SPORY O KAPITALIZM

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Start Klasycy o wolnym rynku i roli państwa w gospodarce Edmund Burke. „Refleksje i dane o nieurodzaju”

Edmund Burke. „Refleksje i dane o nieurodzaju”

Email

Ze wszystkich możliwych działań, nierozważne manipulowanie handlem żywnością jest najbardziej niebezpieczne, zwłaszcza wówczas, kiedy człowiek skłania się ku niemu najbardziej, to znaczy w czasach nieurodzaju. Wszak w żadnej innej kwestii ludzkie emocje nie są tak gwałtowne, a ich rozsądek tak słaby, i nie upowszechnia się tak wielu bezpodstawnych przesądów.

Ważną funkcją władzy jest powstrzymywanie pewnych działań1. Szczególnie zaś powinna ona powstrzymywać innych, ale też i siebie, przed gwałtownością spekulacji w warunkach ogólnego podenerwowania. Liczba próżnych opowieści rozpowszechnianych przez skrzętność fakcji i gorliwość niemądrej dobroduszności, łapczywie pochłanianych przez szkodliwą łatwowierność ludzi, w nieskończoność pogłębia uprzedzenia, które i bez tego są aż nadto trwałe. Przy takim stanie rzeczy i stosunku społeczeństwa do nich, tym, co rząd jest nam, obywatelom, winien przede wszystkim, jest informacja, a w następnej kolejności dokonany w stosownym czasie przymus: jedno by ukierunkować naszą opinię, drugie by kontrolować nasze nastroje.

Zaspokajanie naszych potrzeb nie jest w mocy władzy. Wyobrażenie mężów stanu, że jest inaczej byłoby próżną arogancją. To naród ich utrzymuje, a nie oni naród. W mocy władzy jest zabezpieczanie przed nadmiernym złem. W tej, a być może i w każdej innej materii, może ona zdziałać bardzo niewiele konstruktywnego dobra. To samo odnosi się nie tylko państwa i przedstawicieli władz, ale także wszystkich klas i gatunków ludzi zamożnych. Są oni na utrzymaniu biednych, żywią się tym, co im zbywa. Pozostają w absolutnej, dziedzicznej i nienaruszalnej zależności od ludzi pracy, błędnie nazywanych biedotą.

Ludzie pracy są biedni tylko dlatego, że są tak liczni. Liczebność ze swej natury pociąga za sobą biedę. Sprawiedliwy podział dóbr pomiędzy rzeszę ludzi nikomu nie zapewni dostatku. Klasa zależnych, zwanych zamożnymi, jest tak nieliczna, że gdyby podciąć im wszystkim gardła i rozdzielić to, co spożywają w ciągu roku, nie zostałaby nawet odrobina chleba i sera na jedną kolację dla pracujących, którzy w rzeczywistości żywią i ich i siebie.

Ale nie powinno się podcinać gardeł zamożnych ani pustoszyć ich magazynów, ponieważ w ich osobach znajdują się zarządcy ludzi pracy, a ich zapasy stanowią banki tych ostatnich. Mniej lub bardziej chętnie, ale jednak, sprawują oni zarząd, jedni z mniejszą, inni z większą dokładnością i rozumnością. Ale, w sumie, obowiązek zostaje spełniony, i wszystko, z wyjątkiem bardzo drobnej prowizji i upustu, powraca tam, skąd niegdyś wyrosło. Powstając przeciwko bogatym, biedni dbają o swój interes równie mądrze jak wówczas, gdy palą młyny i wrzucają zboże do rzeki, żeby zmniejszyć cenę chleba.

Mówiąc, że my, obywatele, mamy prawo do informacji, mam też na myśli, że nie powinno się nam schlebiać. Pochlebstwo jest przeciwieństwem kształcenia. Schlebianie biednym uczyniłoby ich równie rozrzutnymi jak bogaci, co nie przyniosłoby im nic dobrego.

Nie ma nic bardziej niskiego i nikczemnego niż obłudny język polityki: „pracująca biedota”. Trzeba, by współczucie było okazywane w działaniu – im więcej tym lepiej – w miarę możliwości każdego, ale lament nad ich położeniem jest zbędny. Nie przynosi on żadnej ulgi ich nędznej sytuacji; stanowi jedynie zniewagę dla ich mizernego rozumowania. Wynika on z całkowitego braku dobroczynności lub całkowitego braku refleksji. Braku jednego rodzaju jeszcze nigdy nie udało się zaspokoić brakiem jakiegokolwiek innego rodzaju. Powinno się im zalecać cierpliwość, pracowitość, trzeźwość, gospodarność i religijność. Cała reszta jest zwyczajnym oszustwem. Hańbą jest nazywanie ich „niegdyś szczęśliwymi najemnikami”.

Nie potrafię powiedzieć, czy nastąpił przyrost tego, co zowie się moralnym lub filozoficznym szczęściem klas pracujących. Szczęście tego rodzaju osadzone jest w umyśle i zbyt mało jest danych umożliwiających porównanie stanu umysłu w dowolnych dwóch różnych okresach. Szczęście filozoficzne to chcieć niewiele. Szczęście społeczne lub zwyczajne to chcieć i posiadać dużo. Jeśli mielibyśmy oceniać szczęście człowieka z perspektywy jego zwierzęcej natury (które z pewnością zmierza w kierunku szczęścia człowieka rozumnego), to stwierdzam, bez odrobiny wątpliwości, że sytuacja pracujących (we wszystkich gałęziach i szczeblach pracy, od najwyższego do najniższego włącznie) ogólnie rzecz biorąc uległa ogromnej poprawie, jeśli większa ilość i jakość żywności może stanowić jakikolwiek wyznacznik poprawy. Pracują oni więcej, to pewne, ale to, że mają więcej pracy jest dla nich korzystne. Jednak czy przyrost pracy sam w sobie jest dobry czy zły to problem, który oddaliłby nas znacznie od naszych aktualnych rozważań, i nie jest on moim celem tutaj. Co do poprawy ich diety, zagłębię się w szczegóły dowodu, kiedy zostanę o to poproszony. Tymczasem, niech znana trudność zaspokojenia ich czymś innym niż chlebem z najlepszej mąki i mięsem pierwszorzędnej jakości posłuży za wystarczający dowód.

Dalej stwierdzam, że nawet pomimo zeszłorocznych trudności, dzięki bezpośrednim zyskom lub datkom (które wydają się teraz być dla nich obraźliwe) ludziom pracy w istocie powodzi się lepiej niż w okresach urodzaju pięćdziesiąt lub sześćdziesiąt lat temu, czy nawet w całym okresie moich obserwacji Anglii, które trwają około czterdzieści cztery lata. Stwierdzam nawet, że tyle samo, co zawsze, członków tej klasy nadal oszczędzało pieniądze, co mogę wykazać na podstawie własnych informacji i doświadczeń.

Nieprawdą jest, że poziom płac nie wzrósł wraz ze wzrostem nominalnych cen żywności. Przyznaję, że nie ulegał on takim samym wahaniom, bo i nie powinien, a panowie z Norfolk2 zdążyli już spożyć obiad, kiedy przedstawili swoją opinię, że płace mogą lub powinny wzrastać i spadać w zależności od cen żywności na rynku. Wysokość płac w rzeczywistości nie pozostaje w żadnym bezpośrednim stosunku do tej ceny. Praca jest przedmiotem obrotu jak każdy inny i jej cena rośnie lub spada w zależności od popytu. Taka jest natura rzeczy jakkolwiek nie zaspokajałaby ona ich potrzeb. Płace zostały podniesione dwukrotnie w moich czasach i są proporcjonalne do, a nawet przewyższają średnią produkcję żywności w ciągu ostatniej złej, trwającej dwadzieścia lat koniunktury. Są proporcjonalne do efektów pracy. Gdybyśmy lekkomyślnie usiłowali narzucić płace poniżej tego poziomu, odbiłoby się to negatywnie na pracujących w postaci zmniejszonego popytu, lub, co w istocie stanowi dużo mniejsze zło, w postaci zwiększonych cen wszystkich produktów ich pracy.

Istnieje niepisany kontrakt, o wiele trwalszy niż jakikolwiek dokument czy artykuł umowy pomiędzy pracownikiem dowolnej profesji i jego pracodawcą, że praca powinna przynieść pracodawcy zysk od zainwestowanego kapitału i zrekompensować poniesione przez niego ryzyko. Jednym słowem, że praca powinna przynieść korzyści równe płacy. Wszystko ponad to stanowi podatek bezpośredni, a jeśli wielkość tego podatku jest zależna od czyjejś woli i przyjemności, jest to podatek arbitralny.

Jeśli dobrze rozumiem, zaproponowany podatek od zysków z rolnictwa w tym królestwie ma być nakładany według tak zwanego uznania sędziów pokoju.

Powstają pytania odnośnie tego planu arbitralnego opodatkowania: czy lepiej jest zostawić wszelkie postępowanie, pozbawione nacisku i oszustwa, zmowy i knowania, całkowicie w gestii osób wzajemnie zainteresowanych sprawą, której dotyczy umowa, czy przekazać umowę w ręce tych, którzy nie mają w niej żadnego lub jedynie bardzo odległy interes, oraz skąpą lub żadną wiedzę o jej przedmiocie.

Można by sądzić, że rozwiązanie tego problemu nie powinno nastręczać trudności: bowiem jaki trzeźwo myślący człowiek zgodzi się, że brak interesu w danej kwestii, blisko powiązany z brakiem umiejętności w tej kwestii, kwalifikuje osobę do ingerowania w choćby najdrobniejszą sprawę, a co dopiero w sprawy o doniosłym znaczeniu dla rolnictwa w królestwie, stanowiące przedmiot jego największej troski i fundament jego dobrobytu w każdej innej dziedzinie, od której ów dobrobyt jest uzależniony?

