej organizacji świadczeń charytatywnych, dobroczynności publicznej, aby dać bezprocentową pożyczkę czy zapomogę nieszczęśliwemu, potrzeba ustawy karnej, co ukarze lichwiarza. Niech to starczy za przykład, jak różnostronna winna być akcja, ile pozytywnej pracy potrzeba, aby przemieniać na lepsze gospodarcze i socjalne stosunki.

Nie stanąłem przed Dostojnym Zgromadzeniem z żadnym takim projektem pozytywnej ustawy czy instytucji, stanąłem jedynie z uwagami o zgubności egoizmu, toteż przypomina mi się owo krytyczne pytanie, jakie tak często – i czasem słusznie – nasze obrady publiczne w ogóle spotyka, jakim krytykowano i pierwszy wiec katolicki, jakim chciano i ten drugi wiec z góry skrytykować, owo pytanie: i co żeście zrobili? I na cóż przydały się wasze obrady? Z całym uszanowaniem, jakie mam dla każdej pracy, każdej akcji pozytywnej, śmiem jednak twierdzić, że i to pytanie, i zawarta w nim krytyka są nieuzasadnione. Stosunki gospodarcze, zjawiska gospodarcze są w znacznej mierze wypływem działania człowieka, a człowiek działa tak pod wpływem świata zewnętrznego, jak pod wpływem świata wewnętrznego, pod wpływem pobudek, uczuć i idei, którym hołduje. Nie brakło w ciągu XIX wieku czynników zdolnych i skłonnych podkopać w duszach ludzkich wszystkie szlachetniejsze popędy i uczucia, cynicznie drwiących z pracy, co zysku nie dawała, zwących marnym przesądem poszanowanie dla idei, co nie stawia pieniędzy na najpierwszym planie. I nie brakło ludzi, co nie chcąc czy nie śmiąc jawnie zerwać z religią, szanowali jej przykazania tylko w obrębie ściśle kościelnego życia, a w dziedzinie gospodarczej uznawali jedynie manchesterskie doktryny. Tu dla nich milkło sumienie, milkł katechizm, jedynie chęć zysku lekkiego była ich gwiazdą przewodnią. Tej negacji, tej destrukcji trzeba przeciwstawić afirmację, trzeba obojętnym, chwiejnym i nieśmiałym zwrócić uwagę na powierzchowność, jałowość, przewrotność owych doktryn materialistycznych, trzeba przypomnieć idee i obowiązki etyką chrześcijańską podyktowane, a z takiego posiewu, da Bóg, wyrosną zdrowe czyny.

A zwracając tu uwagę przede wszystkim na złe następstwa praktyki egoizmu, spotkać się łatwo mogę z pytaniem i powątpiewaniem: czy i u nas, tak jak w krajach, gdzie głoszono jawnie i długo manchesterskie doktryny, gdzie życie gospodarcze dużo dawniej i dużo silniejszym bije tętnem, zmaterializowanie społeczeństwa doszło aż do tego stopnia, żeby zabrakło ochoty do obywatelskiej służby, żeby było powodem pogarszania się stosunków, zaostrzania antagonizmów socjalnych? Nie jestem pesymistą, daleki jestem od tego, aby w czarnych kolorach stan kraju i stan umysłów przedstawiać; wiem, że i w ujemnych objawach więcej nieraz nieświadomość tego, co się godzi, powszednia niedbałość, aniżeli zła wola zawiniła; wiem, że w chacie i we dworze, na plebanii i przy warsztacie znajdziemy dużo uczciwej pracy, uczciwej chęci służenia krajowi i bliźnim, uczciwego obyczaju odnośnie do płacy i życia czeladzi; ale również wiem, że i u nas szerzy się ów materialistyczny indywidualizm, oceniający każdą sprawę wyłącznie z punktu widzenia własnej pieniężnej korzyści, mniej głośno tylko, mniej cynicznie, bo szkoła nieszczęść naszych przytępiła indywidualizm, przyuczyła uznawać obowiązki społeczne i narodowe, a przynajmniej nie dozwoliła jawnie ich się wypierać.