Powszechnie popełniany błąd w tej kwestii wynika z całkowitego niezrozumienia samej istoty rzeczy zasadniczo różnych w swej naturze, tych dotyczących konwencji i tych odnoszących się do jurysdykcji. Tworzenie umowy jest sprawą jej stron. W stosunkach tego typu i w zakresie ich rezultatów strony są górą. Gdy coś stoi temu na przeszkodzie, osoby reprezentujące strony nie są wolne, a ich umowy są nieważne.

Ale owa wolność nie wykracza poza moment zawarcia umowy, w której to chwili swoboda decyzyjna stron wygasa i bierze początek nowy porządek rzeczy. Wówczas, ale nie wcześniej, w przypadku wystąpienia różnic pomiędzy stronami, rozpoczyna swoje działanie urząd sędziego. Nie może on dyktować warunków umowy. Jego zadaniem jest zapewnienie, że umowa jest egzekwowana, pod warunkiem, że nie jest ona sprzeczna z obowiązującym prawem lub zawarta pod wpływem przymusu lub oszustwa. Jeśli jest on w jakimkolwiek stopniu autorem lub nadzorcą umowy, dyskwalifikuje się on tym samym jako sędzia. Ale tego rodzaju kłopotliwy podział ról administracyjnych i sądowych (których mamy już w liczbie wystarczającej, a nawet nieco ponad to) jest jednym z wielu przykładów pomieszania pojęć i emocji, które nas tu obecnie zajmują.

To, co się aktualnie dzieje sugeruje lub pokazuje, że gospodarz i najemnik mają sprzeczne interesy, że gospodarz gnębi najemnika, i że gentleman, zwany sędzią pokoju, jest obrońcą tego ostatniego i nadzoruje oraz ogranicza pierwszego. I to jest właśnie kwestia, którą pragnę zbadać w sposób zasadniczo odmienny od tego, w jaki problem ten rozstrzygają panowie ufający swoim zdolnościom bardziej niż powinni, i uważający się za nadzwyczaj pojętnych, choć na poparcie swoich zdolności nie mają nic poza własnymi domysłami. Akty prawne usiłujące regulować tę część gospodarki wymagają, co najmniej tak, jak wszystkie inne, możliwie najdokładniejszego opisu okoliczności, kierującego się sprawdzonymi zasadami ogólnymi, niezbędnymi do przeprowadzenia eksperymentu lub badania, aby następnie móc wydobyć z tych szczegółów zasady, sztywne i zrozumiałe, by kierowały one praktycznymi aspektami procesu legislacyjnego. Po pierwsze zatem, twierdzę, że ani w tym przypadku ani w żadnym innym, nie jest konieczną sugestia, że umawiające się strony w punkcie wyjścia mają rozbieżne interesy. Niewątpliwie może się tak zdarzyć na początku za sprawą przypadku, ale wtedy umowa ma naturę kompromisu; kompromisu, którego podstawą są okoliczności sugerujące, że interes stron musi być w pewnym stopniu zgodny. Zastosowanie zasady kompromisu przynosi kres różnicom interesów.

Ale w przypadku gospodarza i najemnika, ich interesy są zawsze zbieżne i nie ma takiej możliwości, żeby dobrowolnie zawarte przez nich umowy były uciążliwe dla którejś ze stron. W interesie gospodarza jest, aby jego praca została wykonana skutecznie i na czas, a to nie może mieć miejsca, jeśli najemnik nie zostanie dobrze nakarmiony, i jeśli nie zostaną zaspokojone inne potrzeby zapewniające mu pełnię sił i radość umysłu. Bowiem ze wszystkich narzędzi człowiek najbardziej polega na własnej pracy (zwanej przez pisarzy antycznych instrumentum vocale) jako gwarantowi zwrotu kapitału. Pozostałe dwa, w klasyfikacji antycznej semivocale, tzn. praca bydła, oraz instrumentum mutum3, tj. wozy, pługi, łopaty, chociaż same w sobie nie są bez znaczenia, w porównaniu z pierwszym są mniej znaczące pod względem przydatności i kosztów, i bez pierwszego nie znaczą nic. Bowiem ze wszystkich rzeczy najcenniejszy i najważniejszy jest umysł. Przy takim podziale zaś, ogół rolnictwa pozostaje w naturalnym i sprawiedliwym porządku: bydło stanowi jakby zasadę informującą działanie pługa i zaprzęgu, najemnik pełni niejako rolę rozumu dla bydła, a gospodarz stanowi myślącą i wiodącą zasadę postępowania dla najemnika. Próba zerwania tego łańcucha podporządkowania w którymkolwiek punkcie byłaby absurdem, ale niedorzeczność ta przynosi największe szkody w praktycznym działaniu, tam, gdzie jest o nią najłatwiej, tj. tam, gdzie jest najbardziej narażona na błędny osąd.

Naturalnie w interesie gospodarza jest nade wszystko to, by jego ludzie dobrze się mieli, a dopiero w dalszej kolejności, by jego konie były dobrze odżywione, lśniące, tłuste i zdatne do użytku, i by jego wóz i pługi były mocne, w dobrym stanie i nadawały się do eksploatacji.

Z drugiej strony, jeśli gospodarz przestaje odnosić korzyści z najemnika i jeśli jego majątek nie jest ciągle użyźniany i nie przynosi owoców, nie może on dłużej pozwolić sobie na dostatnie żywienie i ubranie oraz mieszkanie właściwe dla zabezpieczenia zatrudnionych przez siebie narzędzi.

Pierwszym i nadrzędnym interesem najemnika jest zatem, aby gospodarz otrzymywał pełny zysk z efektów jego pracy. Wniosek ten jest oczywisty i tylko złośliwość, przewrotność i nieopanowane ludzkie emocje, a zwłaszcza zazdrość o wzajemne powodzenie, mogłyby uniemożliwić jego dostrzeżenie i potwierdzenie wraz z wdzięcznością życzliwemu i mądremu Zarządcy wszechrzeczy, który zobowiązuje ludzi, czy tego chcą czy nie, by, podążając za własnymi samolubnymi interesami, wiązali dobro ogółu ze swoim osobistym sukcesem.

Ale kto ma decydować o tym, jaki powinien być zysk i korzyść? Z pewnością nie władze na ziemi. To sprawa konwencji, którą dyktują wzajemne korzyści stron oraz ich wzajemne potrzeby. Ale co jeśli gospodarz jest nadmiernie chciwy? Tym lepiej: o ile bardziej chce zwiększyć swoje zyski, tym bardziej jest zainteresowany powodzeniem tych, od których pracy one zależą.

Powiedzą mi zagorzalcy sekty regulacji, że być może to prawda i że mogą bezpiecznie przystać na konwencję gospodarza i najemnika, jeśli ten ostatni jest w kwiecie wieku, zdrowia i wigoru, i kiedy panuje powszechny dostatek. Ale w porach klęski, w czasie niespodziewanej choroby, u schyłku życia i pod presją licznego potomstwa, przyszłych chlebodawców społeczeństwa, obecnie zaś marnotrawców i krwiopijców tych, którzy ich zrodzili, co należy czynić? Kiedy człowiek nie może żyć i utrzymać swojej rodziny z naturalnej płacy za najem swojej pracy, czy nie powinna być ona powiększona przez władze?

W tym miejscu niech wolno mi będzie przedstawić moje niezmienne opinie nieco pełniej.

I tak, po pierwsze, zakładam, że praca, jak już zaznaczyłem, jest przedmiotem obrotu i jako taka jest przedmiotem wymiany. Jeśli mam rację w tej kwestii, praca musi podlegać wszystkim regułom i zasadom handlu, a nie regulacjom, które nie mają z nimi nic wspólnego i które bywają zupełnie z nimi sprzeczne. Kiedy jakiś artykuł trafia na rynek, wzrost jego ceny następuje nie z potrzeby sprzedawcy, lecz z potrzeby nabywcy. Skrajny niedobór po stronie sprzedawcy wynika z dokładnie odwrotnego procesu (z natury rzeczy, z którą na darmo by się nam spierać). Jeżeli dobra oferowane na rynku przekraczają zapotrzebowanie na nie, ich wartość spada. Jeśli zapotrzebowanie jest większe niż ich zasoby, ich wartość rośnie. W tej perspektywie, niemożność utrzymania się przez człowieka, który oferuje swoją pracę na rynku, nie podlega dyskusji. Pytanie brzmi raczej, jaka jest wartość tej pracy dla kupującego?

Ale jeśli interweniuje rząd i wymusza określoną cenę na kupującym, na przykład na gospodarzu zatrudniającym dziesięciu lub dwunastu najemników i trzech lub czterech producentów, jak nazwać tę interwencję, jeśli nie arbitralnym podziałem własności gospodarza pomiędzy jego robotników?

Całość jego zysku (mówię to z pełnym przekonaniem) nigdy nie dorównuje kwocie, jaką wypłaca on swoim najemnikom i producentom, tak więc nawet najmniejsze podwyższenie kwoty wypłacanej wielu przez jedną osobę może pochłonąć wszystko, co dana osoba posiada i doprowadzić do rozdziału całego jej majątku. W istocie, nastanie wówczas doskonała równość, to znaczy, równy niedostatek, równa nędza, równa bieda, a po stronie dokonujących podziału, żałosne, bezradne i beznadziejne rozczarowanie. Tak kończą się wszelkie próby przymusowego zrównywania. Obalają one to, co jest na górze, nigdy nie podnoszą tego, co na dole i sprowadzają to, co wysokie i to, co niskie razem poniżej pierwotnie najniższego poziomu.

Jeśli władze podniosą cenę dobra powyżej wartości zysku, jaki przynosi on sprzedającemu, obrót tym dobrem osłabi się. Jeśli kolejna nieudolna interwencja zostanie wszczęta do skorygowania tej pierwszej i dokonana zostanie próba wymuszenia nabycia owego dobra (na przykład pracy), musi nastąpić jedna z dwóch następujących konsekwencji: albo przymuszony nabywca zostanie zrujnowany, albo odpowiednio wzrośnie cena produkcji. Wówczas koło zatoczy pełny okrąg i zło, na które narzekano, odbije się na narzekającym ze zdwojoną siłą. Wzrost ceny zboża, owocu nakładów poniesionych w wyniku ogółu prac w rolnictwie, przez pewien czas utrzymującej się na tym samym poziomie, odczuje najemnik, który jest też konsumentem. W najlepszym wypadku jego sytuacja nie ulegnie zmianie. Ale jeśli cena zboża nie pokryje kosztów pracy, należy liczyć się z o wiele większym nieszczęściem, ruiną samego rolnictwa.

Nic tak nie zagraża poprawności osądu jak niestaranne rozróżnienia, brak właściwej klasyfikacji i podziału rzeczy. Podnieśmy płace, powiadają regulatorzy, jak gdyby praca była jednoznacznym przedmiotem o niezmiennej wartości. Tymczasem praca to bardzo szerokie i ogólne pojęcie, o co najmniej dwojakim lub trojakim znaczeniu i przynajmniej taka jej koncepcja powinna wystarczyć gentlemanom do zrozumienia, jak ważna jest ostrożność w przymusowym kierowaniu przez nich tymi, których egzystencja zależy od przestrzegania jeszcze bardziej subtelnych różnic i podziałów niż te, które zwykli oni stosować formułując swoje opinie na temat tego rozległego działu gospodarki.

Najemnicy pracujący w gospodarstwie dzielą się na tych, którzy, po pierwsze, są w stanie wykonać pełną całodniową pracę, to jest pracę, jaką zdolna jest wykonać osoba w wieku od dwudziestu jeden do pięćdziesięciu lat. Nie jest mi znana żadna forma pracy w gospodarstwie (może z wyjątkiem jedynie sianokosu), która nie pozostawałaby w równym stopniu w zakresie możliwości ludzi w tym przedziale wiekowym, przy czym zaawansowani wiekowo rekompensują braki energii większą wprawą i doświadczeniem. Wartość pracy wykonywanej przez różne osoby jest niewątpliwie bardzo zróżnicowana, w zależności od ich siły, wprawy i rzetelności.

Ale jestem przekonany, na podstawie moich obserwacji, że dowolnych pięciu mężczyzn razem jest w stanie wykonać pracę równą pracy innych pięciu mężczyzn z tego samego przedziału wiekowego, to znaczy, spośród pięciu takich mężczyzn jeden będzie posiadał zdolności dobrego pracownika, jeden złego, a trzech pozostałych znajdzie się gdzieś pośrodku, oscylując pomiędzy tym pierwszym i tym drugim. Tak więc, nawet w tak małym, zaledwie pięcioosobowym zastępie, można znaleźć miarę tego, co może wypracować pięciu mężczyzn. Wszystkie pięcioosobowe grupy w królestwie są jednakowe, tak więc nieścisłość wynikająca z ujednolicania ich płac przez tych, którzy zatrudniają pięć osób, jak to czynią np. gospodarze, nie może być znaczna.

Po drugie, najemnicy dzielą się na tych, którzy pracują, ale nie są w stanie wykonać zadań robotników całodniowych. Ta grupa jest bardzo zróżnicowana, ale zasadniczo można zastosować co do nich następujący podział. Mężczyźni, od momentu, kiedy zaczynają tracić siły, co po przekroczeniu pięćdziesięciu lat z każdym rokiem staje się coraz bardziej dokuczliwe, do okresu niemocy i zniedołężnienia oraz bolączek poprzedzających ostateczne osłabnięcie. Kobiety, których zatrudnienie w gospodarstwie jest tylko sezonowe, i których praca jest bardziej zróżnicowana pod względem efektów niż w przypadku mężczyzn, z uwagi na ciążę, karmienie i prowadzenie domu, nie wspominając o rozróżnieniu, o którym była już mowa w odniesieniu do mężczyzn, a które dotyczy także kobiet: okres rozkwitu, stagnacji i schyłku życia. Dzieci, których możliwości mają odwrotny kierunek, wyrastają z mniejszej do większej wydajności, ale z jeszcze większą dysproporcją stosunku odżywienia do pracy niż ma to miejsce w drugiej kategorii, co jest oczywiste dla tych, którzy zadadzą sobie trud przestudiowania sytuacji ekonomicznej wewnątrz przytułku dla ubogich.

Ta prowizoryczna klasyfikacja została zaprezentowana po to, by pokazać, że przepisy nakazujące lub urzędnicy stosujący bardzo sztywną i często nieodpowiednią zasadę lub ślepą i pochopną dowolność nigdy nie będą w stanie określić właściwych proporcji pomiędzy zarobkiem i płacą z jednej strony i pożywieniem z drugiej, podczas gdy zaangażowanie, przyzwyczajenie i niepisana konwencja wywodzące się z tysiąca nienazwanych okoliczności przynoszą wyczucie, które bez trudu reguluje to, czego przepisy i urzędnicy nie są w stanie uregulować. Pierwsza ze wspomnianych kategorii pracy nie potrzebuje zewnętrznego zrównania, gdyż sama się wyrównuje. Drugiej i trzeciej nie da się zrównać w żaden sposób.

A jeżeli wynagrodzenie najemnika nie wystarcza na pokrycie kosztów jego minimalnej egzystencji, a dodatkowo okresowe klęski są tak znaczne, że grożą mu głodem? Czy biedak ma być pozostawiony na łasce kamiennego serca i ściskającej ręki niskiego egoizmu, podtrzymywanych przez miecz prawa, zwłaszcza kiedy istnieje powód, by sądzić, że głód spowodowała zbieżność chciwości gospodarzy z błędami rządu?

Moja opinia jest następująca: kiedykolwiek zdarzy się, że człowiekowi nie przysługuje nic w myśl reguł handlu lub zasad sprawiedliwości, znika on z tej kategorii i podpada pod jurysdykcję litości. W tym obszarze urzędnik nie ma nic do zrobienia, a jego ingerencja stanowi pogwałcenie własności, którą ma on obowiązek chronić. Bez wątpienia dobroczynność względem ubogich jest obowiązkiem wszystkich chrześcijan, następnym w kolejności po spłaceniu długów, równie ważnym, lecz, jak chciała natura, nieskończenie bardziej przyjemnym. Pufendorf4 i inni kazuiści według mnie nie określili go prawidłowo nazywając go obowiązkiem względnie wiążącym. Sposób, tryb, czas i wybór odbiorcy i rozmiaru pomocy pozostają w prywatnej gestii darczyńcy i być może dlatego właśnie dokonywana jest ona z tym większą satysfakcją, ponieważ udzielenie jej posiada znamiona wolności, a w dodatku poleca nas szczególnie Bożej łasce, będąc przejawem cnoty właściwej stworzeniu świadomemu swojej własnej niemocy.

Larum podnoszonym w tej kwestii przez mieszkańców miast i miasteczek, chociaż niestety najbardziej szanowanych (ze strachu przed ich liczebnością i knowaniem) powinno się, w rzeczywistości, jak najmniej zajmować, ponieważ mieszczanie nie mają żadnej wiedzy na temat środków, za pomocą których otrzymują żywność i dokładają niewiele lub nic do własnego utrzymania, w najlepszym wypadku bardzo okrężną drogą. Są oni prawdziwymi fruges consumere nati5. Należy ich słuchać z wielkim szacunkiem i uwagą w sprawach ich dotyczących, tj. handlu i rzemiosła, ale w sprawach odnoszących się do rolnictwa powinno się ich słuchać z takim samym poważaniem, z jakim traktujemy dogmaty ich niedouczonych i aroganckich przedstawicieli.

Gdyby powiedzieć im, że mają zdać raport z zaopatrzenia wszystkich swoich sklepów, że czynione będą starania w kierunku zmniejszenia ich zysków lub podniesienia ceny producentów, lub zalecenia rządowi utworzenia sklepu z takimi samymi towarami za publiczne środki, aby rywalizował z nimi i zmuszał do rozsądnego obrotu, bardzo szybko wyczuliby w takim działaniu bezczelność, niesprawiedliwość i prześladowanie. I słusznie. Tymczasem wydaje im się, że rolnictwo powinno podlegać innym prawom i rządzić się innymi zasadami.

Nie ma większego i bardziej rujnującego błędu niż poddanie spraw uprawy i wypasu zasadom innym niż ogólne reguły handlu, tzn. producent ma mieć prawo, a nawet powinien szukać zysku (bez oszustwa i przemocy), gdzie to tylko możliwe, obracać urodzajem lub nieurodzajem jak najkorzystniej, zatrzymywać lub sprzedawać swoje towary zgodnie z życzeniem, nie odpowiadać przed nikim za swój inwentarz czy zysk. W myśl każdych innych zasad jest on niewolnikiem konsumenta, co zresztą nie przynosi konsumentowi żadnej korzyści. Żaden niewolnik nie był nigdy równie pożyteczny dla swojego pana jak wolny człowiek, umownie traktowany na równi z nim w myśl reguł i zasad regulujących sprzeczne interesy i uzgodnione korzyści. Konsument, gdyby go tolerować, ostatecznie byłby zawsze naiwną ofiarą swojego własnego despotyzmu i niesprawiedliwości. Właściciel ziemski nie powinien zapominać, że jego przedstawicielem jest gospodarz.

Eksperymentowanie na gospodarzu jest ryzykownym przedsięwzięciem. Jego zasoby (z kilkoma wyjątkami) są o wiele słabsze niż się powszechnie sądzi. Jego zajęcie jest bardzo skromne, podatne na duże ryzyko i straty. Kapitał, jaki by on nie był, przynosi zysk zaledwie raz w roku. W niektórych gałęziach upłynąć muszą aż trzy lata zanim wpłyną pieniądze. Nigdy nie jest to, jak sądzę, mniej niż trzy lata w przypadku upraw rzepy i pastwiska, które przeważają na średnio żyznych piaszczystych i żwirowych iłach wchodzących w skład gleby na południu i południowym wschodzie Anglii, najlepiej przystosowanej i być może jedynej nadającej się do uprawy rzepy.