Jednak przyznając nawet – daj Boże, by tak było – że u nas nie ma sobkostwa, nie ma chciwości łaknącej cudzego mienia, wolno niemniej zapytać, czy dosyć pamiętamy o poprawie bytu pracy, czy pamiętamy o bliźnich niedoli? Przed laty niewielu czytałem gorzkie słowa sybirskiego wygnańca, który wspominając, jak go niegdyś w chłopięcych jego latach w rodzicielskim domu na Podlasiu matka modlić się wraz z czeladzią za nieszczęśliwych uczyła, z żalem i bólem zawołał:

„Panie mój! Mnie się wydaje, że lud nasz… nie staje już ze swymi sympatiami po stronie upośledzonych losem, ale skłania się przed złotym cielcem pomyślności doczesnej, oddaje hołd mędrcom bezdusznym…

Mnie się wydaje, że ręce czarne, spracowane, nie znaczą już tam piersi siermięgą okrytych znakiem krzyża w modlitwie za nieszczęśliwych, że każdy modli się tylko za pomyślność swoją…

Mnie się wydaje, że dzieci małe nie płaczą już tam nad niedolą niczyją i jeżeli zapłaczą kiedy, to nad swoją własną tylko”.

Niechaj każdy sumienia zapyta, czy jest wolny od tego zarzutu wygnańca znad Angary, niech każdemu sumienie odpowie, czy w swej modlitwie, w swym życiu pamiętał o nieszczęśliwych, czy swe dzieci współczuć z niedolą nauczył. A przecież szczęśliwy, kto ukoił ból, kto otarł bliźnim łzy.

Hartu duszy potrzeba, cnoty potrzeba, aby się wyrwać spod wyłącznego panowania egoizmu, aby w sferze publicznej i prywatnej, w sferze materialnych interesów i o bliźnich umieć pamiętać. Ale podupadają ludzie, rodziny i narody, gdy im w życiu hartu duszy, gdy im cnoty zabraknie, gdy gonitwa za zyskiem, wygodą i użyciem obniży dążenia, wyziębi uczucia. Im trudniejsze położenie człowieka czy narodu, tym pewniej zwycięsko wyjdzie on z zapasów, jeżeli jego myśli i czynom etyka chrześcijańska przyświeca jako gwiazda przewodnia. In hoc signo vinces9 było prawdą i prawdą po wsze wieki zostanie.

Jakie ta etyka na nas w sprawie reformy socjalnej nakłada obowiązki, to inni mówcy i w tych uroczystych zgromadzeniach, i w sekcjach wiecu szczegółowo wykażą i omówią; mnie niechaj tu jedno jeszcze wolno będzie dorzucić.

Każdemu znane to zjawisko, że nieraz starano się naukę przeciwstawiać wierze, że fałszywie głoszono, jakoby tylko nauka o wiarę nieoparta rozświetlić zdołała ciemne i trudne zagadnienia społecznego życia, jakoby tylko na jej wynikach, a nie na przepisach wiary politykę socjalną oprzeć należało. Otóż wbrew temu warto przypomnieć, że mieliśmy w narodzie człowieka, który wyposażony wielkimi darami serca i umysłu, wzbogacony głęboką nauką, którą zasłynął wśród obcych, jako główną pracę życia swego pozostawił nam wielkie dzieło filozoficzne, zaznaczające, że wiara nasza jest dla społeczeństw ludzkich ową „gwiazdą przewodnią”, „wskazującą drogę do bezpiecznej przystani”. Mam na myśli Augusta hrabiego Cieszkowskiego i jego dzieło Ojcze nasz. Dziełem tym przypomniał on, że ta Modlitwa Pańska – ta towarzyszka naszego życia, której przy kolebce matki nas uczyły, którą trumnę naszą pożegnają kiedyś – jest i „modlitwą, i prośbą, i objawieniem”, ale jest prośbą „społeczną”, nie „indywidualną”, nie do ojca swego i nie o chleb dla siebie tylko modlimy się, ale każdy za wszystkich do ojca naszego i o chleb dla wszystkich, o zbawienie wszystkich od złego.