Bardzo rzadko zdarza się, by najlepiej prosperujący gospodarz zyskiwał dwanaście lub piętnaście setnych dochodu od swojego kapitału, obejmującego wartość żywego i martwego inwentarza, zysk z otrzymanych pieniędzy oraz jego własną płacę za pełniony zarząd lub nadzór. Mówię o zamożnych. W większości rejonów Anglii, które poddałem obserwacji, rzadko zdarzyło mi się spotkać gospodarza, który nie uzupełniałby swojego zajęcia jakimś innym rodzajem zatrudnienia lub handlem, żeby w wyniku niestrudzonych oszczędności i pracy (bo niestrudzona jest zazwyczaj ich praca) i wieloletniej wytrwałości w swoim interesie, po śmierci mógł pozostawić więcej niż równowartość swoich długów, zdając swoich następców na podobny los ciągłego zmagania się pracowitości z niedostatkiem, w którym żyli i zmarli jego przodkowie.

Zauważ, że mówię o ogóle gospodarzy, którzy posiadają od stu pięćdziesięciu do trzystu lub czterystu akrów. Niewielu jest w tej części kraju takich, którzy mieszczą się w pierwszym lub przekraczają ten ostatni przedział. Niewątpliwie gdzie indziej są większe gospodarstwa. Ale jestem przekonany, że niezależnie od tego, która część Anglii jest areną działań gospodarza, gospodarz, uprawiający tysiąc dwieście akrów, co uważam za duże gospodarstwo, chociaż wiem, że są większe, nie jest w stanie bezpiecznie i skutecznie funkcjonować z kapitałem mniejszym niż dziesięć tysięcy funtów i nie może, w zwykłym trybie upraw, pomnożyć tego wielkiego zasobu dziesięciu tysięcy funtów o więcej niż tysiąc dwieście rocznie.

Co się tyczy mniejszych majątków, z łatwością można ustalić drobne błędy, za sprawą których mogą one ulec dalszemu osłabieniu, wyczerpaniu, wyjałowieniu, a być może całkowitemu zniszczeniu.

Podkreślam tę ciągłą nietrwałość i, koniec końców, umiarkowane rozmiary majątku gospodarza, osiąganego nawet przy największych zasobach, nie tylko z uwagi na groźne spekulacje naszych czasów, ale ponieważ wspaniałe i bardzo pożyteczne dzieła mojego przyjaciela, Artura Younga6, rozpowszechniają to mylne przekonanie (że jest mylne jestem pewien) o pokaźnych zyskach gospodarza. Nie idzie o to, że jego obrachunek produkcji często jest zawyżony, ale że w żadnym miejscu nie uwzględnia on należycie kosztów wypadków i strat. Mógłbym zająć się bardziej przekonywującymi szczegółami, gdyby nie stały przede mną bardziej kłopotliwe i pilniejsze sprawy.

Ów proponowany podatek uznaniowy od dochodów z pracy jest sprzeczny z rekomendacjami Rady Rolnictwa, która zaleca powszechne stosowanie zasiewu przy pomocy siewnika rzędowego. Zgadzam się z Radą, że tam, gdzie gleba nie jest zbyt ciężka lub obciążona dużymi luźnymi kamieniami (co w każdym razie ma miejsce w przypadku wielu dobrych ziem) takie działanie byłoby najlepsze i najbardziej wydajne, pod warunkiem, że celne oko, czujny nadzór, bezzwłoczne działanie, w którego kalendarzu nie istnieje pojęcie jutra, rzetelna zapobiegliwość i skłonność do ustanawiania porządku, by wszystko i wszyscy byli na właściwym miejscu, gotowi do wykorzystania sprzyjającej acz nietrwałej chwili w tym naszym bałamutnym klimacie, pod warunkiem, powiadam, że wszystko to razem wzięte przyśpieszy pług, zgadzam się, że zalecenie to jest lepsze niż stare utarte metody. Ale nie ma nic gorszego lub bardziej niebezpiecznego, choćby nie wiem jak bardzo się starano, niż dozór ociągających się, lekkomyślnych, prostych gospodarzy, którzy mogą zignorować lub przepuścić tych kilka nielicznych okazji do osłodzenia i oczyszczenia swojej ziemi nieustannie ponawianym znojem i nierozproszoną uwagą: gospodarstwo zamiast wzbogaconej i osłodzonej gleby może zastać ruina.

Ale zakładając doskonałą skuteczność tej metody, zastosowanej na odpowiedniej glebie i przez gospodarzy o rzadkich przymiotach, w jaki sposób i w jakich warunkach utrzyma się taki sposób uprawy? Otóż właśnie dzięki dużemu wzrostowi siły roboczej, dzięki zwiększeniu przynajmniej o jedną trzecią zasobów pracy ręcznej, nie wspominając o koniach i urządzeniach wykorzystywanych przy orce. Trzeba sobie uświadomić, jak niestosowne dla poważnej instytucji ciała ustawodawczego jest przekonywanie Rady, by wydała zalecenie, poparte ważkimi przesłankami rzecz jasna, zwiększenia kapitału zaangażowanego w pracę fizyczną, a następnie uchwaliła prawo opodatkowujące ową pracę, opodatkowaną już na dostatecznie wysokim poziomie, zmuszając nas w ten sposób do zredukowania siły roboczej, którą powszechnie zatrudniamy.

Co się tyczy gospodarza w równym stopniu dotyczy też pośrednika, niezależnie od tego, czy pełni on funkcję przedstawiciela, dystrybutora, sprzedawcy czy spekulanta na rynkach zboża. Należy pozostawić im wolną rękę, a im więcej zarabiają i im są bogatsi, i im większy zasięg ich działań, tym lepiej dla gospodarza i konsumenta, pomiędzy którymi tworzą naturalny i bardzo korzystny związek, chociaż za sprawą knowań starego doradcy, Zazdrości, są oczerniani i znienawidzeni przez obie strony.

Podobno pośredników oskarża się o monopol. Monopol władzy w każdym wypadku i w każdym zakresie jest bezsprzecznie niegodziwy, ale monopol kapitału wręcz przeciwnie. Stanowi on wielką korzyść, zwłaszcza dla biednych. Kupiec posiadający sto funtów, którymi może obrócić (powiedzmy) tylko raz w roku, nie może utrzymać się z dziesięcioprocentowego zysku, ponieważ nie może utrzymać się z dziesięciu funtów rocznie, ale posiadacz dziesięciu tysięcy funtów może żyć i prosperować dzięki pięcioprocentowemu zyskowi rocznie, ponieważ rocznie otrzymuje on pięćset funtów. Taka sama proporcja ma zastosowanie w przypadku dwukrotnego lub trzykrotnego obrotu. Zasady te są przystępne i proste i to nie tyle nasza niewiedza, ile lekkomyślność, zawiść i zjadliwość naszej natury nie pozwalają nam ich dostrzec i stosować. Ale nie możemy pozwolić by nasze wady zajęły miejsce naszego rozsądku.

Bilans konsumpcji i produkcji tworzy cenę. Ustanawia ją samodzielnie rynek. Rynek to spotkanie i narada konsumenta i producenta, które mają miejsce, gdy obie strony odkryją wzajemne potrzeby. Sądzę, że każdy, kto poczynił refleksję nad istotą rynku, musiał zdumieć się nad prawdą, słusznością, tempem i ogólną sprawiedliwością charakteryzującymi ustanowienie równowagi potrzeb. Ci, którym zależy na zniszczeniu tej równowagi i którzy chętnie zawyrokowaliby za pomocą arbitralnego przepisu, że wadliwej produkcji nie powinien rekompensować wzrost ceny, kładą swój topór bezpośrednio u korzeni samej produkcji. Nawet rok prowadzenia tak obłudnej polityki może wyrządzić nieokiełznane szkody, ponieważ, jak już wcześniej wyjaśniłem, praca gospodarza należy do najbardziej ryzykownych pod względem przynoszonych korzyści, najbardziej podatnych na straty i najmniej zyskownych. Powodzenie pracy gospodarza wymaga dziesięć razy większych nakładów pracy, czujności, uwagi, zręczności, i niech wolno mi będzie dodać, szczęścia, niż pomyślność jakiejkolwiek innej działalności.

Widząc sprawy w tym świetle daleki jestem od potępienia ostatniej obiegowej instrukcji wystosowanej przez Radę do przedstawicieli korony, ale przyznaję, że niezupełnie rozumiem jej cel. Obawiam się, że zamierzone w niej dociekanie wzbudzi pewne zaniepokojenie i obawy, że posłuży ona za środek prowadzący do wdrożenia francuskiego systemu rekwirowania zboża. Wprowadzenie go poprzedziło bowiem śledztwo podobne co do zasady, chociaż, według ich obyczaju, ich zasady są pełne gwałtowności, której tutaj nie należy się obawiać. Obowiązuje tam zasada odwrotna do mojej: zakłada, że rynek nie stanowi sprawiedliwego sprawdzianu dostatku lub niedoboru. Rodzi to podejrzenie, które może zakłócić spokój społeczny, mianowicie, „że gospodarz ukrywa część produkcji i odnosi korzyści z opóźnienia sprzedaży”. Sprzyja to oczywiście tysiącom nikczemnych spekulacji po stronie kupca. Gdyby zyski okazały się pomyślne, czy oznaczałoby to, że należy pobudzać eksport i kontrolować import zboża? Jeżeli nie, czemu miałyby służyć? Sądzę jednak, że nie będą pomyślne.

Opinię tę może wesprzeć relacja z zagranicy o tym, że pojawiły się intencje utworzenia publicznych spichlerzy i że owo dochodzenie ma dać rządowi przewagę w ich nabyciu.

Podobno zaproponowano i rozważane jest następujące rozwiązanie: w każdym mieście targowym rząd utworzy na koszt państwa spichlerz w celu wytępienia kupców i podporządkowania gospodarza konsumentowi, gwarantując temu ostatniemu zboże po pewnej ustalonej cenie.

Jeżeli przyjęty zostanie taki plan, nie chciałbym odpowiadać za bezpieczeństwo spichlerzy, pośredników i miast, w których one powstaną. Spichlerze te stałyby się celem pierwszej fali społecznych niepokojów.

Tyle w świetle polityki.

W świetle ekonomii muszę zauważyć, że utworzenie takich spichlerzy na obszarze całego królestwa stanowiłoby koszt nie do oszacowania. Ich utrzymanie byłoby bardzo drogie. Kierownictwo i nadzór wymagałyby armii przedstawicieli, magazynierów, urzędników i służących. Zasoby potrzebne na zakup ziarna byłyby olbrzymie. Ogromną wadą całego przedsięwzięcia byłoby marnotrawstwo, niszczenie i przekupstwo, i naturalnie wielkie byłoby niezadowolenie ludzi z zakupu zgniłego, zniszczonego lub zepsutego zboża.

Tutejszy klimat (nie zważając na inne) nie sprzyja spichlerzom, w których zboże przechowuje się przez dowolnie długi czas. Najlepszy i w istocie jedyny dobry spichlerz to stóg gospodarza, gdzie zboże jest zakonserwowane w swojej własnej słomie, słodkiej, czystej, zdrowej, wolnej od szkodników i owadów, i to za stosunkowo nieznaczną cenę. Stóg i stodoła, która posiada wiele z wspomnianych wcześniej zalet stogu, stanowią jedyne spichlerze w Anglii od początków rolnictwa aż po dziś dzień. Wszystkie koszty ponosi przedsiębiorca, wyłącznie na własne ryzyko. Ma on swój wkład w dochód państwa, od którego otrzymuje wyłącznie ochronę, do której może rościć sobie prawo.

W chwili, w której na rynku pojawia się rząd, wszystkie zasady rynkowe zostają obalone. Nie wiem, czy ucierpiałby na tym gospodarz, jeśli istniałaby przy tym względna konkurencja, ale jestem pewien, że jako pierwsze szybko zbankrutowałoby angażujące się w handel państwo, a na końcu ucierpi konsument. Jeżeli rząd dokona wszystkich zakupów naraz, natychmiast zwróci rynek przeciwko sobie. Jeżeli dokona ich stopniowo, będzie musiał podążać za rynkiem. Jeśli będzie kierował się trendami rynku, jego działanie będzie miało neutralny skutek, a konsument będzie nadal kupować zgodnie z życzeniem, a wówczas ostateczny koszt będzie zerowy.

Ale jeżeli celem planu jest, jak przypuszczam, zniszczenie kupca, powszechnie zwanego pośrednikiem, i, przy dobrowolnym narażeniu się na stratę, zmuszenie piekarza do handlu z rządem, powiadam rządowi, że musi rozpocząć nową działalność, młynarską lub mączarską, obsługiwaną przez serię nowych wydatków i ryzyka. Jeśli odniósłby sukces w obu tych zawodach, wykluczając w ten sposób tych, którzy handlują naturalnymi i prywatnymi zasobami, uzyska monopol, który pod pozorem monopolu zaopatrzenia będzie w istocie monopolem władzy i zrujnuje wszystko, czego się dotknie. Rolnictwo królestwa nie będzie mogło się z nim mierzyć.

Niewielkie miejsce takie jak Genewa, liczące nie więcej niż dwadzieścia pięć do trzydziestu tysięcy mieszkańców, o ledwie zauważalnym terytorium, którego istnienie uzależnione jest od dobrej woli trzech sąsiednich mocarstw, i będące oczywiście w permanentnym stanie przypominającym oblężenie, lub spekulujące na jego temat, może odnieść pewną korzyść z państwowych spichlerzy, i jakiś dochód z wyłączności sprzedaży właścicielom karczm. To jest polityka dobra dla kraju zbyt małego na rolnictwo. Nie nadaje się (na przykład) dla tak wielkiego kraju, jakim włada papież7, gdzie mimo wszystko została przyjęta i jest prowadzona na szerszą skalę i z większą dokładnością. Niektóre terytoria papieskie, zaopatrujące Rzym, zobligowane do zaopatrywania Rzymu i spichlerzy Jego Świątobliwości w zboże o określonej cenie, są doszczętnie zniszczone. Można dokładnie wytropić jedyną przyczynę owej ruiny i wydaje się ona niezaprzeczalna, kiedy porównamy stan i kondycję wspomnianych terytoriów z innymi dominiami kościelnymi nie podlegającymi tym samym regulacjom – znajdują się one w stanie wielkiego rozkwitu.

Zreformowanie tego fatalnego systemu jest w pewnym stopniu niewykonalne. Po pierwsze bowiem, utrzymuje on ceny chleba i pozostałych artykułów żywności w mieście Rzymie uzależnionych w równym stopniu od izby zaopatrzenia, na całkiem rozsądnym i stałym poziomie. Zabezpiecza to spokój pośród licznej biedoty, bezczynnych i z natury buntowniczych mieszkańców tej wielkiej stolicy. Ale spokój w mieście zostaje okupiony ruiną kraju i, ostatecznie, niedolą obu. Plaga ta jest nie do wytępienia także ze względu na powstałe na jej fundamencie stanowiska, które, niezależnie od stosowanych środków zapobiegawczych, powstałyby na bazie takich rzeczy nawet pod silniejszymi rządami niż wątły autorytet Papieża.

Ten zaczerpnięty z najstarszych antycznych czasów i z najbujniejszego okresu w Imperium Rzymskim (ale nie rzymskiego rolnictwa) przykład Rzymu może posłużyć jako istotne ostrzeżenie dla wszystkich rządów, aby nie próbowały żywić ludzi z rąk urzędników. Jeśli raz się do tego przyzwyczają, nawet przez okres zaledwie jednego półrocza, już nigdy nie zadowoli ich żadne inne rozwiązanie, a zwracając się do rządu po chleb, wraz z nadejściem pierwszego nieurodzaju wykręcą i pogryzą ręce, które ich karmiły. Usiłując uniknąć tego niebezpieczeństwa, rząd podwoi jego przyczyny, a wówczas stanie się ono uporczywe i nieusuwalne.

Zaklinam władze (w najszerszym tego słowa znaczeniu, obejmującym obie izby Parlamentu), aby z pełną powagą rozważyły, że lata nieurodzaju i dostatku nie przychodzą na przemian lub z krótkimi przerwami, ale w dość długich cyklach i nieregularnie, i że w rezultacie, jeśli zastosujemy nieodpowiednie środki, nie będziemy mogli zabezpieczyć się przed tymczasowymi potrzebami jednego sezonu, bowiem następny i prawdopodobnie kolejne spowodują jego utrwalenie. Moim zdaniem, zatem, nie ma innego sposobu na zapobieżenie temu niebezpieczeństwu, które grozi zniszczeniem ogółu rolnictwa i najbliżej z nim powiązanego handlu wewnętrznego, jak również bezpieczeństwu i samemu istnieniu rządu, poza stawieniem męskiego oporu wyobrażeniu, czy to będącemu jeszcze w sferze spekulacji czy już praktyki, że jest w gestii rządu jako takiego, czy nawet zamożnych jako takich, dostarczanie biednym tych niezbędnych dóbr, które spodobało się Opatrzności na chwilę im wstrzymać. My, społeczeństwo, powinniśmy sobie uświadomić, że nie w łamaniu praw handlu, które stanowią prawa Natury, a więc prawa Boże, powinniśmy pokładać nadzieję na złagodzenie Bożego gniewu i usunięcie wszelkiego doskwierającego lub zagrażającego nam nieszczęścia.

Tyle o zasadach polityki ogólnej.

Co do stanu rzeczy, które każą odejść od powyższych rozważań, oto okoliczności żniw w latach 1794 i 1795. Żniwa roku 1794, w odniesieniu do najszlachetniejszego zboża, pszenicy, były dosyć krótkie, ale nie zanadto, a co do jakości, nie pamiętam, żeby pszenica była równie dobra w ciągu dwudziestu siedmiu lat mojego gospodarzenia. Świat dał się jednak zwieść spekulacjom o niej, zarówno gospodarze, jak i kupcy. Wskutek tego cena wahała się w stopniu, jakiego, jak sięgnę pamięcią, nie odnotowano nigdy wcześniej: w pewnym momencie owego roku sprzedałem swoją pszenicę po 14 funtów za ładunek, (sprzedałem wszystko, co miałem, ponieważ wydawało mi się, że to rozsądna cena), kiedy pod koniec sezonu, gdybym miał wówczas jeszcze coś do sprzedania, mógłbym otrzymać trzydzieści gwinei za ten sam rodzaj ziarna. Jak wspomniałem, sprzedałem wszystko, co miałem po stosunkowo niskiej cenie, ponieważ sądziłem, że to dobra cena, zważywszy na wielkość ogółu zbiorów, jakiej się spodziewałem. Ale kiedy zastanowiłem się nad wielkością swojego własnego zbioru, uświadomiłem sobie, że nie spełniła ona moich oczekiwań. Należy pamiętać, że ten rok zbiorów (rok 1794) krótki, lecz wspaniały, nastąpił po roku, który nie był nadzwyczajny pod względem produkcji, ani nie wykazał się szczególną jakością, i zostawił małe zapasy. Początkowo tego nie odczuwano, ponieważ żniwa zaczęły się niezwykle wcześnie, o cały miesiąc wcześniej niż zwykle.

Zima końca 1794 i początku 1795 roku była szczególnie niesprzyjająca zarówno zbożu, jak i trawie, ze względu na nagłe ustąpienie bardzo srogich mrozów, poprzedzających deszcze, po których z kolei znów nastąpiły mrozy jeszcze bardziej srogie niż te pierwsze.