„Każda z próśb Pacierza jedną z potrzeb ludzkości”. Jedna z tych próśb odnosi się do naszej kwestii, a w niej zawarta jest nauka, że powinniśmy zdążać do takich społecznych stosunków, aby nikogo nie odepchnięto od stołu tego żywota – na co godziły się ponure manchesterskie doktryny; ona nas uczy, że powinniśmy współdziałać, aby nikomu w narodzie nie zabrakło „powszedniego chleba”.

Przypisy

1 „Nie wszystek umrę” (z łac.).

2 „Dozwolonymi i niedozwolonymi środkami” (z łac.).

3 Hugo Grotius (Huig de Groot) (1583-1645), niderlandzki filozof i pisarz polityczny, autor wpływowego traktatu De jure belli ac pacis (O prawie wojny i pokoju), a także rozprawy o wolności żeglugi morskiej Mare liberum; przyczynił się istotnie do powstania prawa międzynarodowego.

4 Thomas Hobbes (1588-1679), filozof angielski, szczególnie zainteresowany kwestiami polityki; wedle Hobbesa w stanie natury, kiedy nie istnieje społeczeństwo, panuje wojna wszystkich ze wszystkimi, życie ludzkie jest nieustannie zagrożone; chcąc je ratować, ludzie zawierają umowę społeczną, w której zrzekają się wolności na rzecz suwerena, ten zaś gwarantuje im życie, ale żąda posłuszeństwa; suwerenem może być monarcha, grupa ludzi, jak też zgromadzony lud; najważniejsze dzieła Hobbesa: Lewiatan, De cive (O obywatelu), The Elements of Law, Natural and Politic (Elementy prawa naturalnego i politycznego).

5 Leon XIII (Joacchino Pecci) (1810-1903), papież w latach 1878-1903, wcześniej nuncjusz w Belgii i biskup Peruggi; jako papież potępił socjalizm, komunizm i masonerię, starał się załagodzić konflikty z władzami świeckimi, jednak domagał się od rządów, by prawodawstwo przestrzegało zasad etyki chrześcijańskiej, a przywileje Kościoła zostały utrzymane; w roku 1891 wydał encyklikę Rerum novarum, w której ostro potępił system kapitalistyczny i wspierającą go ideologię leseferyzmu, a jednocześnie odrzucił zdecydowanie socjalizm i wezwał robotników do organizowania katolickich związków zawodowych; poparł postulat sprawiedliwej płacy pozwalającej pracownikowi utrzymać rodzinę na godziwym poziomie.

6 „Dobre sprawy są pieniądzem innych [ludzi]” (z franc.).

7 Fizjokraci – grupa francuskich pisarzy ekonomicznych w XVIII wieku; sami nazywali się ekonomistami; przywódcą grupy był François Quesnay, należeli do niej: Pierre Paul le Mercier de la Riviére, Honoré Gabriel Riqueti de Mirabeau, Pierre Dupont de Nemours; zbliżony do fizjokratów był Anne Robert Turgot, minister Ludwika XVI, a także znany filozof ks. Condillac. Fizjokraci głosili doktrynę uznającą, że jedynie rolnictwo przynosi produkt czysty, zaś produkt innych gałęzi gospodarki jest „jałowy”, stąd uważali, że jedyny podatek winien obciążać rolnictwo; opowiadali się zdecydowanie za wolnością gospodarczą i znoszeniem barier handlowych, w warunkach wolności gospodarczej miały panować „rządy natury”.