Wiele upraw pszenicy uległo całkowitemu zniszczeniu. W wielu miejscach ucierpiały źdźbła koniczyny. Życica i burzan, czego nie zaobserwowałem nigdy wcześniej, ucierpiały bardziej niż koniczyna. Nawet trawa łąkowa została gdzieniegdzie zniszczona aż do korzeni. Wiosną pierwsze sygnały były lepsze niż się spodziewaliśmy. Wszystkie wcześnie zasiane ziarna zregenerowały się i wzeszły z wielkim rozmachem, ale te zasiane później były wątłe i nie zanosiło się na to, że oprą się wiosennym zarazom, lecz wiosna, przy całej swojej nieprzyjemnej zmienności, minęła bardzo dobrze i nic nie wyglądało lepiej niż pszenica w czasie kwitnienia. Ale w najbardziej krytycznym czasie, nadszedł zimny i suchy wschodni wiatr z bardzo ostrymi mrozami, dłuższymi i mocniejszymi niż kiedykolwiek widziałem o tej porze roku, które zniszczyły kwiaty i w zadziwiający sposób wysuszyły całą część kłosa od strony wiatru. W tym czasie przyniosłem do miasta kilka kłosów, aby pokazać moim kolegom działanie tych nienaturalnych mrozów, i na podstawie rozległości tego działania przewidziałem ogromny nieurodzaj. Jednak przyjemność czerpana z pozytywnych widoków na przyszłość sprawiła, że nie zważano na moją opinię.

W okresie młócki, zastałem wszystko zgodnie z oczekiwaniami – kłosy niepełne, niektóre torebki nasienne zupełnie puste, a wiele innych zawierało jedynie zwiędnięte, nieurodzajne ziarno, wyglądające gorzej niż żyto. Najlepsze moje kłosy i ziarna nie były dobre. Nigdy nie miałem zboża o tak niskiej jakości. Mimo to sprzedałem jeden ładunek za 21 funtów. Jednocześnie kupiłem ziarno pszenicy (było doskonałe) za 23 funty. Od tamtej pory cena wzrosła i sprzedałem około dwóch ładunków takiego samego rodzaju po 23 funty. Taka była sytuacja na rynku, kiedy wyjechałem z domu w ubiegły poniedziałek. Niewiele pozostało w mojej stodole. Mam nadzieję, że niektóre ziarna na stogu będą lepsze, ponieważ, o ile pamiętam, pochodzą z wcześniejszego zbioru. Niektórzy z moich sąsiadów mają lepsze, inni równie złe albo nawet gorsze. Podejrzewam, że okaże się, że tam gdzie przeważały niszczące wiatry i mrozy w okresie kwitnienia, plony pszenicy będą bardzo marne. Tam, gdzie udało się tego uniknąć, plony będą niewątpliwie spore.

Co się tyczy pozostałych zbóż, należy zauważyć, że, podczas gdy pszenica dojrzała bardzo późno (z powodu, jak sądzę, zarazy), jęczmień przegonił wszystko i dojrzał jako pierwszy. Mój zbiór był doskonały, podobnie jak wszędzie, skąd udało mi się zasięgnąć informacji na ten temat, gdzieniegdzie o wiele lepszy niż mój.

Koniczyna, która wzrosła z jęczmieniem była najlepsza, jaką widziałem.

Tegoroczne rzepy są w większości dobre.

Zasiana w ubiegłym roku koniczyna tam, gdzie nie została zupełnie zniszczona, przyniosła dwa dobre plony, a raczej jeden plon i obfitą paszę, i, pomijając stratę życicy, nie przypominam sobie lepszego zbioru.

Trawa łąkowa przyniosła jedynie średni plon i ani ta zasiana ani naturalna w żadnym gospodarstwie nie przypominała żadnego roku wartego uwagi. Przeważnie nie było jej wcale.

Owies był u mnie w ilościach bardziej znaczących niż w zwyczajnych dobrych sezonach, ale gdzie indziej był cięższy niż kiedykolwiek zdarzyło mi się widzieć. Owies przyniósł nie tylko ciężki, ale też niezwykle obfity plon.

Ziemia, na której zasiałem groch, nie przekraczała okolic jednego akra, ale zbiór był wspaniały. Jak sądzę jest on bujny w całym kraju. Należy jednak zauważyć, że, jak to miało miejsce w przypadku wszystkich zbóż, tak i szczególnie w przypadku grochu, nie pozostała najmniejsza ilość w rezerwie.

Zapotrzebowanie tego roku zdane jest wyłącznie na tegoroczne zbiory, zaś cena wiosennego zboża nie szybko spadnie, jeśli w ogóle to nastąpi.

Uxbridge to wspaniały rynek zboża. Kiedy przejeżdżałem przez to miasto zobaczyłem, że w ostatni dzień targu jęczmień kosztował czterdzieści szylingów za kwartę. Owsa nie było tam wcale. Właściciel zajazdu miał zamówić go z Londynu. Zapomniałem zapytać o groch. Ziemniaki kosztowały 5 szylingów za buszel8.

Podobno w debacie parlamentu na ten temat jeden z wiodących członków, bardzo zdolny, niezbyt biegły w tych sprawach, zauważył, że powszechna i jednolita drożyzna mięsa u rzeźnika oraz masła i sera nie mogła być wynikiem słabej produkcji pszenicy i na tej podstawie zasugerował podejrzenie, że miała miejsce jakaś nieuczciwa praktyka w tej materii, którą należy dogłębnie zbadać.

Niewątpliwie same braki pszenicy nie mogły spowodować drożyzny innych artykułów, która objęła nie tylko wspomniane przez niego artykuły, ale wszystkie inne bez wyjątku. Przyczyna w istocie jest tak prosta i oczywista, że należałoby się dziwić, gdyby nie przyniosła wspomnianych skutków. Kiedy zostanie wszczęte odpowiednio pokierowane dochodzenie, panowie zadziwieni ceną tych produktów dostrzegą, że kiedy siano kosztuje sześć funtów za ładunek, jak z pewnością wiedzą, trawa musi być uboga, i to dłużej niż rok i wywnioskują stąd, że jeśli trawa jest niewystarczająca, wołowina, cielęcina, baranina, masło, mleko i ser muszą być drogie.

Ale podejmując kwestię nieco bardziej szczegółowo, podczas gdy wspaniałej jakości zbiory pszenicy w roku 1794 były słabe pod względem ilości, zbiory jęczmienia były pod względem jakości dość zwyczajne, a pod względem ilości skąpe. Dało się to wkrótce odczuć w cenie słodu.

Kolejny artykuł produkcji rolnej (fasola) nie był urodzajny. Uprawy grochu zostały całkowicie zniszczone, tak więc wielu gospodarzy całkiem wcześnie porzuciło nadzieje w tym kierunku, i pościnało zielone łodygi na paszę dla bydła, a następnie przymierało głodem z braku żywności tego suchego i upalnego lata. Mnie samemu poszczęściło się bardziej niż większości: miałem około jednej czwartej uprawy grochu.

Jak wiadomo, w pewnym stopniu, ogół spożywanego w tym kraju boczku i wieprzowiny (ze zdecydowanie największą konsumpcją mięsa poza miastami) podczas wzrostu odżywiany jest trawą i serwatką lub odtłuszczonym mlekiem, a w czasie tuczenia, częściowo tym ostatnim. Tak to wygląda w mlecznych krajach, które są wspaniałymi hodowcami i żywicielami świń, ale na ogół, i we wszystkich zbożowych krajach, tuczy się je fasolą, mączką jęczmienną i grochem. Kiedy pokarm dla zwierząt jest ograniczony, ich mięso musi być drogie. Odkrycie to nie wymaga, jak można by sądzić, wielkiej wnikliwości.

Tak duży niedobór jednego gatunku mięsa naturalnie skazuje całe zapotrzebowanie konsumenta na niedobory wszelkiego rodzaju mięsa oraz wszelkiego rodzaju potrzebnych produktów żywnościowych. I według mnie nie należy się spodziewać dużego spadku ceny tego artykułu w tym roku, chociaż zboże powinno być tańsze i oczekuje się, że będzie. Świnie z zapasów, z uwagi na klęskę wyżywienia w ubiegłym roku, mają teraz wygórowaną cenę. Na naszych targach sprzedawały się ostatnio po pięćdziesiąt szylingów, podczas gdy dwa lata temu nie przyniosłyby więcej niż dwadzieścia.

Co się tyczy owiec, ogólna klęska upraw rzepy w ubiegłym roku nie uszła chyba niczyjej uwadze: wczesne spaliły w czasie wschodzenia susza i upał, późne oraz wczesne, których nie udało się zniszczyć zimą, zniszczyły mrozy, a wiosną mokra i ostra aura. W wielu miejscach utracono czwartą część owiec lub jagniąt, pozostałe były wynędzniałe i niedożywione z braku mleka u owiec. Cielęta przyszły późno, a ich brak napawał przerażeniem jak każdy inny niedobór. Produkt ten, niegdyś tak obfity na początku lata, zwłaszcza w Londynie, który przez prawie dwa miesiące w dużym stopniu zastępował baraninę, przyniósł niemal zupełną klęskę.

Ogół produkcji na ziemi jest wewnętrznie powiązany. Wszystkie źródła bogactwa, w postaci wszystkich artykułów co do jednego, wyschły lub zamarzły. Nieurodzaj nie objął jedynie pszenicy, jak panowie zdają się sądzić.

Kolejna przyczyna niedostatku, o niebagatelnym działaniu, przyniosła niedobory w zaopatrzeniu mięsa. Z wielu względów nie należy nad nią bardzo ubolewać, zwłaszcza, że była to jedyna przyczyna niedoboru tego artykułu zaistniała w wyniku poczynań człowieka. Mam na myśli zamknięcie gorzelni.

Wieprze, które karmiono odpadami z tej produkcji, nie potrzebowały jednej czwartej zboża wykorzystywanego przez gospodarzy do ich tuczenia. Trunek ten stanowił niemal czysty zysk dla państwa. Dziwny to sposób obniżenia ceny mięsa: likwidacja lub kontrola gorzelni.

Wyrób gorzelni stanowi przedmiot potężnego eksportu prawie na cały świat – do Afryki, Ameryki Północnej i różnych zakątków Europy. Ma szerokie zastosowanie, obok żywności, dla naszego rybołówstwa i całej naszej żeglugi. Znaczną część produkcji kontynuowano na zniszczonym zbożu, nienadającym się na chleb, oraz na najgorszej jakości jęczmieniu i słodzie. Nie można było ich wykorzystać w bardziej wyjątkowy sposób. Wewnętrzna konsumpcja alkoholu stanowiła (na co nie narzekano) ogromne źródło dochodu, nadającego się, w razie potrzeby, do wykorzystania jako zachęta do sprowadzania zboża z innych miejsc, o jakości znacznie lepszej niż zboża wykorzystywanego do jego produkcji, lub do pobudzania zwiększonej produkcji w kraju.

Co się tyczy krytyki konsumpcji wewnętrznej alkoholu w wymiarze materialnym i moralnym, doświadczenie dawno nauczyło mnie nie poważać zbytnio deklamacji na ten temat. Czy to jest burza regulacji czy burza elokwencji, która „miota ginem”9, zawsze jestem na nie odporny. W moim przekonaniu alembik10 przyniósł światu o wiele większą korzyść i błogosławieństwo niż miałoby to miejsce, gdyby w chemii odnaleziono wreszcie opus maximum i jak Midas moglibyśmy zamienić wszystko w złoto.

Niewątpliwie zdarza się niebezpieczne nadużywanie nadmiaru trunków, a w pewnym okresie, jestem skłonny twierdzić, nadużycie to było ogromne. Kiedy alkohol jest tani, pijaństwo osiąga się niewielkim nakładem czasu i pracy, ale sądzę, że tego rodzaju zagrożenie to już przeszłość. Obserwacje jakie poczyniłem w ciągu ostatnich czterdziestu lat, a zwłaszcza ostatnich trzydziestu, dostarczyły tylko jeden przypadek pijaństwa spowodowanego niską ceną alkoholu na dziesięć przypadków wynikających z innych przyczyn. Ognisty trunek to znakomite lekarstwo nierzadko leczące choroby, jeszcze częściej im zapobiegające lub likwidujące ich zaczątki. Nie ma on w żadnym istotnym stopniu walorów odżywczych. Ale nie stanowiąc elementu żywności, wspaniale łagodzi jej potrzebę. Pobudza żołądek do trawienia słabej, skąpej diety, niełatwo sprzymierzającej się z naturą ludzką. Wina biedni nie mogą tknąć. Piwo, stosowane przy wielu okazjach (np. wśród żeglarzy i rybaków), z całą pewnością nie wystarczy. Niech wolno mi będzie dodać, co zainspirowane szampanem i czerwonym winem zmysły wykpią – jest to lekarstwo dla umysłu. Pod presją trosk i zmartwień naszego śmiertelnego stanu, ludzie we wszystkich czasach i wszystkich krajach posiłkowali się jakąś formą pomocy materialnej, by przyniosła moralne ukojenie – winem, piwem, opium, brandy lub tytoniem.

Dlatego też uważam zamknięcie gorzelni za przedsięwzięcie o dobrych intencjach, ale nieprzemyślane, tak pod względem ekonomicznym, finansowym, komercyjnym, jak i medycznym, a w pewnym stopniu i moralnym. Jest to zbyt cenna ofiara błędnych poglądów.

Gentlemani dobrze wiedzą, czy ma miejsce niedobór kuropatw i czy jest on wynikiem gromadzenia i knowania. Wszystkie udomowione ptaki żyją i zdychają tak, jak dzikie.

Mniejsze są jak większe. Wszystkie zdane są na łaskę i niełaskę pory roku. Dlaczego więc kurczaki są drogie? Czy nie z winy gospodarza lub pośrednika? Sprzedałem pośrednikowi sześć młodych i chudych kurczaków ze swojego podwórka za dwadzieścia cztery szylingi – kurczaki, za które dwa lata temu ten sam człowiek nie dałby szylinga za sztukę. Sprzedał on je później w Uxbridge, i zabrano je do Londynu, gdzie znalazły ostatniego właściciela.

Jeśli chodzi o wpływ działań wojennych na niedobory żywności, rozumiem, że Pan Pitt11 dał szczegółową odpowiedź na to zapytanie, ale przyznam, że nie warto sobie zaprzątać nią głowy.

Nie dziwi mnie, że gazety pełne są treści na ten temat, ale jestem nieco zaskoczony, że sprawy te poruszane są w Parlamencie. Jak wszystkie wielkie sprawy państwowe, problemy pokoju i wojny można dyskutować i formułować na ich temat różne opinie na gruncie politycznym, ale w kwestii aktualnych cen żywności, kiedy nadrzędnym problemem pozostaje pokój z Królobójcami12, mogę jedynie powiedzieć, że jest to temat nader szczególnie upodobany.

Bo czy nie mamy powodu by być wdzięczni Dawcy wszelkiego Dobra? W naszej historii i w okresie, kiedy „najemnika w Anglii uważano za szczęśliwego” znajdujemy ciągle, w pewnych odstępach, okres strasznego głodu, który przynosił rasie ludzkiej przygnębiające spustoszenie. Ceny żywności ulegały strasznym wahaniom, pokazując niedostatek znacznie gorszy od najgorszych obecnie doświadczanych klęsk. Nigdy od kiedy znam Anglię nie zaznałem niczego gorszego niż względny niedobór. Cena pszenicy na przestrzeni kilku lat nie ulegała znacznym wahaniom, nie wzrosła też zanadto aż do tego roku. Nawet teraz nie słyszałem o żadnym mężczyźnie, kobiecie lub dziecku, które zginęłoby z głodu. Jeśli są takowi, jest ich mniej, jak sądzę, niż w czasach urodzaju, kiedy coś podobnego może się zdarzyć przez przypadek. Wszystko to za sprawą opieki i nadzoru nad biednymi, o wiele bardziej znakomitych niż niegdyś.

Wzgląd na powyższe powinien łączyć nas wszystkich, bogatych i biednych razem, przeciwko tym niegodziwym autorom gazet, którzy zapalają biednych przeciwko ich przyjaciołom, strażnikom, patronom i opiekunom. Nie tylko bardzo nieliczni umarli z głodu (zauważyłem, że nie słyszałem o żadnym przypadku, chociaż żyję w miejscu równie biednym jak inne), ale także nie widzieliśmy żadnych śladów owych strasznych niszczących epidemii, które w konsekwencji niedostatecznego i niepełnowartościowego jedzenia dawniej nierzadko dziesiątkowały całe narody. Strzeżmy się nadmiernej mądrości własnej, a będzie nam się całkiem nieźle powodzić.

Oto jeden z najdelikatniejszych problemów legislacji, który często zaprzątał moje myśli, kiedy zajmowałem się tą działalnością. Co powinno przedsięwziąć państwo w celu pokierowania mądrością społeczną, a co powinno pozostawić, z jak najmniejszą dozą interwencji, do indywidualnej rozwagi obywateli? Z pewnością nie można zarządzić w tej kwestii żadnej zasady, która wolna by była od wyjątków, wielu o stałym charakterze, kilku okazjonalnych. Ale gdybym miał nakreślić kredą linię wyznaczającą jakąś granicę, to najwyraźniejszą z nich byłaby ta: państwo powinno ograniczać się do tego, co dotyczy państwa oraz tworów państwa, a mianowicie zewnętrznych instytucji swojej religii, sądownictwa, skarbu, sił wojskowych morskich i lądowych, korporacji, których istnienie uzależnione jest od gwarancji państwa, słowem do tego wszystkiego, co jest prawdziwie i słusznie publiczne, na potrzeby spokoju publicznego, bezpieczeństwa publicznego, porządku publicznego, dobrobytu publicznego. Powinno ono szczędzić wysiłków w zakresie zapobiegawczej kontroli i stosować raczej nieliczne, sporadyczne i silne środki aniżeli liczne i częste, oraz, oczywiście, niewielkie i słabe, skoro rozmnażając swoją marną polityczną rasę słabnie. Mężowie stanu, którzy znają siebie, z godnością, która przysługuje tylko mądrości, działają wyłącznie w obszarze tej wyższej sfery i podstawowej zasady ich służby, poważnie, czujnie, surowo i odważnie: cała reszta zajmie się sobą. Ale skoro tylko zaczną schodzić z poziomu państwa na prowincję, z prowincji do parafii, i z parafii do prywatnego domu, przyspieszają w swoim upadku. Nie potrafią pełnić niższych rangą obowiązków, a kiedy spróbują, z pewnością poniosą porażkę w zakresie tych wyższych. Powinni oni rozróżniać kategorie rzeczy – to, co należy do prawa, od tego, co mogą wyregulować same obyczaje. Wielcy politycy mogą skłaniać się ku tym ostatnim, ale nie mogą uregulować ich przy pomocy prawa.