8 Anthony Ashley Cooper, 7. lord Shaftesbury (1801-1885), polityk brytyjski, potomek znanej rodziny arystokratycznej, należący do partii torysów (konserwatystów); jako poseł do Izby Gmin, a następnie członek Izby Lordów popierał reformy społeczne, przyczynił się do zniesienia niewolnictwa, wprowadzenia ustaw fabrycznych ograniczających wyzysk pracowników, zakazujących pracy kobiet i dzieci w gałęziach wymagających ciężkiej pracy fizycznej; doprowadził także do nowelizacji prawa o opiece nad osobami umysłowo chorymi.

9 „W imię tego znaku zwyciężysz” (z łac.). Takie słowa miał usłyszeć cesarz Konstantyn przed zwycięską bitwą na Moście Mulwijskim w 312 r., a znakiem tym był stylizowany monogram Chrystusa.

 


 

Józef Milewski urodził się w Poznaniu 20 marca 1859 r. w zubożałej rodzinie szlacheckiej. Ukończył Gimnazjum Świętej Magdaleny w rodzinnym mieście, następnie podjął studia prawnicze na Uniwersytecie Jagiellońskim, by później kontynuować je w Berlinie i Lipsku. Stopień doktora praw zdobył w 1883 r. w Lipsku. Habilitował się na Uniwersytecie Jagiellońskim (1886). W roku 1888 został profesorem nadzwyczajnym ekonomii i skarbowości na Wydziale Prawa UJ, w roku 1892 awansował na profesora zwyczajnego, zaś w 1896 r. został wybrany na członka Akademii Umiejętności. Naukowo zajmował się głównie kwestiami systemu pieniężnego i polityką fiskalną, był pierwszym polskim akademickim ekonomistą, który podjął „kwestię społeczną”, dowodząc, że leseferyzm nie wystarcza do przezwyciężenia konfliktów społecznych, stąd opowiedział się za reformami socjalnymi. W tym nurcie swej twórczości napisał m.in. Obecny stan kwestii monetarnej (1886), W sprawie waluty (1887), Bankructwo monometalizmu (1889), W sprawie reformy waluty w Austro-Węgrzech (1892), Stosunki monetarne w drugiej połowie XIX wieku (1894), Cła opiekuńcze (1888), Budżet i kredyt publiczny (1898), Polityka ekonomiczna (1905, wraz z Włodzimierzem Czerkawskim). W latach 1894-1900 był posłem do austriackiej Rady Państwa, następnie w latach 1901-1914 posłował do Sejmu Krajowego we Lwowie z ramienia krakowskich konserwatystów; tam, jako przeciwnik polityki Michała Bobrzyńskiego, zbliżył się do środowiska podolaków. W okresie rosyjskiej okupacji Galicji Wschodniej Milewski podczas I wojny światowej przebywał we Lwowie, w czerwcu 1915 roku został przez władze rosyjskie uznany za zakładnika i wywieziony w głąb Rosji. Zmarł na wygnaniu w Kijowie 18 stycznia 1916 r. Jego najobszerniejszą rozprawą polityczną było Zagadnienie polityki narodowej (1909, II wyd. 1913). W roku 1905 wydał wraz z Michałem Bobrzyńskim i Władysławem Leopoldem Jaworskim książkę pt. Z dziejów odrodzenia politycznego Galicji 1859-1873 - wybór źródeł ukazujących początki galicyjskiej autonomii. Ważne były także jego broszury W sprawie utrzymania ziemi w naszem ręku (1884), Zdobycze i iluzje postępu w XIX wieku (1901), Wykład o kulturze politycznej (1912).

Ośrodek Myśli Politycznej i Wydział Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ wydały wybór pism Milewskiego pt. Zdobycze i iluzje postępu (Kraków 2013, seria Biblioteka Klasyki Polskiej Myśli Politycznej).

 


Start Klasycy o wolnym rynku i roli państwa w gospodarce Józef Milewski, "O kwestii socjalnej"