Nasze prawodawstwo popełniło ten błąd, podobnie jak inne rządy. Wszyscy są w niego uwikłani mniej lub bardziej. Niegdyś potężne państwo, które leżało najbliżej i było nam najbliższe w każdym sensie, którego ruiny zagrażają zawaleniem się nam na głowy, to wyraźny przykład tego błędu. Nigdy nie mogę powołać się na przykład Francji bez przeczuwającego coś złego westchnienia. ΈΣΣΕΤΑΙ ΉΜΑΡ rzekł Scipio13 do swojego notującego greckiego przyjaciela pośród płomieni, w których stało rywalizujące z Grecją państwo. Do upadku tamtego państwa przyczyniły się ręce jego pasożytów, zwanych Rewolucjonistami i Konstytucjonalistami Francji, gatunku zdrajców, których zaciekłość i okrutna niegodziwość nigdy wcześniej nie miały precedensu w kronikach ludzkiego obłędu i demoralizacji, i o których nie mogę nigdy myśleć lub mówić bez trudnego do wyrażenia mieszanego uczucia zniesmaczenia, przerażenia i obrzydzenia. Te nikczemne potwory zniszczyły swój kraj za to, co było w nim dobre, za wiele dobra zawartego w Konstytucji tej zacnej monarchii, która uformowała i żywiła wielkich ludzi różnego gatunku i wielkie wzory cnoty dla świata. Ale chociaż jej wrogowie nie byli wrogami jej wad, jej wady wyposażyły ich w środki jej zniszczenia. Mój drogi zmarły już przyjaciel, którego strata jest jeszcze większa dla społeczeństwa niż dla mnie14, często zauważał, że wiodąca wada francuskiej monarchii (którą dobrze przestudiował) polegała na złym ukierunkowaniu dobrych intencji i nieustannym pragnieniu nadmiernego rządzenia. Ręka władzy widoczna była wszędzie i we wszystkim. Wszystkie niefortunne zdarzenia w toku wewnętrznych spraw były zatem przypi­sywane rządowi i jak to się zawsze zdarza w tego rodzaju nadgorliwej powszechnej ingerencji, to, co wyszło od nienawistnej władzy, kończyło się zawsze, mogę rzec, bez wyjątku, na godnej pogardy głupocie. Z tej to przyczyny, na ile skłonny jestem zaakceptować jakąkolwiek nowość, miałem dobre zdanie o administratorach prowincji. Mogli być oni bardzo przydatni w odsunięciu władzy od wielu rażących drobiazgów, gdyby nadrzędna władza była surowa, czujna i energiczna. Ale ponieważ wszystko, co dobre albo złe jest też wzajemnie powiązane lub połączone, podczas gdy rząd słabł tak na górze jak i na dole, a umysły ludzi coraz bardziej mamiły kolejne wizjonerskie spekulacje, zmiana scenerii w teatrach prowincji była jedynie przygotowaniem gruntu pod rewolucję w królestwie, a słynne kreacje aktorskie tamże były jedynie próbą potwornego dramatu Republiki.

Tyrania i okrucieństwo mogą sprawić, że ludzie słusznie pragną upadku nadużywanej władzy, ale wierzę, że jeszcze nigdy żadna władza nie zginęła z innej bezpośredniej przyczyny niż jej własna słabość. Jestem przeciwny przesadzie w jakiejkolwiek formie rządów, a najbardziej temu najdonioślejszejszemu ze wszystkich gatunkowi ingerencji władzy – ingerencji w sprawy zaopatrzenia narodu.

 

Tłumaczenie: Agnieszka Wincewicz-Price. Tekst ukazał się w wyborze pism Edmunda Burke’a, O duchu i naturze rewolucji, Ośrodek Myśli Politycznej, Kraków 2012, http://omp.org.pl/ksiazka.php?idKsiazki=242

Przypisy

1    Refleksje i dane o nieurodzaju (Thoughts and Details on Scarcity, 1795) są memorandum Burke’a do premiera Williama Pitta, w którym odniósł się do projektu rządowych subsydiów do pensji pracowników rolnych, udzielanych w czasie złych zbiorów, oraz do działań władz lokalnych, które na podstawie ustawy The Relief of the Poor Act (1782, znanej też jako Gilbert’s Act) poczęły wprowadzać własne tego typu zasiłki. Memorandum jest zarazem tekstem stanowiącym najbardziej zaawansowane dzieło Burke’a traktujące o ekonomii.

2    Przyjmuje się, że Burke mógł omyłkowo przywołać „panów z Norfolk”, mając na myśli Suffolk, gdzie sędziowie pokoju proponowali, by płace były dopasowane do cen zboża.

3    Instrumentum vocale – narzędzie, które mówi; semivocale – narzędzie wydające dźwięki, lecz niepotrafiące mówić; mutum – narzędzie nieożywione, nieme.

4    Samuel Pufendorf (1632-1694) – niemiecki historyk i teoretyk prawa, profesor uniwersytetów w Heidelbergu i Lund. Był historiografem króla Szwecji Karola Gustawa a następnie historiografem Brandenburgii. Uchodzi za jednego z twórców prawa międzynarodowego i teorii prawa natury, a także za zwolennika absolutyzmu. Napisał m.in. De iure naturae et gentium libri octo (1672) i Einleitung zu der Historie der vornehmsten Reich und Staaten in Europe (1682-1686).

5    Łac.: „Urodzeni, by spożywać owoce ziemi” (Horacy).

6    Arthur Young (1741-1820) – angielski pisarz, zajmujący się kwestiami rolnictwa i ekonomii. W swych pracach przedstawiał obserwacje z podróży po Anglii, Walii, Irlandii i Francji, a także z własnego gospodarowania na roli. Ceniono go za pionierskie wykorzystanie danych statystycznych. Był sekretarzem Rady Rolnictwa, utworzonej w 1793 r. Opowiadał się za zniesieniem ograniczeń narzuconych irlandzkiemu handlowi, sprzeciwiał się również godzącym w katolików w Irlandii prawom. Krytykował klasy wyższe we Francji za zaniedbywanie spraw rolnictwa, ale źle też oceniał ekscesy i zbrodnie rewolucji francuskiej. Napisał m.in. Farmer’s Letters to the People of England (1768), Farmer’s Calendar (1771), Political Arithmetic (1774), Tour in Ireland (1780), Travels in France (1792) i The Example of France a Warning to England (1793).

7    Państwo Kościelne u schyłku XVIII wieku zajmowało znacznie większy niż obecnie obszar w środkowej Italii.

8    Buszel angielski – miara objętości stosowana w krajach anglosaskich. Buszel angielski to 8 galonów (angielskich), a więc 36, 369 litra.

9    Nawiązanie do utworu Alexandra Pope’a Epilogue to the Satires.

10  Alembik – odpowiednio ukształtowane szklane lub metalowe naczynie służące do destylacji prostej, wykorzystywane do wytwarzania np. olejków leczniczych i perfumeryjnych. Stosowali je też alchemicy.

11  William Pitt Młodszy (1759-1806) – brytyjski polityk, premier Wielkiej Brytanii w latach 1783-1801 i 1804-1806. Gdy Jerzy III uczynił go premierem w 1783 r., Pitt miał zaledwie 24 lata i stał się tym samym najmłodszym politykiem brytyjskim, który dostąpił tego zaszczytu. Odegrał bardzo istotną rolę w odnowie toryzmu. Dążył do zracjonalizowania wydatków królestwa – np. doprowadził w 1789 r. do likwidacji 765 nieczynnych choć płatnych urzędów koronnych. Przekształcił gruntownie administrację, czyniąc ją znacznie bardziej niż dotąd efektywną, co stworzyło podwaliny pod sukcesy brytyjskie w XIX wieku. Próby dalej idących reform konstytucyjnych napotkały natomiast na skuteczny opór w parlamencie – jak zablokowanie odebrania prawa wyboru przedstawicieli do Izby Gmin tzw. „zgniłym miasteczkom”, które uzyskały je w dobie swego rozkwitu w średniowieczu, ale obecnie były niewielkie i zupełnie pozbawione znaczenia (poza właśnie wysyłaniem reprezentantów do Izby) – reformę tą wcielono w życie dopiero w 1832 r. Za rządów Pitta przeprowadzona została unia z Irlandią (1801) – powstało Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii. Chciał znieść prawa dyskryminujące katolików w Wielkiej Brytanii – istotne szczególnie w kontekście Irlandii, gdzie stanowili większość – ale nie zyskał poparcia króla. Skłoniło go to do złożenia dymisji. Premierem został ponownie w 1804 r. i był nim do śmierci. Podczas obu swych kadencji w tej roli musiał stawić czoła zagrożeniu francuskiemu – Wielka Brytania była kluczowym ogniwem antyfrancuskich koalicji, a jej rola stawała się szczególnie doniosła wówczas, gdy zostawała samotna na placu boju, gdyż jej kontynentalni sojusznicy – jak Austria czy Prusy – ponosili klęski w walkach z Napoleonem. Zarzucano niekiedy Pittowi, że nie wykorzystał szansy na interwencję we Francji we wczesnej fazie rządów rewolucyjnych, by stłumić je i przywrócić prawowitą władzę, ale późniejsze jego wysiłki by skutecznie stawić jej czoła – np. rozbudowa floty – zostały docenione.

12  Królobójcami, tj. Francuzami, tak bowiem Burke określał ich po tym, gdy zgładzili własnego króla – Ludwika XVI. W czasie, gdy pisał Refleksje i dane o nieurodzaju, rząd Pitta czynił przymiarki do zawarcia z Francją pokoju, wojna z nią była bowiem bardzo kosztowna, zaś klęski kontynentalnych sojuszników Anglii czyniły ją osamotnioną w tej batalii. Stanowisko – negatywne – Burke’a wobec planów Pitta ukazuje kolejny tekst w niniejszym wyborze (O duchu i naturze rewolucji francuskiej).

13  „Nadejdzie dzień kiedy święta Troja zniknie, a Priam i jego lud zostaną zabici” – słowa jakimi w Iliadzie Homera zwrócił się Hektor do swej żony, przekonany, że Troja jest zgubiona. Wypowiedział je także, pytany przez swego greckiego przyjaciela, historyka Polibiusza, dlaczego płacze widząc Kartaginę w płomieniach, rzymski wódz Scypion Afrykański Młodszy (185-129 p.n.e.), który w trakcie III wojny punickiej dopełnił dzieła zniszczenia wielkiego wroga Rzymu, na polecenie senatu burząc Kartaginę. Według Polibiusza, Scypion miał tymi słowami wyrazić swe obawy o przyszłe losy Rzymu, zdając sobie sprawę, jakie jest przeznaczenie wszystkiego, co jest ludzkim dziełem. Sam miał wiele zasług dla zwiększenia jego potęgi – poza ostatecznym rozwiązaniem kwestii kartagińskiej, prowadził z powodzeniem wojnę z Numancją. W polityce wewnętrznej sprzeciwiał się reformie agrarnej Tyberiusza Grakchusa, mającej poprawić kosztem wielkich majątków sytuację bezrolnych.

14  Burke wspomina tu swego syna Richarda, zmarłego 2 sierpnia 1794 r. (ur. 1758), członka Izby Gmin, w której miejsce zajął po ojcu w roku swej śmierci.

 


Start Klasycy o wolnym rynku i roli państwa w gospodarce Edmund Burke. „Refleksje i dane o nieurodzaju”